niedziela, 30 listopada 2014

Chwila przerwy

Na jakiś czas zrobiłem sobie chwilę przerwy od pisania. Potrzebowałem tego. Najchętniej zamknąłbym się i spędzał czas nad Słowem z Panem Bogiem. To jest coś najcenniejszego. To daje siły. Jeśli zaczynam tracić te filary, to cała budowla zaczyna się chwiać. Serce człowieka to wytwórnia bożków. Może nim być wszystko, nawet to co dobre. Bożkiem może być dla nas nasza służba, drugi człowieka, my sami. Bardzo potrzebujemy się kontrolować. Chwała Bogu, że jest Bogiem zazdrosnym, bo upomina się o nas. 
Pisanie dla mnie jest czymś ważnym, jest formą służby, lekcją chodzenia z Bogiem, czasami formą modlitwy. Jednak i tutaj potrzebuję się bardzo kontrolować, aby nie "wyprzedzać Pana". Jako owce często mamy tendencje, aby odłączać się od Dobrego Pasterza. Postanowiłem zatem rzadziej bywać na FB, częściej nad Biblią. Pozdrawiam wszystkich i zachęcam do powrotu do tego, co najcenniejsze:
"Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę" (Hbr 4,12-13).

poniedziałek, 24 listopada 2014

coś o zwiedzeniach...

Dużo wszędzie słyszy się o różnych zwiedzeniach i fałszywych nauczycielach (przynajmniej ja słyszę). Rzeczywiście będzie to znakiem czasów bezpośrednio poprzedzających powtórne przyjście Chrystusa. "I powstanie wielu fałszywych proroków, i zwiodą wielu" (Mt 24,11). Czasami możemy nawet widząc zachowanie, czy słysząc poglądy kogoś stwierdzić, że ta osoba została zwiedziona lub (delikatnie mówiąc) zagubiła się w swojej chrześcijańskiej wędrówce. Mamy rozeznawać, mamy badać i być krytyczni, jak mieszkańcy miasta Berea, którzy byli szlachetniejszego usposobienia... przyjęli oni Słowo z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się rzeczy mają (Dz 17,11). Sami też musimy być ostrożni, pokorni, nie myśleć, że nie podlegamy niebezpieczeństwu zwiedzenia - "A tak, kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł" (1 Kor 10,12). Powinniśmy stawać przed Panem i prosić: "Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje, doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! Ps 139,23-24  
Zwiedzenia, oszustwa szatana, niebezpieczeństwa nie mogą być jednak tym na czym się koncentrujemy i poświęcamy najwięcej czasu. To Chrystusa mamy mieć zawsze przed oczami, Jego kochać, na Nim koncentrować swoja uwagę. 
Zainspirowały mnie dziś rozmyślania Oswalda Chambersa "Ku Tobie, Boże mój" z dnia 23 i 24 listopada. Zamieszczę tutaj kilka zdań.    
"Jak oczy sługi są skierowane na jego pana, tak nasz wzrok powinien być utkwiony w Boga i skupiony na Nim. W ten sposób Go poznajmy i również w ten sposób Bóg się nam objawia. Nasze duchowe siły zaczynają zanikać, gdy przestajemy kierować na Niego wzrok". str. 349 (por. Ps 123) 
"Gdy zauważamy, że inni nie rozwijają się duchowo, i pozwalamy sobie ich krytykować, naruszamy swoją więź z Bogiem. Bóg nie po to daje nam rozeznawanie, żebyśmy krytykowali innych, lecz abyśmy się za nich wstawiali" str. 348  

niedziela, 23 listopada 2014

chwila prawdy

Jestem wdzięczny Panu Bogu, że mogłem dokonać ostatnio kilku wpisów na bloga i Facebooka. Pisząc uświadamiam sobie jednocześnie, jak wiele mi brakuje. Jak wiele we mnie kłótliwości, pychy, chęci podobania się ludziom.
Pokazując na innych palcem, pozostałe kieruję w swoją własną stronę. Często "rozprawiając się" z czymś, co uważam za fałszywą naukę i zwiedzenie, sam jestem zwiedziony przez własną pychę. Zachowuję się tak, jakbym Pana Boga "złapał za pięty" i pozjadał wszystkie rozumy. Strasznie mi przykro z tego powodu. Wybaczcie, jeśli kogoś swą postawą zgorszyłem, uraziłem.
Pokazując palcem na Pana Boga i pisząc o tym, jak działa, pozostałe kieruję w swoją stronę. Chcę dla siebie uszczknąć trochę z tej Bożej chwały. To też jest pycha. Za to też przepraszam.
A jednak tylko robiąc kolejne kroki mogę się uczyć, korygując błędy.
Nie chcę przepraszać, że żyję i za to, że piszę. Wiem, że Bóg użył tych postów, aby niektórych zbudować. Jestem jednak świadomy własnych błędów. Chcę pisać, aby wychwalać Boga. Chcę pisać, choć niedoskonale...
Bóg może tego użyć i zainspirować Was, zbliżyć do Siebie. Może to być budujące, ale mogę też zasiać ziarno zgorszenia. Czytając bądźcie ostrożni. Badajcie jak się mają sprawy. Czytając bądźcie miłosierni dla mnie grzesznika. Jestem w drodze i bardzo dużo muszę się uczyć. Proszę, jeśli chcecie skomentować, piszcie do mnie. Bądźcie otwarci. Może wy będziecie widzieć rzeczy, których ja nie widzę. Może Wasz komentarz sprawi, że się zatrzymam, zastanowię. Może właśnie Was Bóg użyje, aby mnie kształtować. Będę wdzięczny za każdy komentarz. Nie znaczy, że każdą krytykę, będę brał do siebie. Będę pytał Pana i prosił: badaj mnie i poznaj myśli moje...

sobota, 22 listopada 2014

jak ich w prostocie nauczać powinien ojciec...

Mały chłopczyk powoli szedł za swoim ojcem brzegiem jeziora. Napotkali przeszkody. Woda ostro wdzierała się w linię brzegu. Drogę barykadowały wielkie konary. Mały chłopczyk sam z siebie pochylił swą główkę. Potem cichutko wyszeptał słowa modlitwy. Ojciec widział tylko poruszanie się warg malca. Reszta pozostała tajemnicą... Udało się. Wspólnie pokonali przeszkody, a potem ich oczom ukazał się piękny widok. Pozostało tylko podziękować za pomoc...
To kilka moich wakacyjnych wspomnień. Tym malcem był mój 5-letni syn. Wybraliśmy się na wycieczkę wzdłuż Jeziora Solińskiego. Byłem dumny z niego, że pamiętał o najważniejszym. Czy to nasza zasługa? Może trochę, ale przede wszystkim łaska Boża i nasz obowiązek. Mamy obowiązek wychować naszych chłopców w bojaźni przed Panem. Czy nam to wychodzi? Bywa różnie. Staramy się, ale i tak często jesteśmy dla nich złym przykładem. Bez względu na to ile im przekażemy i nauczymy, wiemy, że liczy się tylko łaska. To łaska Boża, że człowiek staje się naśladowcą Jezusa. Dlatego pozostaje nam robienie swojego i modlitwa. Chcemy wykorzystywać nadarzające się okazje. Oprócz codziennej modlitwy i czytania Biblii, Bóg daje nam szczególne momenty. Takie jak wtedy nad jeziorem, kiedy w zupełnie naturalny sposób mogłem nauczyć i przypomnieć mojemu malcowi o tym Najważniejszym. W mojej głowie stale rozbrzmiewają słowa: "Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej... Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając" (5 Mż 6,5.7).
To przede wszystkim mój, ojca, obowiązek - "jak ich w prostocie nauczać powinien ojciec rodziny swoich domowników..." 

Mamy szczególne możliwości. Ze względu na plany misyjne wybraliśmy inną, dopuszczalną w Polsce i coraz bardziej popularną drogę dla naszych synów - edukację domową. To szansa i wyzwanie. O tym więcej może następnym razem. 

Postanowiłem na "tapetę" wziąć Duży Katechizm Lutra i podzielić się swoimi luźnymi przemyśleniami - stąd dziś temat dzieci. W objaśnieniu do II przykazania dużo uwagi jest poświęcone uczeniu dzieci szacunku do imienia Boga. "Trzeba dzieci napędzać i pobudzać do oddawania czci imieniu Bożemu i do ustawicznego wzywania go we wszystkim, cokolwiek im się przydarzyć i napotkać może; jest to bowiem prawdziwym oddawaniem czci imieniu Bożemu, gdy się w nim szuka wszelkiej pociechy i o nią je błaga".

piątek, 21 listopada 2014

Jak nie być Atlasem?

Postanowiłem coś napisać o tym, co dla mnie najważniejsze jako mężczyzny, męża, ojca, "głowy rodziny". Mam świadomość swojej odpowiedzialności za rodzinę. Bywały momenty, że czułem się jak mitologiczny Atlas, który dźwigał na swoich barkach całe sklepienie niebieskie. Jak być dobrym mężem, ojcem, pracownikiem? Bardzo trudno to połapać. Jak nie czuć się przygniecionym? Oczywiście można starać się wszystko trzymać w swoich rękach, ale to dość karkołomne zadanie. Odkryłem dla siebie samego, że jeśli szukam Boga i stawiam Go na pierwszym miejscu, to reszta jakoś się "działa". Bóg błogosławi i przemienia poszczególne sfery mojego życia. Bardzo prawdziwe są słowa: "Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane" Mt 6,33. To wcale nie jest proste zadanie, bo często coś lub ktoś staje się dla mnie najważniejsze. Mam szukać Boga i widzieć w Nim największy skarb. Mam walczyć o Jego bliskość. Szukać Go całym sercem. Nie dlatego, że On błogosławi, ale dla Niego Samego. 
Ostatnio bliska mi jest przypowieść o drogocennej perle: "podobne jest Królestwo Niebios do kupca, szukającego pięknych pereł, który, gdy znalazł jedną perłę drogocenną, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją" Mt 13,45-46. Wydawało mi się to bardzo głupie, że kupiec sprzedał wszystko co miał, aby mieć tą perłę. Wszystko, czyli dom, ubranie itd. czy można się ubrać, najeść, ogrzać  perłą? A jednak Bóg chce, abym szukał Go właśnie i był gotów oddać wszystko dla Niego i Jego bliskość. 
Czasami ludzie pytają mnie: myślicie o wyjeździe do Afryki, a co z chorobami, co z dziećmi? Oczywiście, że się boimy, ale jeśli Bóg nas pośle, to pojedziemy. Chcemy być Jemu posłuszni i ufać tylko Jemu. On musi być dla nas najważniejszy. Inaczej nic nie ma sensu
Na koniec fragment z Dużego Katechizmu Lutra i pieśń, którą bardzo lubię: "Rozumiesz więc teraz łatwo, czego i jak wiele domaga się to przykazanie, mianowicie tego, aby całe serce człowieka i cala jego ufność pokładane były jedynie w Bogu, w nikim innym...
Mieć Go, znaczy uchwycić się Go sercem i zawisnąć na Nim. Zawisnąć zaś na Nim sercem nie znaczy nic innego, jak tylko całkowicie na Nim polegać. Z tego powodu chce On nas odwrócić od wszystkiego, co istnieje poza Nim, i przyciągnąć ku sobie; gdyż On jest jedynym wiecznym dobrem".


Choćbym wszystko miał, lecz nie miał Pana.
 Czyżby warto staczać życia bój?
Gdzie me serce miało by schronienie, 
Gdzież by szczęścia mogło znaleźć zdrój?
Choćbym wszystko miał, lecz nie miał Pana,
Skąd bym siłę mógł do życia brać?
Cóż mi mogą świata czcze rozkosze.
Za mojego Pana w zamian dać?



Choćbym skarby miał i sławę świata,
Choćbym wielki pośród ludzi był,
Jednak łodzią mą by wicher miotał
Bez ratunku w nędzy wciąż bym żył. 
Choćbym wszystko miał, lecz nie miał Pana,
Który na śmierć umiłował mnie,
Któż, o któż na tym szerokim świecie.

Serce ukoiłby strudzone, złe?

O, jak pusto byłoby na ziemi, 
wszędzie nędza, ciemność, grzech i kłam.
Bez Jezusa zginąłbym w otchłani,
O, bez Niego byłbym wiecznie sam.
Jakże mógłbym wytrwać bez Jezusa,
Jakąż drogę obrać z mnóstwa dróg?
Kto by wiódł doliną śmierci cienia.
Kto by mnie w raj wieczny przenieść mógł?



O jak błogo wszystko mieć w Jezusie.
On balsamem jest dla serca ran.
Z wszelkich grzechów swoją krwią obmywa.
W wszelkich troskach niesie pomoc Pan,
O, gdy Pana mam, gdy mam Jezusa,
Choć prócz Niego nic nie będę miał,
W nim mam jednak dość wszystkiego
Jego pragnę, w Nim mój życia dział!

czwartek, 20 listopada 2014

Pan z obrożą

Humor lekcji religii:
Ponieważ niezbyt często chodzę w koloratce do szkoły, ostatnio chłopak z 5 klasy SP zadał mi dziwne pytanie: "proszę księdza, a jak się zakłada taką obrożę?". Cóż, rzeczywiście jestem panem z "obrożą". Na tej samej lekcji inne dziecko z pełną powagą zadało mi pytanie: "a czy Adam z Ewą to byli katolicy?". Akurat mówiliśmy o różnicach wyznaniowych. On usłyszał od swojego kolegi wcześniej, że świadkowie Jehowy pojawili się już w czasach pierwszych ludzi.
Można się czasami pośmiać. To dobrze. Bywają też moment, kiedy trzeba mocno się natrudzić nad trzymaniem dyscypliny. Bez wątpienia do takich dni należy czwartek. W tym dniu mam na 3 lekcjach pod rząd zupełnie inne klasy na każdej lekcji. To znaczy na jednej lekcji realizuje 2 różne tematy z różnymi klasami. Plan został tak ułożony, by dzieciaki nie musiały czekać na lekcje. Taka lekcja jest dość wyczerpująca. Trzeba się nagimnastykować. Tyle na dziś, jestem zmęczony.  

środa, 19 listopada 2014

Nie widzę swoich pleców, czyli o "sekciarstwie" słów kilka

Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Ef 6,13
Kiedy zastanawiam się nad poszczególnymi elementami zbroji, to widzę, że żołnierz miał zabezpieczony tylko swój przód. A co by było, gdyby w jakiś sposób w czasie walki wróg podszedł go z tyłu?
Kiedyś słyszałem ciekawą interpretację tego szczegółu. On nigdy nie walczył sam. Zawsze byli inni żołnierze, którzy walczyli razem z nim i ochraniali jego plecy. 
Ja też nie widzę swoich pleców i często jestem atakowany przez przeciwnika w sposób, którego sobie nawet nie uświadamiam. Czasami wydaje mi się, że wszystko jest w porządku, gdy tymczasem jestem w błędzie. Na szczęście nie walczę sam. Bóg dał mi wspaniałą żonę, która często pomaga mi rozpoznać zagrożenie. Jesteśmy od siebie bardzo różni. To jednak sprawia, że widzimy różne rzeczy. Niejeden raz ostrzeżenie z jej strony sprawiło, że mogłem się zatrzymać i nie brnąłem w to, co złe.
Bóg dał mi również wspaniałych przyjaciół. Spotykamy się co tydzień, żeby razem się zachęcać i motywować do dalszego boju. Wiele razy Bóg użył ich, aby ochronić moje duchowe "plecy". Wiem, że kiedy staję na ambonie, oni noszą mnie w modlitwach. Ja też się o nich modlę. 
Niejeden raz słyszałem, że ktoś mówił, że to sekciarstwo, kiedy chrześcijanie spotykają się po domach, aby się razem modlić i studiować Słowo. Nie zgadzam się z taką opinią. Dla mnie jest to ważny element chrześcijańskiej dyscypliny. Uważam, że powinniśmy mieć przyjaciół, z którymi możemy rozmawiać o Bogu i swoich doświadczeniach. Dobrze, jeśli są to bardzo różne osoby, bo możemy się wzajemnie uzupełniać i dostrzegać zagrożenia, w które wchodzimy. W ten sposób również uczymy się wzajemnej miłości i tego, czym jest Kościół - wspólnotą, która dzieli swoje chrześcijańskie życie. 
Dziękuję Panu Bogu za moją żonę i moich przyjaciół. 
"Dlatego nie bądźcie nierozsądni, ale rozumiejcie, jaka jest wola Pańska. I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu". Ef 5,17-19

poniedziałek, 17 listopada 2014

Chcę widzieć Boże cuda dzisiaj

Ostatnio do naszego domu wkradła się niezdrowa tradycja. Ponieważ goście (zwłaszcza babcie) przychodząc przynosiły jakieś drobne prezenty dla dzieci, nasi synowie przyzwyczaili się do tego i sami już zaczynają pytać: co mi przyniosłeś/łaś? Takie pytanie usłyszałem od mojego 3-letniego syna. Byłem trochę tym rozbawiony, potem raczej niezadowolony.
Moi synowie są jeszcze dość mali i poniekąd są usprawiedliwieni. Zastanawiam się jednak dlaczego chrześcijanie też tak się często zachowują względem Ojca Niebiańskiego: Tato, co mi przyniosłeś? Nie mówimy: dziękuję, że jesteś w mym życiu, że chcesz mieć ze mną społeczność, ale: co mi przyniosłeś? To jest chore!
Jestem tym coraz bardziej zdegustowany. Chcemy oglądać Boże cuda dzisiaj, chcemy widzieć moc Najwyższego. Czy jednak umiemy ją rozpoznać. Ostatnio moja znajoma była bardzo przejęta pozytywnie, bo w jej wspólnocie Duch Święty działa i powala ludzi na ziemię. Czy rzeczywiście jest to Duch Boży? Czy rzeczywiście za tymi różnymi "uzdrowieniami" stoi Duch Jahwe? Czy są to w ogóle prawdziwe uzdrowienia? Bardzo w to wątpię. Osobiście widzę w tym zwiedzenie, zaparcie się Chrystusa ukrzyżowanego i niezdrową fałszywą "ewangelię" sukcesu. Jej doświadczyłem na własnej skórze. Bolało bardzo, bo kiedy ja cierpiałem i nie byłem w danym momencie uzdrowiony (a przecież Bóg musi!), wmawiano mi niewyznany grzech i brak wiary.
Nawet jeśli ludzie rzeczywiście są uzdrawiani, to czy skuteczność jest dowodem działania właśnie Ducha Bożego. Przecież sam Jezus powiedział: "W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Mt 7,22-23). 
Absolutnie nie chciałbym zaprzeczyć, że Bóg działa dzisiaj, że czyni cuda, że uzdrawia. Musimy być jednak bardzo ostrożni i badać duchy. "Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat" (1 J 4,1). Nie możemy zamykać się na działanie Ducha Bożego, ale rozeznawać. Zielonoświątkowy, charyzmatyczny pastor David Wilkerson powiedział, że zbliżają się czasy, kiedy ludzie będą szukać Ducha bez Chrystusa - mocy, cudów zamiast Prawdziwego Boga. Zadaniem Ducha jest uwielbienie Chrystusa - uświadamianie grzesznikowi jego beznadziejnej sytuacji i budzenie wiary w Zbawiciela. Czy cuda mogą same uratować grzesznika? Czy rzeczywiście wzbudzają wiarę w Zbawiciela? Czy mogą nakarmić zgłodniałe dusze? Żydzi przecież widzieli te znaki, domagali się ich jeszcze i jeszcze, ale nie uwierzyli. Jezus odmówił im na koniec znaków innych niż Jonasza ("Pokolenie złe i cudzołożne znaku żąda, ale nie otrzyma innego znaku jak tylko znak Jonasza proroka". Mt 12,39). Żydzi poszukiwali tych cudów, ale Paweł zwiastował im (ku ich zgorszeniu) Chrystusa ukrzyżowanego ("Podczas gdy Żydzi znaków się domagają... my zwiastujemy Chrystusa ukrzyżowanego" 1 Kor 1,22)
Ja też chcę widzieć Boże cuda dzisiaj. Widzę je. Ot, choćby w cudzie stworzenia, w potędze i pięknie kosmosu. W nich widzę mądrość, wszechmoc i piękno Stworzyciela. 
Bóg działa dzisiaj. Jego wielkim cudem (większym jeszcze niż pierwsze stworzenie) jest Nowe Stworzenie. Tamto było powołaniem do życia z prochu, tutaj z umarłego, skorumpowanego dogłębnie powstaje święty, nowy człowiek. 
Cudów też doświadczyłem, tych nadnaturalnych, ale o nich nie będę już pisał. Wybaczcie za ostatni post (musiałem go skasować, nie mogłem inaczej, czułem się dziś okropnie z tego powodu). Nie będę się szczycił, bo one nie są warte uwagi. To tylko nadyma, zazdrość wywołuje i kieruje innych w stronę marności. Chcę się szczycić Chrystusem i cudem nowego stworzenia. Chrystus zbawił mnie, dał życie wieczne. 
Chcę wiedzieć i modlę się o cuda nowego stworzenia wokół mnie. Chcę widzieć moc Boga, który działa i przekonuje ludzi o grzechu, a potem podnosi i przemienia. Chcę widzieć Boże cuda dzisiaj... 
Chcę się radować cudem, którego doświadczam, kiedy Bóg zaprasza mnie do społeczności z Sobą, kiedy mogę na kolanach doświadczać bliskości Chleba Żywota. On jest największym Cudem, Skarbem, Radością. Dziś jeszcze niedoskonale mogę z Nim obcować, w wieczności w pełni będę się rozkoszować. Chcę widzieć, doświadczać tego Cudu. Tylko On sprawia, że nie jestem głodny. 

sobota, 15 listopada 2014

Cięgle Zaskakujący

Pamiętam, że w szkole średniej siedziałem bezradnie nad kartką papieru, starając się sklecić słów kilka na "wypracowaniu klasowym". Było bardzo ciężko. To chyba moje najgorsze chwile w szkole. Bardzo nie lubiłem pisać wypracowań. Nigdy też nie miałem z tego dobrych ocen. Byłem typem "ścisłowca". Matematyka była dla mnie żywiołem. Pod koniec szkoły średniej zastanawiałem się na jakie pójść studia. Bardzo chciałem służyć Bogu, więc w końcu zdecydowałem się na studia teologiczne. Bardzo bałem się egzaminu, gdzie też trzeba było co nieco napisać. W zasadzie do dzisiaj nie czuję się najlepiej w pisaniu. Kazań nie piszę, zdecydowanie wolę przemawiać. Zazwyczaj mam przygotowane punkty i wersety biblijne, które chcę wykorzystać w danym kazaniu. Pan Bóg błogosławi. 
A jednak piszę coś od jakiegoś czasu, bloga, posty na FB. Chcę pisać o Bogu. To też forma modlitwy. Chcę Go błogosławić. On zresztą sam mnie do tego zachęca. 
Dlaczego to wszystko piszę? Już tłumaczę.
Droga z Bogiem to nie jest realizowanie jakiegoś programu, stosowanie się tylko do "Książki obsługi" (jak wielu Biblię nazywa), ale to chodzenie z Bogiem, który dziś też przemawia, prowadzi. To obcowanie z Ciągle Zaskakującym, często działającym wbrew logice i prawom ludzkiego rozumu. Pan mówi o sobie, że jest Dobrym Pasterzem, a my owcami, które głosu Jego słuchać mają. On chce prowadzić swe dzieci, jak ongiś na pustyni. Chce, abyśmy szli za Nim krok w krok. To codzienne karmienie się Nim samym i "chodzenie w Jego Duchu". To niesamowita przygoda. On może prowadzić Cię drogą, którą sam byś nigdy nie wybrał. Tak jest z moim pisaniem. Jestem tym zaskoczony.
Odwołam się do rozważań, które ostatnio czytam "Ku Tobie, Boże mój" ("Tobie Najwyższy")  Oswalda Chambersa (polecam):
"Wystrzegaj się obsesji na punkcie wierności własnym przekonaniom zamiast całkowitego powierzenia się Bogu. Jeżeli jesteś człowiekiem świętym i mówisz "Nigdy nie zrobię tego czy tamtego", to najprawdopodobniej właśnie tego Bóg będzie od ciebie oczekiwał... W życiu człowieka świętego liczy się nie zgodność z zasadą, lecz z Bożym życiem. To Boże życie coraz lepiej odkrywa Boży zamysł. Łatwiej być żarliwym fanatykiem niż człowiekiem konsekwentnie wiernym, ponieważ gdy jesteśmy wierni Bogu, On w zdumiewający sposób poniża naszą religijną pyszałkowatość" (str. 339). 
Żyj zatem z Bogiem na co dzień. Daj się Mu prowadzić. Nie realizuj swojego programu z Jego pomocą, ale ucz się słuchać Jego głosu. Bądź gotowy na to, że zostaniesz zaskoczony. To jest właśnie istota chrześcijaństwa.
Owce moje głosu mojego słuchają i Ja znam je, a one idą za mną. J 10,17

czwartek, 13 listopada 2014

(Nie)przepraszam, że żyję

A Pan rzekł do Jozuego: Wstań! Czemu leżysz twarzą do ziemi? (Joz 7,10)

Czasami zachowuję się jakbym chciał przeprosić, za to żyję. Chyba nie tylko ja. Wielu spotykam takich, wycofanych, "wykastrowanych". A Bóg zachęca, przymusza: podnieś się, idź dalej, wyprostuj się! 
Obrażamy Boga swym wycofaniem, swym brakiem ducha do walki. W tym zaś tkwi istota męskości. W walce, zdobywaniu ziemi dla Pana, w walce o żonę, o dzieci. 
Od jakiegoś czasu Bóg pobudza mnie właśnie do walki, śmiałego patrzenia przed siebie. Choć czasami tak trudno. Zwłaszcza wtedy, gdy dostaje się w tyłek. Wtedy Bóg wypycha do przodu. Czasami zabiera Swą rękę, żebym się zorientował, że Go swym wycofaniem obrażam. Czasami posyła innych, którzy zachęty słów kilka powiedzą. 
Zostaliśmy tak wychowani. Często bez ojców, bo oni też byli wycofani. Oddali nas w ręce kobiet na "bezpieczne" wychowanie. A facet swych synów z bezpiecznych rąk kobiet ratować powinien!!! 
Bóg też ratuje od tego wycofania. Duch Jego jest Duchem walki. On wcale nie jest "zniewieściałym", jak Go niektórzy postrzegają. Jezus też nie był. Walczył. Miał charakter. Widzę to zwłaszcza, gdy myślę o tym, co zrobił w świątyni: "Żarliwość o dom twój pożera mnie" (J 2,17). Tą dzikość, żarliwość, zazdrość widzę chociażby w słowach: "Dlatego stanę się dla nich jak lew, będę czyhał jak pantera przy drodze, napadnę na nich jak niedźwiedzica, której wzięto młode, i rozedrę w piersi ich serce. Pożrę ich tam jak lwica; rozszarpie ich dziki zwierz" (Oz 13,7-8). Ileż tu dzikości i namiętności, jak u kochanka, który walczy o swoją kobietę.  
Czasami zazdrość postrzegamy jako coś złego. Często tak jest, na przykład gdy zazdrościmy innym czegoś. A jednak jest dobra i zdrowa zazdrość. Bóg jest Bogiem zazdrosnym. "Albowiem Pan, którego imię jest "Zazdrosny", jest Bogiem zazdrosnym" (2 Mż 34,14). On walczy o to, co do Niego należy. Jako faceci często musimy walczyć o rodzinę. Czasami musimy walczyć z wszystkim, co chce wejść w najbliższe relacje. Ja też o żonę walczyłem. Wygrałem i dziś jest nam dobrze ze sobą, choć jeszcze lepiej być może i będzie! Czy jest to walka skończona, wygrana na zawsze? Pytanie retoryczne.  
Kiedy boję się czegoś innego, to Boga obrażam. Bo On jest zazdrosny. W Jego zazdrości bezpieczeństwo znajduję. Bo On też (przede wszystkim) walczyć będzie o mnie, naszą relację. Może dlatego na kolanach dziś przyjdzie mi powalczyć. Boże pomóż nam wycofanym. Daj "kopa", gdy trzeba!






















Dla wszystkich, których gorszę swą polszczyzną i nie tylko

Wybaczcie drodzy, że nie zawsze słowa i konstrukcje są poprawne. Wiem, że niektórych gorszę swą kosmatością językową. Zawsze miałem problemy w tej kwestii. Cóż, mógłbym odłożyć i nie pisać. Tak nie zrobię. Jestem otwarty na wszelkie słowa krytyki. Choć nie powiem, że słuchać jej lubię i łatwo przyjmuję, ale tylko tak mogę pracować nad sobą. Postanowiłem pisać ku zbudowaniu serc choćby niewielu.
Jak patrzę na tych, których Bóg używał, to uświadamiam sobie, że używał ludzi niedoskonałych, często mających ciemne plamy w swej biografii. Niejednokrotnie możemy być zgorszeni, kiedy czytamy o oszuście (oj znalazłoby się ich sporo, Abraham, Jakub, Piotr), złodziei (Zacheusz, Mateusz {najprawdopodobniej, jako celnik}), mordercy i prześladowcy Kościoła (Dawid, Paweł). A jednak Bóg przemieniał tych ludzi, używał i błogosławił.
Napisałem ostatnimi czasy post, który nazwałem "Takie nic". Myślałem wtedy o sobie. Nie był to wyraz moich kompleksów (choć i te posiadam). Chodziło mi raczej o świadomość tego, kim jestem przed Bogiem. Liczy się tylko Jego łaska. Łaską, czyli niezasłużonym darem, jest to, że dziś wstaliśmy. Łaską jest to, że Bóg w swojej łasce pozwala nam żyć, że nas nie zabija, choć grzeszni jesteśmy i ciągle obrażamy Go swoim postępowaniem. Łaską jest to, że nas zbawił, że nas przemienia. Łaską jest wreszcie to, że nas używa.
Czasami popadamy w duchową pychę i myślimy, że to nasza zasługa. Zaczynamy uświęcenie przypisywać sobie, własnemu wysiłkowi, pracy nad sobą. Gdyby Bóg odjął, odsunął swą miłosierną rękę, to bylibyśmy potworami.
Pycha jest początkiem końca. Jest powszechnym zagrożeniem. Myślimy, że stoimy, a jesteśmy już zwiedzeni, oszukani. Szatan lubi poklepać nas po ramieniu. Mówi: "dobry z ciebie chłopak, dziewczyna". Tracimy czujność i zasypiamy. Ciekawe jest, to że żaden zwiedziony, nie ma świadomości, że jest w takim stanie. Myśli, że inni się mylą, że go prześladują. Szatan jest ojcem kłamstwa i często nas mami. Każdy z nas jest w drodze.    
Dlatego jeśli myślimy, że stoimy to baczmy, abyśmy nie upadli i zwiedzeni zostali. Prośby Pana: "Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje, Doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady,A prowadź mnie drogą odwieczną!" (Ps 139,23-24)   

środa, 12 listopada 2014

Zakochany gówniarz

Jako nastolatek zakochałem się w pewnej dziewczynie. Potrafiłem zrobić wtedy szalone rzeczy, żeby ją poderwać. Postanowiłem nawet wspiąć się na jabłoń, żeby zerwać dla niej jabłko. Przy wszystkich, specjalnie dla niej, żeby jej zaimponować. Cóż, szczeniackie to było, poniekąd.
Kocham swoją żonę i Bóg sprawia, że jeszcze bardziej niż na początku jestem w niej zakochany. Ale nie o tym zakochaniu chcę dziś pisać. 
Zakochałem się na nowo w swym Zbawicielu i Przyjacielu. Dziś również zachowuję się jak zakochany gówniarz. Wielu pewnie, kiedy widzi mój kolejny wpis na FB, klepie się w głowę i mówi: nienormalne, nieodpowiedzialne, głupie. A jak chcę powiedzieć jedno: cóż, jestem zakochany. Zakochany w TYM, który jest specjalistą od trudnych, beznadziejnych przypadków. Zakochany w tym, który oddał wszystko, żeby mnie ratować. Chcę Go kochać, ufać i być posłuszny. Nie myślcie, że jest to dla mnie łatwe, żeby postawić kolejny wpis. Wiem, że wielu mówi: dziwak. Ja duchowny Kościoła piszę takie rzeczy, często publicznie się obnażam. Robię to dlatego, że jestem zakochany i posłuszny. Bóg używa takie małe, głupie rzeczy. Lepsze jest posłuszeństwo niż ofiara, lepsze głupie i nieodpowiedzialne (według świata) rzeczy wynikające z posłuszeństwa niż wielkie projekty oparte tylko o ludzką mądrość. Jeśli Bóg chce, żebyś czyścił innym buty na ulicy, to idź, rób to na chwałę Boga i pamiętaj, że On może użyć tego bardziej niż wielkie ludzkie projekty i konferencje oparte o ludzką mądrość.
Bądź zakochany, szalony, gotowy na wszystko dla Swojego Zbawiciela!
Zastanawiałem się ostatnio, dlaczego tak wielu traci swą pierwszą miłość, dlaczego tracimy ją czasami. Stajemy się poprawni, polityczni, ostrożni, przewidujący zamiast posłuszni, ufający, spontaniczni. Gdzie jest w nas dzikość Piotra, który rzucił się do wody, aby być blisko Zbawiciela 
(J 21,7)? Gdzie dziwaczność Dawida tańczącego przed Arką (2 Sm 6,14)?
Bóg chce, abyś był szalony dla Niego i za Nim. Chce, abyś Go zdobywał, walczył o to, aby być blisko Niego. 
Czasami jestem zamęczony spotkaniami modlitewnymi. Wybaczcie jeśli kogoś urażę. Ale często zależy nam bardziej na rzeczach, które możemy dostać od Pana niż na Nim samym. Wczoraj czytałem krótki fragment Davida Wilkersona "Przebudzenie na Broadway'u" i znalazłem tam taki fragment: "Głównym celem naszej modlitwy powinna być zawsze społeczność z Panem. Przecież On już zatroszczył się o nasze codzienne potrzeby. (Mt 6,25-26.32-34)... Bóg mówi do nas: "Kiedy wchodzicie w Moją obecność, skupcie swoją uwagę na społeczności ze Mną - na poznawaniu Mnie. Nie skupiajcie się na rzeczach materialnych. Ja znam wasze potrzeby. Nawet nie musicie prosić - Ja zatroszczę się o to wszystko! Po prostu szukajcie Mnie. Cieszmy się tą słodką społecznością." (str.323)
Idź i walcz na kolanach o bliskość swojego Zbawiciela. Bóg chce być zdobywany. 
Bądź zakochany i nie milcz, niech inni zobaczą, że jesteś zakochany! Może i im się udzieli.
Jeśli masz ochotę, to odezwij się i powiedz, że Ty też jesteś zakochany. Chciałbym stworzyć taki klub dla zakochanych.
          

wtorek, 11 listopada 2014

Lenistwo

Uważam, że to jedna z największych chorób współczesnego chrześcijaństwa. Plaga, która szerzy się w Ciele Chrystusa. Ja też byłem leniem, takim duchowym. Pobłażałem swojemu ciału i pozwalałem, żeby to ono wiodło prym. Największa przemiana w moim życiu przyszła wtedy, kiedy straciłem wszelkie środki i siły. Zrozumiałem, że sobie nie radzę. Wcześniej myślałem, że jestem przyzwoitym chrześcijaninem.  Byłem zwiedziony, czyli oszukany. Dopiero dzięki Bogu zrozumiałe, że nie dam rady poszczególnych kawałków swojego życia posklejać. Wtedy zacząłem wołać do Boga.
Pamiętam, że jechałem na nabożeństwo do Częstochowy i całą drogę w samochodzie wołałem do Pana, dosłownie krzyczałem. Bóg wysłuchał tego wołania. Pierwszą rzeczą, którą zmienił to ilość godzin, które przeznaczałem na sen. Zacząłem wstawać o 5:00, godzinie dla mnie wtedy kosmicznej. Wstawałem, słuchałem kazań, czytałem Biblię, modliłem się. Na początku było trudno, zasypiałem, ale walczyłem. Uchwyciłem się obietnicy: Zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości. Młodzieńcy ustają i mdleją, a pacholęta potykają się i upadają, lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają. Iz 40,29-31. Wytrwałem, bo widziałem owoce tej walki. Zacząłem się duchowo karmić, regularnie, w dość dużych ilościach. Bóg pokazał mi, że wcześniej byłem związany lenistwem. Mówiłem: Jeszcze trochę pospać, trochę podrzemać, jeszcze trochę założyć ręce, aby odpocząć (Prz 6,10). Myślę, że nie tylko ja. 
Często jesteśmy aktywistami, robimy dużo, ale zaniedbujemy to co zasadnicze - karmienie się Chrystusem, walkę na kolanach. Podobno nawet Salomon nie naleje z pustego, a my chrześcijanie (niektórzy) myślimy, że nam się uda. Wydaje nam się, że znamy Boga, Biblię, że to wystarczy. Brakuje nam sił, gorliwości. Uczniom też wydawało się, że sobie poradzą, znali przecież Jezusa, wcześniej widzieli i dokonywali wielu cudów. Jezus jednak ostrzegł ich i napominał: "Czuwajcie i módlcie się, abyście nie popadli w pokuszenie; duch wprawdzie jest ochotny, ale ciało mdłe" (Mt 26,41). Czy i my pośniemy? 
Dziś dla mnie to wczesne wstawanie to reguła. Nie chcę się tym szczyćić. Mówię o tym, bo to jest Boża łaska. Najlepszy czas dnia. Takie codzienne świętowanie. Czas, który mogę spędzić, ze swoim Panem. Kiedy z jakiś względów nie mogę wstać, to czuję się jak "wypluty", totalnie zmęczony, bez sił. Jest to dla mnie objaw tego, że coś niedobrego dzieje się w moim życiu, że wkradł się jakiś grzech. Wtedy wołam do Pana i walczę na kolanach jeszcze bardziej, jak zrozpaczony, "na duchowym głodzie".
Bynajmniej nie chcę robić z siebie reguły, wzoru. Mówię tylko o tym, co dla mnie jest zasadnicze, co mi pomaga, dodaje sił. Bóg chce, abyśmy szukali Go z całych sił, walcząc ze swoimi cielesnymi słabościami.  
Widzę wzór Chrystusa, który mimo ogromu zajęć wstawał rano, żeby spędzić czas na modlitwie 
(Mk 1,35). Widzę przykład Pawła, który wyznaje: "W trudzie i znoju, często w niedosypianiu, w głodzie i pragnieniu, często w postach, w zimie i nagości" (2 Kor 11,27). Ta gorliwość jest dla mnie przykładem. 
Was zaś pozostawiam ze Słowem: "Obudź się, który śpisz, I powstań z martwych, A zajaśnieje ci Chrystus. Baczcie więc pilnie, jak macie postępować, nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, gdyż dni są złe." (Ef 5,14-16) Wiem, że wymowa jest metaforyczna, ale spróbujcie potraktować to dosłownie, może coś w tym jest. 
   

poniedziałek, 10 listopada 2014

Takie nic

"Dlatego mam upodobanie w słabościach, w zniewagach, w potrzebach, w prześladowaniach, w uciskach dla Chrystusa; albowiem kiedy jestem słaby, wtedy jestem mocny". 2 Kor 12,10. 
Wybaczcie, jeśli ktoś odniósł wrażenie po moich postach, że chcę się chwalić swoją wiarą. Nawet w części nie wiecie (ja też sobie tego nie uświadamiam), jak kiepski jestem i ile razy zrobiłem i zrobię rzeczy niegodne chrześcijanina, ale właśnie za takie nic Chrystus oddał Swoje życie i taką zepsutą kupkę ziemi Bóg chce używać. Dlatego nie będę milczał, o tym co Chrystus uczynił dla mnie. Bez żadnej zasługi, bez żadnych względów, które mogły do tego skłaniać, Chrystus oddal dla mnie wszystko. Dlatego będę krzyczał o Jego łasce wszędzie tam, gdzie mnie pośle. Bóg jest specjalistą w tym, żeby zmieniać i używać to co bezwartościowe. Jestem nowym stworzeniem, jestem ukryty w Chrystusie. Dlatego też mogę ostać się i wołać do Świętego Boga. Dzięki Chrystusowi stałem się Dzieckiem Króla. Liczy się tylko Jego łaska.

sobota, 8 listopada 2014

Będę krzyczał na przekór wszystkiego i wszystkim...

Byłem dziś na super koncercie w Bielsku. Było naprawdę świetnie. Brawo dla organizatorów!
Chwała Bogu! Bóg dał mi bardzo dobry czas, choć zbyt wiele nie widziałem. To taki prezent od Pana Boga. Dzięki Kochany Ojcze!
Utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że nie mogę już więcej milczeć na przekór wszystkim, którzy mówią, że niepolitycznie, za bardzo odważnie, głupio. Ja będę krzyczał, że Chrystus jest Panem, który mnie zgubionego grzesznika uratował, nie tylko raz, ale wielokrotnie.
Jestem uzależniony... od Jego łaski. Jak niemowlę odstawione od piersi i głodne duchowego mleka, będę krzyczał. Jak Bartymeusz uciszany przez tłumy, będę krzyczał. Potrzebuję Chrystusa na co dzień. Będę krzyczał jak ten, który ginie, choć dziś uratowany, to ciągle bezgranicznie uzależniony.
Chrystus uratował mnie, lecz na każdym kroku potrzebuję Jego łaski, Jego Ducha. To uzależnienie, dobre uzależnienie.
Wszystko inne to śmiecie, przeszłość, przyszłość, dobra opinia chcę poznać i zyskać Chrystusa. On jest skarbem jedynym, najcenniejszym.
Będę krzyczał ogłaszając Jego chwałę. Chcę ogłaszać, że On jest Panem, kiedy jutro stanę na ambonie. Chcę rozgłaszać Jego chwałę wszędzie. Coraz bardziej marzy mi się wyjście na ulicę, pójście do miejsc, gdzie najciemniej, aby krzyczeć, że On jest Panem. A jednak chcę iść tylko tam, gdzie On prowadzi, krok za krokiem, jak najszczęściwszy niewolnik za swoim Panem.

Panie daj moc, aby nie skończyło się na pustych słowach, bezsensownych deklaracjach.

A teraz idę ogłaszać Jego chwałę, czytając dzieciom Biblię i całując na dobranoc.

piątek, 7 listopada 2014

Czy Ewangelia bez Zakonu jest Ewangelią? - słów kilka o filmie "Bóg nie umarł"

Wiem, że wielu osobom się narażę i wiele osób, będzie miało odmienne zdanie. Cóż, trudno.
Obejrzałem wczoraj film "Bóg nie umarł" i mam mieszane uczucia. Z pewnością są tam ciekawe wątki, które mogą być podstawą do dyskusji np. cena jaką trzeba płacić za wiarę, ufność Bogu, która podejmuje ryzyko itd.
Są jednak rzeczy, które mi jednak zdecydowanie przeszkadzały. Film jest reklamą konkretnego mówcy i kampanii przez niego podejmowanych (Franklina Grahama). Czy naprawdę mamy siebie reklamować? Z pewnością każdy to jakoś robi. Ja też umieszczam swoje teksty na Facebooku, zachęcam do obserwowania bloga. Mimo wszystko jednak mam w tej kwestii mieszane uczucia.

Druga kwestia jest bardziej poważna. Wiem, że w filmie nie można poruszyć wszystkich wątków. Mimo wszystko bardzo razi mnie spłycenie przedstawionej tam Ewangelii. Jest zachęcenie do przyjęcia Chrystusa, ale w zasadzie nie ma tam powiedziane, po co mamy Go przyjąć. Nie ma tam mowy (chyba poza jednym zdaniem) o świadomości grzechu, o skrusze. 
Abstrahując od filmu, uważam, że jest to coraz powszechniejsza tendencja, aby przemilczeć to, co zasadnicze. Często nie mówi się o grzechu. Reklamuje się Boga, przedstawia się Go jako najlepszego Przyjaciela, Cel w życiu, Dawcę miłości, pokoju i radości. To jest oczywiście prawda, ale niepełna. Dopóki Duch Święty nie uświadomi człowiekowi Jego grzechu, tragicznej sytuacji przed Świętym Bogiem (czyli Zakonu) ten nie zdaje sobie sprawy z potrzeby ratunku. Ratunku, od czego? Bez uświadomienia grzechu, bez Zakonu nie ma Radosnej Nowiny o zbawieniu w Chrystusie.
Dlaczego boimy się otwarcie mówić o grzechu? Dlaczego boimy się twardej mowy?
Dlaczego chcemy za wszelką cenę zareklamować Boga? Czy jest dobra i prawdziwa reklama? Czy Bóg jest żebrakiem, który potrzebuje naszej miłości i oddania? Kto kogo potrzebuje: my Boga, czy Bóg nas? Dlaczego boimy się zgorszenia krzyża?
Jeszcze inne pytanie: dlaczego tak mało mówimy o świętości i sprawiedliwości Boga?  Przedstawiamy Jego miłość, łagodność i cierpliwość, ale często milczymy o innych atrybutach np. świętości, zazdrości. Czy przedstawiamy Boga takim jaki jest? Czy przemilczając pewne Jego cechy nie kłamiemy na Jego temat?   
Jakiś czas temu zostałem kolejny raz zachęcony do poznawania atrybutów (cech) Boga. Uważam, że jest to najważniejsza sprawa w życiu chrześcijanina, poznać Boga takim jakim jest. Chociaż w pełni takie poznanie nigdy nie będzie możliwe, bo nasz rozum nie jest w stanie Boga ogarnąć, to możemy dążyć do tego. ie chodzi też tylko o poznanie rozumem, ale relację. To jednak wymaga trudu i chęci.

Gdyż miłości chcę, a nie ofiary, i poznania Boga, nie całopaleń. Oz 6,6

wtorek, 4 listopada 2014

Kościół dla (nie)facetów

Podobno nasz system edukacyjny promuje dziewczyny. Cóż, rzeczywiście w szkole przeważają panie nauczycielki i promuje się zachowania i zdolności zdecydowanie niewieście (grzeczne siedzenie w ławce, estetyczne prowadzenie zeszytów, ładne deklamowanie wierszy).
Przepraszam wszystkie kobiety. Nie chodzi mi ani o krytykę płci pięknej ani szkoły. Chodzi mi tylko o to, że brak wzorców męskich. Współcześni ojcowie bardzo często nie mają czasu dla dzieciaków. Wychowanie spychają na barki kobiet. To jest chore. Przez to rośnie nowe pokolenie zniewieściałych, wycofanych  facetów. Faceci weźmy się w garść i róbmy swoje! Nie spychajmy odpowiedzialności na nasze żony. (Ja bynajmniej jako nauczyciel ani jako ojciec nie uważam się za wzór)

Niestety w kościołach jest podobnie. Poszedłem ostatnio ze swoimi chłopakami na szkółkę niedzielną i stwierdziłem, że nie ma tam żadnego "wujka". Skąd się to bierze?
Jak w tym wszystkim mają odnaleźć się moje chłopaki, ruchliwe, żadne przygód. Kościół zajmuje się przede wszystkim tym, jak być grzecznym. To samo dominuje w nauczaniu. Nie słyszałem jeszcze kazania o tym, że Bóg jest dzielnym, groźnym Wojownikiem. Przedstawia się Go jako miłego, kochającego, łagodnego. To wszystko prawda, ale nie cała. Bóg to Ogień Trawiący, Wódź Mocny, Wojownik, Nieoswojony Lew.
Poprzez akcentowanie tego jacy mamy być (czyli generalnie grzeczni) i akcentowanie tego, że mamy pracować nad sobą, zapomina się, że uświęcenie to Ducha Świętego. My zaś jesteśmy przede wszystkim powołani do obcowania z tym Wojownikiem. Samo obcowanie wypala nas, zmienia nasze oblicze (jak Mojżesza), kształtuje. 

Na szkółce bylem niegrzecznym chłopcem, ale postawa super wujka bardzo mnie zachęciła i zainspirowała. Bycie chrześcijaninem nie sprowadza się do tego, żeby być grzecznym! To przygoda najlepsza z możliwych. To bycie z ciągle zaskakującym, pociągającym Bogiem, dzikim Lwem z plemienia Judy. 
Faceci zróbmy coś, żeby nasze chłopaki wiedziały, że Bóg jest inny, że kocha męskość, waleczność, przygodę!
Ja po szkółce wyciągnąłem łuk, który był przygotowany na kiedyś i poszedłem z moimi synami na polowanie na cieszyńskim wzgórzu opowiadając o Dawidzie i wojnach, o których mówi Biblia. Chociaż mój starszy syn rzadko ogląda TV, to bardzo lubi słuchać opowieści i bajki o wojnach. 
Boże pomóż nam być facetami, a nie zniewieściałymi maminsynkami!

sobota, 1 listopada 2014

Bóg nie mówi NIE

Zawsze uczyłem dzieci, że Bóg odpowiada na nasze modlitwy w trójnasób i Jego odpowiedzi można porównać do świateł sygnalizatora drogowego: zielone - tak, żółte - czekaj i czerwone - nie. Niejeden raz zadawałem sobie pytanie, jak pogodzić fakt, że zawsze dzieje się wola Boża z sensem i znaczeniem modlitwy.
Jakiś czas temu odkryłem, że Bóg nie mówi po prostu NIE. Ja zbywam czasami swoje dzieci, nie mam dla nich czasu, siły itd. Bóg Ojciec jest inny. "On się nie męczy i nie ustaje, niezgłębiona jest jego mądrość. Zmęczonemu daje siłę, a bezsilnemu moc w obfitości" (Iz 40,28-29). On ma dla mnie zawsze czas. Więcej, zaprasza mnie do społeczności z Sobą. Nie chcę przez to powiedzieć, że On daje mi zawsze, to co chcę. Nie, tak się nie dzieje - chwała Mu za to. Chcę jednak powiedzieć, że Bóg nagradza tych, którzy Go szczerze szukają. Nawet jeśli nie daje mi, tego o co Go proszę, to daje mi znacznie więcej - obdarza Swoją łaską, przytula mnie do Siebie, daje mi siły, abym przeszedł przez dane doświadczenie. Dlatego do Pawła, kiedy prosił o wyciągnięcie kolca z jego ciała (cokolwiek to było powiedział), powiedział: "Dosyć masz, gdy masz łaskę moją" (2 Kor 12,9). Bóg nagradza tych, którzy Go szczerze szukają. Dlatego modlitwa ma sens. Więcej, jest naszą największą bronią. Dlatego wołam do Boga i modlę się o siebie, swoją rodzinę, przyjaciół. Jest to dla mnie najcenniejszy czas. 

Modlitwa nie jest dla mnie tylko wygłoszeniem litanii próśb, to przede wszystkim szukanie Boga i Jego bliskości. 
Uczę ostatnio mojego syna waleczności, bo wierzę, że w tym tkwi istota męskości. Nie chodzi mi o siłę mięśni i walkę z innymi. Przede wszystkim pokonywanie swoich własnych słabości, walkę o rodzinę i otaczający świat. Czasami się razem siłujemy. Bardzo kocham swojego syna. Do takiego siłowania zaprasza mnie Bóg. Do walki na kolanach, do walki o duchowe błogosławieństwo, do walki o więcej Chrystusa w swoim życiu. Obraz Jakuba walczącego z aniołem jest mi bardzo bliski. Wiem, że Bóg chce takiej walki w moim życiu. 
Kiedyś słyszałem (w jednym z kazań Paula Washera) taki przykład: do jednego trenera sztuk walki przyszedł pewien człowiek, który prosił go, aby go trenował. Trener umówił się z nim następnego dnia nad morzem. Razem weszli do wody, a potem trener złapał tę osobę i wsadził jej głowę pod wodę. Osoba, uświadamiając sobie wielkie niebezpieczeństwo, w którym się znalazła, zaczęła z całych sił walczyć o życie, szamotać się i w końcu się oswobodziła. Miała tylko jeden cel - przeżyć, złapać powietrze. Później trener powiedział do tej młodej osoby: nie przychodź do mnie, jeśli nie będzie w tobie takiego zapału do trenowania, jak do ratowania swojego życia.
Zadaję sobie pytanie, czy jest we mnie taka pasja, taki zapał do bycia blisko Boga, jak do ratowania życia? Czy pragnę Chrystusa bardziej niż powietrza?
Panie, daj aby tak było! 
Mam nadzieję, że zachęciłem Was trochę do modlitwy. Ja odkrywam jej znaczenie. Jest ona naprawdę potężną bronią. Bóg wysłuchuje i daje Siebie.
Bez wątpienia wielkim zachęceniem do modlitwy są dla mnie kazania baptystycznego pastora Paula Washera. Pod tym względem jestem ekumenistą, bo nie słucham tylko luterańskich kazań.