wtorek, 13 lipca 2010

Znów w domu


W sobotę wróciliśmy z Polski. Przyjechaliśmy wraz z moją siostrą Moniką i jej dziećmi – Wojtkiem (13 lat) i Anią (6 lat). Podróż była ciężka, zwłaszcza dla dzieci. Nasz Maciuś jest coraz bardziej ruchliwy i nie chce już grzecznie (tzn. bezczynnie) siedzieć i długo spać na kolanach mamusi. Na lotnisku mieliśmy nerwowe przeżycie, bo zapomnieliśmy odebrać wózek. Zabraliśmy sporo bagaży, a dodatkowo wózka nie widzieliśmy na taśmie bagażowej i tak jakoś o nim zapomnieliśmy. Przypomnieliśmy sobie dopiero siedząc w autobusie jadącym na dworzec kolejowy. Musieliśmy wracać. Baliśmy się, że odzyskanie tej zguby nie będzie takie łatwe, ale nie było tak ciężko. Okazało się, że ludzie zapominają sporo bagaży. Pan, który zajmuje się tymi zapomnianymi i zgubionymi bagażami zaproponował nam nawet, żebyśmy wybrali sobie ze składu lepszy model. Haha. Cóż, ten nasz nam w zupełności wystarczy. Potem czekała nas całonocna podróż do Zaporoża. W pociągu było bardzo ciepło. Rano jeszcze 200 km spędziliśmy w autobusie. Tutaj też pojawiły się problemy. Brakowało miejsc w autobusach do Berdiańska. Musieliśmy czekać ok. 1,5 godziny, a potem jeszcze siedzieliśmy na własnych bagażach (tzn. Wojtek i ja). Jakoś przeżyliśmy i dotarliśmy do domu.
Sobotnie popołudnie też było dla nas dość trudne z różnych powodów. Po pierwsze w naszym mieszkaniu zadomowiły się pchły. Kota nie było, więc stwierdziły, że ludzka krew też się nada. Musieliśmy z nimi walczyć, ale dość szybko zniknęły.
Kolejnym bolesnym wydarzeniem był mój wypadek na rowerze. Jadąc z obiadem – smaczną pizzą – do domu, nie zauważyłem wielkiej dziury na drodze i do niej wjechałem. Jechałem główną drogą, więc nie spodziewałem się takiej przykrej niespodzianki. Cóż, jestem mocno obdarty i posiniaczony. Mogę się tylko cieszyć, że nie stało się nic gorszego.
Późne popołudnie też nie było przyjemne. Uczestniczyłem w spotkaniu rady parafialnej i dowiedziałem się o kolejnym konflikcie w parafii. Niestety z napięciami i konfliktami musiałem się zmagać cały czas podczas swojego pobytu na Ukrainie. One mnie bardzo smucą i sprawiają, że czuję się bezsilny. Ostatni konflikt dotyczy pani lektor naszej parafii. Podczas mojego pobytu w Polsce ludzie zebrali podpisy pod listem do biskupa, żeby pozbawić jej funkcji lektora i wykluczyć z parafii. Ja nie jestem w ten konflikt zaangażowany, ale jako pastor jest mi ciężko ten konflikt rozwiązać. Kolejny raz zwyciężyła nienawiść, strach i kłamstwo. Cóż, pozostaje mi tylko zapłakać nad ludzką grzesznością i zawołać: Panie zmiłuj się!
Były problemy, ale jest też sporo radości z faktu, że jesteśmy w końcu w domu. Mimo wszystko nie ma jak w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz