piątek, 23 lipca 2010

Temat marginalizowany

Czytałem ostatnio książkę J. i G. Benge „William Carey. Muszę jechać”. Bardzo ciekawe były losy tego baptystycznego pastora, który pracował jako misjonarz w Indiach. To jednak co najbardziej mnie zaciekawiło, to myślenie chrześcijan w osiemnastym wieku. Większość ówczesnych chrześcijan (w tym pastorów) uważała, że Jezus dał zadanie dzielenia się Ewangelią swoim dwunastu uczniom, a gdy oni zmarli, ono także się skończyło. Sądzili, że nikt nie ma obowiązku dzielenia się swoją wiarą, a zwłaszcza nie na obszarach niebezpiecznych i nieznanych. Wielu chrześcijan mówiło nawet, że Bóg, jeżeli zechce, by poganie w dalekich krajach usłyszeli Ewangelię, ogłosi im ją sam, bez żadnej ludzkiej pomocy – jest przecież wszechmogący.
Cóż, w ten sposób myśleli ludzie w osiemnastym wieku. Czy jednak na takie myślenie może pozwolić sobie chrześcijanin w XXI wieku? Niestety wydaje mi się, że takie myślenie jest bliskie również wielu luteranom w Polsce. Nie chciałbym osądzać i być za bardzo krytyczny, taki wniosek jest jednak wynikiem moich doświadczeń i rozmów z wieloma ludźmi.
Wielu uważa, że wyjazd misyjny to wymysł jednostek, a nie zadanie, do którego Bóg powołuje cały Kościół. Oczywiście nie jestem zdania, że każdy chrześcijanin ma wyjechać na misję. Jestem przekonany jednak, że luteranie w Polsce powinni częściej patrzeć poza horyzont granic swojego Kościoła i kraju. Spotykam się niestety z myśleniem, że najpierw trzeba zadbać o potrzeby swojego Kościoła a potem myśleć o pracy za granicą – nie jesteśmy przecież bogaci, ciągle borykamy się z problemami u siebie. Tak, to prawda, że mamy wiele pracy u siebie, ale czy kiedykolwiek będziemy w sytuacji bez problemów i potrzeb? To, że mamy potrzeby u kraju nie znaczy, że nie mamy brać poważnie wezwania: będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi (Dz 1,8). Uważam, że zbyt małą wagę przywiązuje się do tematu misji zagranicznej. Temat ten jest marginalizowany. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że my luteranie nie zajmujemy się misją zagraniczną, bo to temat dla baptystów lub innych Kościołów wolnych.
Cóż, jest to przykre, że wielu ludzi myśli w ten sposób. Nie chciałbym jednak generalizować, bo rzeczywiście jest grupa osób w naszym Kościele, której bliski jest temat misji. Dziękujemy też Panu Bogu za osoby, które wspierają nas w służbie. Ponieważ są to dopiero początki zaangażowania misyjnego naszego Kościoła w powojennej historii, wierzę, że z czasem zmieni się myślenie wielu. Mam nadzieję, że ta dziedzina służby Kościoła będzie się rozwijać.
Ja na polu misyjnym odkrywam, jak ważne jest wsparcie innych chrześcijan w kraju. Misja nie jest moim wymysłem, ale posłuszeństwem Bożemu powołaniu. To co robię to nie moja misja, ale misja Kościoła. W książce Neal Pirolo „Jak wspierać misjonarzy?” znalazłem ciekawe porównanie misji do wojny: „W wojnach światowych za każdą osobą walczącą na froncie stoi dziewięć innych wspierających ją na tak zwanej linii łączności. Jak zatem możemy oczekiwać wygrania tej walki (walki duchowej na polu misyjnym) przy mniejszych niż tamte proporcjach? Bóg nie szuka Samotnych Jeźdźców czy Supergwiazd; On powołuje armię – żołnierzy Krzyża”.
W związku z powyższymi przemyśleniami mam nadzieję, że jeśli w przyszłości z żoną będziemy zaangażowani w ten rodzaj służby, uda nam się zebrać jeszcze większą grupę chrześcijan, którzy będą nas wspierać i czuć się odpowiedzialni za zadanie misyjne, do którego powołał nas Jezus.

wtorek, 20 lipca 2010

Misyjne refleksje

Podczas konferencji misyjnej w lutym spotkaliśmy Michała i Agnieszkę Domagałów. To misjonarze, którzy zajmowali się tłumaczeniem Nowego Testamentu na język chakaski na Syberii. Kiedy mówiliśmy im o naszych planach pracy z Wycliffem, powiedzieli coś, co zapamiętałem: „Macie jeszcze ponad pół roku służby na Ukrainie, doświadczajcie jak najwięcej z życia w obcej kulturze. To dobre przygotowanie do pracy z Wycliffem”. Cóż, my jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy pracować w przyszłości, nie znamy ani kraju ani kontynentu. Wierzę jednak, że nasz pobyt na Ukrainie to dobre przygotowanie do przyszłej służby. Doświadczamy bardzo różnych rzeczy i ciągle się czegoś uczymy. Ja na przykład uczę się sporo o sobie – poznaję przede wszystkim moje słabości. Kiedy wyjeżdżałem na Ukrainę, to traktowałem ten wyjazd jako duże wyzwanie. Byłem przekonany, że do tego wyjazdu powołuje mnie Pan Bóg. Mimo to moja postawa nie była „duchowo zdrowa”. Byłem za bardzo przekonany o swoich możliwościach i zdolnościach. Przez różne bardzo przykre doświadczenia Bóg uczy mnie pokory. Dziś widzę różne niebezpieczeństwa, z którymi może wiązać się wyjazd misyjny. Widzę również bardziej wyraźnie swoje ograniczenia, swoją małość. Dalej jestem przekonany, że Bóg powołuje nas do pracy misyjnej w obcej kulturze, dziś jednak nie traktuję tego jak możliwości, żeby sprawdzić swoje siły. Chcę "iść" tylko dlatego, że Bóg mnie do tego powołuje. Boję się też tego wyjazdu - samotności w obcej kulturze, niebezpieczeństw czyhających na życie mojej rodziny, niewiadomych, które kryją się za zakrętem. Dalej jestem jednak przekonany, że najbardziej bezpieczne miejsce jest w centrum Bożej woli, to znaczy tam gdzie powołuje nas Pan Bóg.

czwartek, 15 lipca 2010

Mniej TE

Zdjęcie ze spotkania misyjnego nt. pracy na Ukrainie podczas TE Dzięgielów

Jakież to dziwne. W tym roku byliśmy w Polsce w czasie Tygodnia Ewangelizacyjnego w Dzięgielowie, a z programu skorzystaliśmy mniej niż w zeszłym. Złożyło się na to wiele. Bo jak zawsze w czasie naszych krótkich pobytów w kraju mamy sporo do załatwienia np. wizyty lekarskie, spotkania do odbycia, zakupy, inne drobne sprawy. Albo po prostu chcemy pobyć w naszych rodzinnych domach i cieszyć się tym czasem, w którym nie trzeba się zastanawiać nad sformułowaniem zdania (jakoś polski przychodzi nam ciągle jeszcze łatwiej niż rosyjski), pośpiesznie mijać zaśmieconych, nieprzyjemnych ulic i zaułków (bo takich już niewiele jest w Polsce w porównaniu z Ukrainą) i nie ograniczać się w podjadaniu Maciusiowi kukurydzianych chrupek, bo są w każdej chwili dostępne w sklepie. Tym razem jednak nasz synek się przeziębił, więc przynajmniej przez jakiś czas trzeba było pobyć w domu. A już w piątek rano ruszaliśmy na Ukrainę.
W zeszłym roku natomiast nasz noworodek sporo spał popołudniami, a my w tym czasie włączaliśmy transmisję internetową spotkań ewangelizacyjnych i słuchaliśmy. Jednakże nawet "wpadnięcie" na chwilę do Dzięgielowa podczas TE ma jedną zdecydowaną przewagę nad internetową transmisją - można spotkać dawno niewidzianych znajomych. A to jest to, czego nam tutaj bardzo brakuje.

wtorek, 13 lipca 2010

Znów w domu


W sobotę wróciliśmy z Polski. Przyjechaliśmy wraz z moją siostrą Moniką i jej dziećmi – Wojtkiem (13 lat) i Anią (6 lat). Podróż była ciężka, zwłaszcza dla dzieci. Nasz Maciuś jest coraz bardziej ruchliwy i nie chce już grzecznie (tzn. bezczynnie) siedzieć i długo spać na kolanach mamusi. Na lotnisku mieliśmy nerwowe przeżycie, bo zapomnieliśmy odebrać wózek. Zabraliśmy sporo bagaży, a dodatkowo wózka nie widzieliśmy na taśmie bagażowej i tak jakoś o nim zapomnieliśmy. Przypomnieliśmy sobie dopiero siedząc w autobusie jadącym na dworzec kolejowy. Musieliśmy wracać. Baliśmy się, że odzyskanie tej zguby nie będzie takie łatwe, ale nie było tak ciężko. Okazało się, że ludzie zapominają sporo bagaży. Pan, który zajmuje się tymi zapomnianymi i zgubionymi bagażami zaproponował nam nawet, żebyśmy wybrali sobie ze składu lepszy model. Haha. Cóż, ten nasz nam w zupełności wystarczy. Potem czekała nas całonocna podróż do Zaporoża. W pociągu było bardzo ciepło. Rano jeszcze 200 km spędziliśmy w autobusie. Tutaj też pojawiły się problemy. Brakowało miejsc w autobusach do Berdiańska. Musieliśmy czekać ok. 1,5 godziny, a potem jeszcze siedzieliśmy na własnych bagażach (tzn. Wojtek i ja). Jakoś przeżyliśmy i dotarliśmy do domu.
Sobotnie popołudnie też było dla nas dość trudne z różnych powodów. Po pierwsze w naszym mieszkaniu zadomowiły się pchły. Kota nie było, więc stwierdziły, że ludzka krew też się nada. Musieliśmy z nimi walczyć, ale dość szybko zniknęły.
Kolejnym bolesnym wydarzeniem był mój wypadek na rowerze. Jadąc z obiadem – smaczną pizzą – do domu, nie zauważyłem wielkiej dziury na drodze i do niej wjechałem. Jechałem główną drogą, więc nie spodziewałem się takiej przykrej niespodzianki. Cóż, jestem mocno obdarty i posiniaczony. Mogę się tylko cieszyć, że nie stało się nic gorszego.
Późne popołudnie też nie było przyjemne. Uczestniczyłem w spotkaniu rady parafialnej i dowiedziałem się o kolejnym konflikcie w parafii. Niestety z napięciami i konfliktami musiałem się zmagać cały czas podczas swojego pobytu na Ukrainie. One mnie bardzo smucą i sprawiają, że czuję się bezsilny. Ostatni konflikt dotyczy pani lektor naszej parafii. Podczas mojego pobytu w Polsce ludzie zebrali podpisy pod listem do biskupa, żeby pozbawić jej funkcji lektora i wykluczyć z parafii. Ja nie jestem w ten konflikt zaangażowany, ale jako pastor jest mi ciężko ten konflikt rozwiązać. Kolejny raz zwyciężyła nienawiść, strach i kłamstwo. Cóż, pozostaje mi tylko zapłakać nad ludzką grzesznością i zawołać: Panie zmiłuj się!
Były problemy, ale jest też sporo radości z faktu, że jesteśmy w końcu w domu. Mimo wszystko nie ma jak w domu.

sobota, 3 lipca 2010

Zapraszamy we wtorkowe popołudnie

W czasie Tygodnia Ewangelizacyjnego w ramach programu popołudniowego poprowadzimy spotkanie pt.:

Misja jako szkoła miłości


Czego można nauczyć się o Bogu, sobie samym i miłości, pracując w kraju za wschodnią granicą? Z jakimi radościami, wyzwaniami i problemami styka się na co dzień misjonarz? Czyli o tym, że misjonarz to normalny człowiek, który ciągle musi uczyć się miłości. 

Zapraszamy we wtorek, 6 lipca na godzinę 14.00 do strażnicy OSP w Dzięgielowie.

piątek, 2 lipca 2010

Miło wpaść na chwilę

Nie sądziłam, że aż tak ucieszy mnie ten widok. Nie chodzi jednak tylko o to, że miło wpaść na chwilę do kraju po 4 miesiącach przerwy. Po prostu podróż z Berdiańska na południe Polski samochodem jest długa i mecząca, a przekroczenie ukraińsko-polskiej, a może raczej ukraińsko-unijnej granicy zwiastuje coraz bliższy koniec podróży.
Trochę zaskoczył mnie kontrast pomiędzy Ukrainą a Polską. Oczywiście, wiadomo, że różnica poziomu życia, kultury codzienności jest znaczna. Jadąc jednak przez tereny Rzeszowszczyzny, okolic Tarnowa, Krakowa miałam wrażenie, że ta przepaść z roku na rok jest coraz większa. Coraz więcej "Europy" w Polsce. 
Nasza trasa była podzielona na trzy krótsze odcinki. Najpierw (wtorek, 22.06) jechaliśmy do Odessy, gdzie Wiesiek prowadził zajęcia na temat modlitwy podczas Podstawowego Kursu Biblijno-Teologicznego. Składa się on z kilku sesji. W tej uczestniczyło zaledwie 5 osób. Kurs rozpoczynało 15 ludzi, ale po drodze sporo się wykruszyło. Wieśkowi tak mała liczba uczestników jednak nie przeszkadzała. Zajęcia sprawiły mu sporo satysfakcji, bo nauczanie to jedna z rzeczy, które lubi robić. Przed wykładami obawiał się nieco, czy da radę prowadzić je po rosyjsku, ale rozmowa z uczestnikami upewniła go w tym, że jego poziom znajomości języka jest zadowalający, w każdym bądź razie może się porozumieć. Zresztą Wiesiek poświęcił sporo czasu na przygotowania i to najwyraźniej przyniosło efekty.
Na zdjęciu Wiesiek z uczestnikami kursu podczas modlitwy porannej w nowo odrestaurowanym odeskim kościele

W piątek rano (25.06) ruszyliśmy w dalszą drogę.Wyznaczyliśmy sobie ambitny cel - dotarcie do Lwowa, co, proszę mi wierzyć, na ukraińskich drogach i z małym dzieckiem w samochodzie nie jest proste. Udało się jednak dzięki dobrej współpracy wszystkich uczestników wyprawy. Mieliśmy w związku z tym okazję i przywilej ponownego spotkania z misjonarzami Miriam i Tomaszem Chmielami, którzy pracują z młodzieżą we Lwowie. Dzięki ich uprzejmości mogliśmy skorzystać z noclegu w ich domu i nieco odpocząć.
W sobotę do południa ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzięki obecności Maciusia w samochodzie i Wieśkowi, który rozmawiał z celnikami, szybko przepuszczono nas przez granicę. Cała odprawa trwała zaledwie 35 minut. Droga przez Polskę nie była najłatwiejsza ze względu na ciągłe ograniczenia prędkości, roboty drogowe, a także zmęczenie Maćka. W końcu nasza fantazja w wymyślaniu i podtykaniu synkowi coraz to nowych zabawek też miała swoje granice. Wieczorem dotarliśmy jednak cali i zdrowi do domu, za co jesteśmy Panu Bogu bardzo wdzięczni.

Ten tydzień biegnie pod znakiem konferencji duchownych i kolejnej sesji Instytutu Pastoralnego, w których Wiesiek bierze udział, oraz urodzin Maciusia, który 30 czerwca skończył pierwszy rok życia. W przyszłym tygodniu natomiast będziemy w miarę możliwości zaglądać na Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie. Wracamy jednak jeszcze przed jego zakończeniem - 9 lipca.