poniedziałek, 10 maja 2010

Koncertowo

"S prazdnikam" - słyszę wczoraj w telefonie. To zwyczajowe powitanie przy okazji wszelkich tutejszych świąt. Jak to dobrze, że służby zajmujące się zatkaną kanalizacją pełnią dyżur również w wolne dni i zechcieli do nas podjechać, by problem rozwiązać.
Wczoraj nie tylko w Rosji, ale również na Ukrainie świętowano Dzień Zwycięstwa. Nawet w Berdiańsku przez kilka dni trwały koncerty na cześć weteranów, zawody sportowe i inne imprezy, których ukoronowaniem był pokaz sztucznych ogni. Na ulicach natomiast można było spotkać panów w mundurach uginających się pod ciężarem medali. Zresztą w zeszłym roku święta majowe (1-2 oraz 9 maja) obchodzono chyba równie okazale.
Tym razem jednak miałam okazję uczestniczyć w jednym z takich koncertów. Pewna miła dziewczyna, z którą czasem spotykamy się, by pograć w gry planszowe, przyniosła nam w środę dwa bilety na koncert orkiestry symfonicznej. Niestety akurat teraz studentka, która czasem opiekuje się Maciusiem, wyjechała na kilka dni. Nie mogliśmy zatem pójść razem, ale mój kochany mąż postanowił zająć się synkiem. Namówiliśmy więc Żanę, dziewczynę z naszej parafii, żeby też się wybrała, i poszłyśmy. Bardzo się ucieszyłam, że w końcu po raz pierwszy w Berdiańsku mogłam pójść się nieco "ukulturalnić". Wcześniej nie miałam takich okazji.
Od pieśni żołnierskich przez "Ave Maria", "O, sole mio" czy operetkę "My fair lady" aż po motyw muzyczny z filmu "Lista Schindlera" - tak mniej więcej wyglądał repertuar tego wydarzenia. Występowało w nim wielu solistów, zarówno śpiewaków, jak i instrumentalistów - od mocno już leciwego tenora po energicznego skrzypka, grającego na skrzypcach elektrycznych. Od kabaretu po patos - momentami świetny, momentami kiepski koncert. Ale nie to jest najistotniejsze. Najbardziej zapamiętałam to, jak dziwnie czułam się tam ja, Polka, wśród tłumu śpiewającego z zapałem na głos razem z wokalistą jakąś pieśń na cześć zwycięstwa w finale. To nie moje święto i nie mój zapał. Jakoś tak z pewnym niesmakiem wyszłam przed samiutkim końcem z refleksją, że dziwnie to życie się układa. Ja, Polka, mieszkam teraz na Ukrainie, gdzie mówi się po rosyjsku i czyta rosyjskie gazety, a chodzę do kościoła, który ma elementy liturgii w języku niemieckim i rosyjskim, a w nazwie Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół w Ukrainie.Więc gdzie ja właściwie jestem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz