wtorek, 18 maja 2010

Jak dobrze, że już w domu

Do Polski przyjechałem w poniedziałek 10 maja specjalnie, żeby zabrać auto. Dotychczas radziliśmy sobie w Berdiańsku bez samochodu osobowego. Do dyspozycji mieliśmy bus parafialny, który palił niestety ok. 15-20 litrów na 100 km i był bardzo niewygodny w użyciu z powodu braku pasów bezpieczeństwa i słabej widoczności tyłu, wynikającej z całkowitego zabudowania tylnych drzwi.
Samochód jest nam potrzebny, bo w czerwcu szykuje nam się kilka dłuższych wyjazdów - na pastorską konferencję na Krymie, seminarium w Odessie, wyjazd do Polski. Można co prawda podróżować pociągiem i autobusem, ale z małym dzieckiem i różnymi tobołami, takimi jak łóżeczko turystyczne czy wózek, jest to trudne.
Samochód mam tutaj dzięki życzliwości mojej siostry Uśki, która mi go pożyczyła. W Polsce musiałem jeszcze załatwić odpowiednie formalności, żeby móc zabrać go zagranicę. Potrzebne były jeszcze drobne naprawy, co nieco przedłużyło mój pobyt. Planowałem wyjazd w środę, samochód jednak był gotowy dopiero w czwartek po południu. Chciałem jechać przez Słowację. Postanowiłem wyruszyć wieczorem i po przejechaniu sporego kawałku przespać się gdzieś w samochodzie. Jak chciałem, tak też zrobiłem. Ok. 19:00 opuściłem Ustroń i udałem się na Słowację. Zaraz po przekroczeniu granicy tego państwa (jakieś 60 km od Ustronia) postanowiłem wykupić winietę na autostrady. Podczas wyjmowania dokumentów od samochodu zobaczyłem, że wśród innych są również osobiste dokumenty mojej siostry. Cóż było robić, wróciłem do kraju.
Doświadczenie to odebrałem jako swoisty znak od Boga, żeby inaczej zaplanować tę podróż. Wyjechałem dopiero następnego dnia rankiem. Wcześniej jeszcze, dzięki życzliwości Jurka Marcola, załatwiłem sobie nocleg na Ukrainie, zaraz za słowacką granicą. Tego dnia miałem do przejechania tylko ok. 450 km. Zanocowałem u pastora Miszy, który zajmuje się służbą wśród ukraińskich Cyganów. Znalezienie tego noclegu było bardzo dobrym pomysłem. Chociaż moje wcześniejsze plany uległy zmianie, to jednak Boży plan był lepszy. Mogłem spokojnie odpocząć, zrelaksować się, porozmawiać o zwyczajach Cyganów i służbie wśród tych ludzi.
Następnego dnia wyruszyłem rankiem i spokojnie udałem się do Winnicy, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Tego dnia miałem do przebycia ok. 600 km. Droga była bardzo ciekawa, ponieważ początkowo prowadziła przez Karpaty. Szosy były dobrej jakości, choć niestety tylko przez pierwszych 150 km. Później było już gorzej. Chyba się troszkę pogubiłem. Oznaczenia na Ukrainie nie są niestety zbyt dobre. Na miejsce dojechałem dopiero ok. 17:00. Miałem załatwiony nocleg w tamtejszej parafii luterańskiej. Zostałem ugoszczony przez mamę i żonę mojego kolegi - księdza tamtejszej parafii. Było to bardzo miłe spotkanie, bo pastorostwo ma syna tylko o ok. 2 miesiące starszego od Maciusia. W związku z tym mogliśmy, jak to zwykle bywa, podzielić się swoimi rodzicielskimi doświadczeniami.
Najtrudniejszy był zdecydowanie ostatni dzień podróży, czyli jakieś 850 km po ukraińskich drogach. Wyjechałem wcześnie rano. Chociaż główne drogi są szerokie i nie były w tym dniu zatłoczone, to jednak z powodu kolein nie można rozwinąć większych prędkości. Dzięki Panu Bogu dojechałem jednak wieczorem bezpiecznie na miejsce.
Przed wyjazdem bałem się tej podróży. To jakieś 1945 km w drodze, w samotności. Wiedziałem jednak, że Bóg jest blisko mnie i z Nim mogę tego dokonać. Bóg okazał się wierny i przeprowadził mnie przez to doświadczenie szczęśliwie. Drogę umilała mi muzyka z kaset, których słuchałem kilka lat temu. To było bardzo ważne, bo dzięki temu nie czułem się tak samotny.
Do domu ciągnęło mnie bardzo. Wracałem przecież do swojej kochanej, wspaniałej kobiety i cudownego syneczka. Pomyślałem sobie, że dobrze mieć do kogo wracać. Ostatnio Pan Bóg nam bardzo błogosławi. Sprawia, że nasza relacja z żoną jest naprawdę super. Ja zaś jestem bardzo szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz