środa, 21 kwietnia 2010

Nadmorskie spacery

Było ostatnio dość sporo o naszej pracy. Dziś będzie o czasie wolnym i o tym, jakich przygód doświadczamy.
Ostatnio jest u nas bardzo ładna pogoda. Słoneczko, temperatura ok. 20 stopni. Postanowiliśmy z tego skorzystać i jak najwięcej czasu spędzać na dworze. W sobotę po południu zabrałem Natalię z Maciusiem do miejsca, gdzie jeszcze nie byli - nad morze, z drugiej strony berdiańskiego portu. Pojechaliśmy na koniec miasta autobusem, a potem piechotą do morza i wzdłuż wybrzeża. Maciusia trzymałem w nosidełku, spał. Było pięknie, przeszliśmy w ten sposób kilka kilometrów. Wybrzeże w tym miejscu jest pagórkowate. W zasadzie żadnych osiedli ludzkich. Chcieliśmy dojść do zabudowań, które widzieliśmy na horyzoncie. Szliśmy dobre kilka kilometrów, w końcu doszliśmy do nadmorskiej bazy turystycznej - prawie żadnych ludzi, kilku rybaków, trzy samochody. Byliśmy już zmęczeni i myśleliśmy, że znajdziemy tam jakiś autobus do Berdiańska. Okazało się, że najpierw trzeba dojść do szosy, jeszcze jakieś 2,5 km. Cóż, z ciężkim sercem ruszyliśmy przed siebie. Po przejściu może 200 m zrobiliśmy przerwę na karmienie Maciusia. Ledwie wyjąłem go z nosidełka, zobaczyłem nadjeżdżający mikrobus. W samochodzie jechało kilka osób. Zatrzymałem i poprosiłem o podwiezienie. Bus należał do osoby z Dniepropietrowska, która łowiła ryby w morzu. Mężczyzna jechał akurat do Berdiańska i zabrał nas ze sobą. Był tak miły, że odwiózł nas pod sam dom, a w dodatku nic za to nie chciał. Dla nas było to Bożym błogosławieństwem i świadectwem tego, że Pan Bóg troszczy się o nasze potrzeby. Tym razem na drogę zmęczonych pielgrzymów posłał anioła z dużym samochodem.


W niedzielę po południu również wybraliśmy się w pewne malownicze miejsce w Berdiańsku. Z jednej strony jest jezioro, z drugiej zaś morze. Poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Niestety wyprawa ta okazała się bardzo niebezpieczna. Przechodząc obok pewnego domu zostaliśmy napadnięci przez psy. Zaatakowały nas dwa wielkie wilczury. Wszczęliśmy alarm. Właściciel przywołał swoje "zwierzątka". Natalii ani Maciusiowi, na szczęście, nic się nie stało. Ja zaś zostałem ugryziony przez bestię. Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe, żeby takie niebezpieczne psy przebywały na wolności. Przecież nie było to jakieś odludzie. W lecie w tym miejscu jest zazwyczaj wielu turystów. Mimo wszystko dziękuję Bogu, że nic strasznego się nie stało. Oprócz kilku przykrych wspomnień i niegroźnej rany na nodze nic nam z tego spotkanie nie zostało. Nie chcę jednak sobie wyobrażać, co by było, gdyby właściciel w porę nie przywołał swoich "pociech".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz