piątek, 30 kwietnia 2010

Perspektywy

Będąc na Ukrainie często spotykam osoby, które mają zupełnie inne od moich możliwości i perspektywy. Ja w swoim życiu odwiedziłem już niejeden zakątek Europy, widziałem sporo miejsc, poznałem różnych ludzi i zobaczyłem jak żyją. Tymczasem tutaj wiele osób w zasadzie nie zobaczyło prawie nic. Pamiętam jak w Łucku rozmawiałem z jedną osobą w moim wieku, która powiedziała mi, że nie była nawet jeszcze w oddalonym o ok. 150 km. Lwowie. Wczoraj rozmawiałem z jedną młodą osobą z naszej parafii, która mówiła, że oprócz Odessy i chyba jeszcze 2 miast na wschodzie Ukrainy nie była nigdzie indziej.
Oczywiście są ludzie, którzy podróżują, ale wśród moich znajomych tutaj są to wyjątki. Zazwyczaj ludzie wyjeżdżają na „dacze” – czyli domek letniskowy poza miastem.
To dla mnie jest naprawdę zaskakujące. Przez to widzę też, jak wiele dał mi Pan Bóg. Jestem Mu wdzięczny również za ten czas na Ukrainie, za to, że mogę zobaczyć różne miejsca, poznać ludzi, ich mentalność, inną kulturę. To jest dla mnie wielkie bogactwo.
W najbliższym czasie kilka osób z naszej parafii wyjeżdża na Kirchentag do Monachium. Wokół tego, kto ma jechać, trwały różne dyskusje. Teraz niektórzy z nich mocno się do tego wyjazdu przygotowują np. ucząc się naprędce niemieckiego.
Nasza rodzinka natomiast wyjeżdża jutro do Zaporoża. To tylko 200 km od Berdiańska, ale też to przeżywamy, bo to kolejna wyprawa dla naszego brzdąca. Mam nadzieję, że wszystko będzie okej.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Zajęty

Jak z pewnością zauważyliście ostatnio opuściliśmy się, jeśli chodzi o pisanie postów. Nie wynika to z tego, że nie mamy o czym pisać, ale z powodu dużej ilości innych zajęć. Ja co tydzień mam dwa nabożeństwa w Berdiańsku, w niedzielę i środę. Do tego jeszcze dwie lekcje konfirmacji co tydzień, dyżury kancelaryjne, spotkania z młodzieżą. Może to nie wydaje się dużo, ale trzeba się solidnie do tych spotkań przygotować. Przeglądnąć różne materiały teologiczne, poczytać, popracować nad słownictwem rosyjskim. Dodatkowo przygotowuję się już do zajęć podstawowego kursu biblijnego, które będę prowadził w czerwcu w Odessie. Zajęcia te będą dotyczyć księgi Psalmów i modlitwy "Ojcze nasz". W najbliższym czasie mam również kilka kazań do napisania dla całego Kościoła. Dodatkowym czynnikiem, który te czynności przedłuża i utrudnia jest bariera językowa. Materiały muszą być  bowiem na początku opracowane po polsku, potem zaś przetłumaczone i opracowane w języku rosyjskim. (autor -Wiesiek)

środa, 21 kwietnia 2010

Nadmorskie spacery

Było ostatnio dość sporo o naszej pracy. Dziś będzie o czasie wolnym i o tym, jakich przygód doświadczamy.
Ostatnio jest u nas bardzo ładna pogoda. Słoneczko, temperatura ok. 20 stopni. Postanowiliśmy z tego skorzystać i jak najwięcej czasu spędzać na dworze. W sobotę po południu zabrałem Natalię z Maciusiem do miejsca, gdzie jeszcze nie byli - nad morze, z drugiej strony berdiańskiego portu. Pojechaliśmy na koniec miasta autobusem, a potem piechotą do morza i wzdłuż wybrzeża. Maciusia trzymałem w nosidełku, spał. Było pięknie, przeszliśmy w ten sposób kilka kilometrów. Wybrzeże w tym miejscu jest pagórkowate. W zasadzie żadnych osiedli ludzkich. Chcieliśmy dojść do zabudowań, które widzieliśmy na horyzoncie. Szliśmy dobre kilka kilometrów, w końcu doszliśmy do nadmorskiej bazy turystycznej - prawie żadnych ludzi, kilku rybaków, trzy samochody. Byliśmy już zmęczeni i myśleliśmy, że znajdziemy tam jakiś autobus do Berdiańska. Okazało się, że najpierw trzeba dojść do szosy, jeszcze jakieś 2,5 km. Cóż, z ciężkim sercem ruszyliśmy przed siebie. Po przejściu może 200 m zrobiliśmy przerwę na karmienie Maciusia. Ledwie wyjąłem go z nosidełka, zobaczyłem nadjeżdżający mikrobus. W samochodzie jechało kilka osób. Zatrzymałem i poprosiłem o podwiezienie. Bus należał do osoby z Dniepropietrowska, która łowiła ryby w morzu. Mężczyzna jechał akurat do Berdiańska i zabrał nas ze sobą. Był tak miły, że odwiózł nas pod sam dom, a w dodatku nic za to nie chciał. Dla nas było to Bożym błogosławieństwem i świadectwem tego, że Pan Bóg troszczy się o nasze potrzeby. Tym razem na drogę zmęczonych pielgrzymów posłał anioła z dużym samochodem.


W niedzielę po południu również wybraliśmy się w pewne malownicze miejsce w Berdiańsku. Z jednej strony jest jezioro, z drugiej zaś morze. Poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Niestety wyprawa ta okazała się bardzo niebezpieczna. Przechodząc obok pewnego domu zostaliśmy napadnięci przez psy. Zaatakowały nas dwa wielkie wilczury. Wszczęliśmy alarm. Właściciel przywołał swoje "zwierzątka". Natalii ani Maciusiowi, na szczęście, nic się nie stało. Ja zaś zostałem ugryziony przez bestię. Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe, żeby takie niebezpieczne psy przebywały na wolności. Przecież nie było to jakieś odludzie. W lecie w tym miejscu jest zazwyczaj wielu turystów. Mimo wszystko dziękuję Bogu, że nic strasznego się nie stało. Oprócz kilku przykrych wspomnień i niegroźnej rany na nodze nic nam z tego spotkanie nie zostało. Nie chcę jednak sobie wyobrażać, co by było, gdyby właściciel w porę nie przywołał swoich "pociech".

piątek, 16 kwietnia 2010

Pogrzeb na Ukrainie

W Polsce w ostatnim tygodniu wiele się pisze (i na pewno dyskutuje) o pochówku zmarłych i pogrzebie. Pozwólcie, że i ja napiszę, jak to wygląda na wschodniej Ukrainie. Prowadziłem tutaj tylko dwa pogrzeby, na szczęście - bo pogrzeb nigdy nie jest czymś przyjemnym. To jednak daje mi jakiś obraz i porównanie z polskimi tradycjami.

O tym, że gdzieś odbywa się pogrzeb, świadczy tłum zebrany przed domem lub blokiem mieszkalnym. Pogrzeb, nawet w mieście, odbywa się przy otwartej trumnie. Ostatnio widziałem pochód honorowy po mieście z otwartą trumną pewnej prominentnej osoby.

Cmentarze są położone w oddaleniu od miasta. Przy każdym grobie znajduje się zazwyczaj ławeczka i stolik. Przy nich właśnie co roku odbywa się wspominanie zmarłych.
Pamiętam pierwszy pogrzeb, który prowadziłem na Ukrainie. Byłem wtedy ze swoim mentorem - starszym pastorem luterańskim. Ze względu na to, że rodzina zmarłej była w większości prawosławna, pogrzeb łączył tradycje prawosławne z luterańskimi. Na początku ziemia, na której miało spocząć ciało zmarłego, była poświęcona święconą wodą. Trumnę zamykano na cmentarzu. Wcześniej jednak miało miejsce "zapieczętowanie", czyli posypanie ciała zmarłej ziemią. Niestety pogrzeb na cmentarzu był zakłócony przez warczącą koparkę, która miała za zadanie zasypanie mogiły od razu po włożeniu trumny, jeszcze gdy wszyscy byli obecni. Na koniec na cmentarzu zostaliśmy wszyscy poczęstowani chlebem, zaś przy grobie zostawiono później poczęstunek (dla zmarłego lub duchów).
Pamiętam rozmowę z jedną osobą obecną na pogrzebie, która wyraziła troskę i strach - "tylko żeby cała uroczystość odbyła się tak jak powinna, żeby nie zaszkodzić zmarłej". Uświadomiłem sobie, że niektórzy ludzie postrzegają pogrzeb jako czynność magiczną, która może wpłynąć na sytuację zmarłego. Prawidłowy przebieg ceremonii miałby polepszyć jego los, niedopełnienie zaś jakiejś czynności miałby sytuację pogorszyć.
Po pogrzebie miała miejsce stypa z kilkoma obowiązkowymi daniami (np. ryżem z rodzynkami, jajkiem, alkoholem). Podobno zaraz w następnym dniu rodzina spotyka się, żeby spożyć wspólnie posiłek przy świeżej mogile. Spotkań, na których wspomina się zmarłego jest więcej.
Z pogrzebem wiąże się tutaj wiele tradycji. Niektóre z nich na pewno sięgają jeszcze czasów pogańskich. Dla mnie były one ciekawe. Jako osobie, która prowadziła tutaj pogrzeby na pewno przeszkadzało jednak to, że nie zachowywano stosownej powagi (warcząca za uchem koparka, rozmowy, telefony).

środa, 14 kwietnia 2010

Cukierek dla zmarłego

To od razu rzuca się w oczy. Przynajmniej mnie, która byłam na tutejszym cmentarzu po raz pierwszy. Ławka i stolik przy każdym grobie. No i jeszcze podobizny zmarłych na pomnikach. A do czego te stoliki? Przydają się w takie dni, jak "Pamiątka umarłych", czyli w pierwszą niedzielę i poniedziałek po Wielkanocy (w tym roku 10-11.04).
Jedziemy marszrutką nr 19 daleko za miasto. Większość pasażerów też zdąża do końca trasy. Wiozą kwiaty, koszyki wypełnione jedzeniem i napojami. Dojeżdżamy do wielkiego cmentarza. Na miejscu jest naprawdę sporo osób. Z pewnym niedowierzaniem, zdziwieniem, a jednocześnie fascynacją obserwuję całe rodziny i pojedyncze osoby siedzące i stojące przy grobach. Na stolikach rozłożone jedzenie, słodycze, napoje, alkohol. Co-nieco zostawia się również na pomnikach - cukierki, ciastka, kawałek wielkanocnej babki, pisankę, chleb, kubek z przezroczystym płynem (wodą czy wódką?). Gdzieniegdzie widać też prawosławnych popów odprawiających jakieś modlitwy i święcących grób i zgromadzonych kropidłem. Jakby zupełnie nikt nie zauważał, że pozostawianie jedzenia dla zmarłych to zwyczaj o korzeniach pogańskich.
Chociaż właściwie, czyż palenie zniczy na grobach nie należy do tej samej kategorii?

wtorek, 13 kwietnia 2010

Wyrazy współczucia

O tragedii prezydenckiego samolotu dowiedziałem się dość wcześnie w sobotę. O szoku jaki przeżyłem już pisałem. Dziś chciałbym napisać o reakcji na tę wieść ze strony ludzi z Kościoła. Bardzo wcześnie, bo jakieś 2 godz. po tragedii, dostałem pierwszego smsa z wyrazami współczucia od jednego parafianina. Podobne gesty miały miejsce w niedzielę. Większość ludzi składała mi kondolencje. Żeby wyrazić swą solidarność z Polakami zakupiono również dwa symboliczne goździki - biały i czerwony, które stanęły na ołtarzu, przewiązane czarną wstążką. Oczywiście modliliśmy się o rodziny ofiar i wspominaliśmy ich samych. Myślę, że ten dzień minął dla nas i parafian pod znakiem wspominania i zastanawiania się nad znaczeniem śmierci i zmartwychwstania. Nie tylko z powodu tragedii, ale również dlatego, że w Kościele prawosławnym był to dzień wspominania umarłych i odwiedzania grobów. Również większość luteran odwiedziła cmentarze w niedzielę lub poniedziałek.
Wyrazy solidarności, o których pisałem, były dla mnie bardzo miłe. Rzeczywiście mogłem odczuć ludzkie ciepło i współczucie.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Jeszcze o Wielkanocy

Pozwólcie, że odrywając się od ostatnich smutnych wydarzeń wrócę jeszcze na chwilę do tegorocznych świąt.
2 kwietnia
Jeżeli w Wielki Piątek można się w ogóle z czegoś cieszyć, to my cieszyliśmy się z całkiem sporej frekwencji. Zwykle w ten dzień w berdiańskiej parafii nabożeństwo nie odbywało się w ogóle, w zeszłym roku było tylko kilka osób, ale w tym już znacznie więcej.
Tym razem świece na ołtarzu nie zapłonęły. Artur, nasz kurator, już ich nie zapalał, by uniknąć sytuacji jak przed rokiem, gdy same zgasły. Chciał zresztą nawiązać do ponoć niemieckiej tradycji wielkopiątkowej, gdzie w kościołach ma się nie zapalać świec, nie używać dzwonów ani organ. Organy jednak zagrały.

4 kwietnia
W pewnym sensie były to wyjątkowe święta, ponieważ obchodziliśmy je tylko raz. Zachód spotkał się ze wschodem i prawosławna Pascha, jak tu nazywa się Wielkanoc, zbiegła się w czasie z terminem świąt obchodzonych przez kościoły "zachodnie". W związku z tym na wielkanocnym stole mogły się znaleźć tutejsze "paschalnyje kulicze" czyli drożdżowe babki z rodzynkami polukrowane i posypane kolorowymi ozdobami cukierniczymi, sprzedawane tutaj w tym czasie na każdym rogu i w każdym najmniejszym sklepiku.

Niedzielne nabożeństwo zgromadziło wiele osób, również takich, których zwykle nie widujemy lub jedynie sporadycznie na spotkaniach niemieckiego centrum kulturalnego. Przy tej okazji Wiesiek musiał niejako zmierzyć się z również i tutaj żywą tradycją święcenia pokarmów, ponieważ ktoś z obecnych na nabożeństwie osób przyszedł do niego z prośbą o poświęcenie jedzenia. Do "święconki" przywiązuje się najwyraźniej sporą wagę. Ktoś z obecnych przyniósł ją ze sobą (poświęconą w cerkwi) i jedna z pań chciała koniecznie uraczyć Maciusia takim poświęconym jajkiem czy jabłkiem, co zapewne miało mu przynieść jakieś niezwykle pozytywne implikacje. W każdym bądź razie, jak to zwykle przy świątecznych okazjach, po nabożeństwie w gronie parafian raczyliśmy się herbatą, słodkościami oraz pisankami.

sobota, 10 kwietnia 2010

Zszokowany

Trudno nam pisać, bo oboje jesteśmy dotknięci tym, co się stało pod Smoleńskiem. To straszne. Chociaż nie byłem zwolennikiem naszego prezydenta, to jednak bardzo te wydarzenia przeżywam. Odeszło tak wiele zasłużonych osób. Odszedł jeden z pastorów, z którym miałem okazję przez pewien czas pracować w jednej diecezji i spotykać się na wspólnych konferencjach. Ból jest wielki. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że to się stało naprawdę.
Dziś też zadałem sobie pytanie, czy modlę się o ludzi rządzących naszym krajem: "Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości.”. Odpowiedź była smutna, bo negatywna.
A Ty modlisz się za elity rządzące?

czwartek, 8 kwietnia 2010

Jeszcze o konferencji

Postanowiłem dziś jeszcze napisać o ostatniej konferencji duchownych, która miała miejsce w Odessie w dniach 30-31 marca. Uczestniczyli w niej nie tylko pastorzy, ale również predykanci, czyli lektorzy. Wspominałem już, że w całym Kościele jest ok. 35 parafii, a tylko ponad 10 pastorów. W większości parafii nabożeństwa są więc odprawiane przez lektorów, którzy odczytują przesłane im kazania. Lektorzy to grupa bardzo zróżnicowana pod względem płci, wieku, wykształcenia. Są wśród nich również kobiety z wykształceniem teologicznym, które jednak ze względu na brak ordynacji kobiet nie są "wyświęcone".
Wracając jednak do konferencji, to rozpoczęła się ona jak zwykle od porannego nabożeństwa. Są one o tyle ciekawe, że zostają później omówione. Każdy z uczestników konferencji może się wypowiedzieć i wyrazić swoje wrażenia i opinie, nierzadko bardzo krytyczne. To pomaga nam jednocześnie zastanowić się i popracować nad własnym warsztatem homiletycznym. Oczywiście najtrudniej ma ten ksiądz, który w danym dniu prowadzi nabożeństwo. Jak na razie mnie oszczędzono i nie musiałem przygotowywać takiego "egzaminacyjnego" kazania.
Tym razem nabożeństwo prowadził pastor ze zboru ewangelicznego W. Cechanowicz. On i jego wspólnota chcą przyłączyć się do Kościoła luterańskiego. Dla mnie to ciekawe zjawisko, bo to już drugi pastor z nurtu ewangelikalnego, który chce takiego przyłączenia. Myślę, że w Polsce o czymś takim nie byłoby mowy.
Jak już pisałem dużo miejsca na konferencji poświęcono omówieniu nowego śpiewnika kościelnego, co zajęło całe popołudnie pierwszego dnia konferencji. Wieczór minął pod znakiem nieformalnych rozmów przy grillu. Sponsorem był nowo ordynowany kolega z parafii z Łucka - Andriej Kuznicow.
Na nocleg część grupy została przewieziona do Petrodoliny. Znajduje się tam nowe centrum młodzieżowo - szkoleniowe prowadzone przez pastora Alexandra Grossa. W przyszłości ma się tutaj znajdować szkoła biblijna, która będzie otwarta dla wszystkich luteran z byłych republik radzieckich. Myślę, że taka szkoła ma szanse dobrze przygotować świeckich pracowników parafii (np. do pracy z dziećmi i młodzieżą), a także stanowić dobrą podstawę do studiów teologicznych.
Następny dzień rozpoczęliśmy od nabożeństwa z Komunią Św., którą poprowadził Biskup U. Spahlinger. Później mogliśmy czegoś więcej dowiedzieć się o luterańskiej uczelni teologicznej znajdującej się pod Sankt Petersburgiem. Jest to mała uczelnia, w której pracuje na stałe tylko trzech pracowników naukowych. Studia teologiczne trwają tam tylko trzy lata. Co ciekawe, studenci studiujący tam pochodzą z bardzo różnych terenów byłego ZSRR - od Ukrainy (obecnie z Ukrainy studiuje tylko 1 student w trybie dziennym) aż po Władywostok. Oprócz trybu dziennego jest i zaoczny, który cieszy się dużym zainteresowaniem. W tym trybie studiuje również jeden z członków berdiańskiej parafii - Alexander Sosnicki.
Na koniec konferencji mogliśmy jeszcze omówić sprawy bieżące takie jak poświęcenie wyremontowanego kościoła w Odessie, wyjazd na Kirchentag w Monachium, plan obozów letnich, plan ordynacji diakonackiej kobiet itd. Według mojej oceny ostatnia konferencja była udana i obfitowała w różne ciekawe wydarzenia. 

wtorek, 6 kwietnia 2010

Nowy śpiewnik


Jak już pisałem, byłem ostatnio na konferencji pastorskiej w Odessie. Jednym z najważniejszych punktów programu było poznawanie nowego śpiewnika kościelnego. Został on przygotowany w Nowosaratowce pod Sankt Petersburgiem dla różnych kościołów luterańskich wchodzących w skład ELKRAS. Kancjonał ten zawiera ok. 300 pieśni i śpiewów liturgicznych. Prace nad nim trwały ok. 20 lat. Dotychczas na nabożeństwach w parafiach NELKU (Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół Ukrainy) korzysta się głównie ze śpiewnika, który został wydany co prawda w 1995 roku, ale stanowi wybór pieśni ze śpiewnika z 1915 roku. Usunięto z niego niektóre pieśni i wydano "tymczasowy" kancjonał, który zawiera luki w numeracji (np. po pieśni nr 18 była od razu pieśń nr 21). Zawiera też rosyjskie archaiczne tłumaczenia pieśni niemieckich. Trudno się z niego śpiewa. W przeciętnej parafii ludzie znają tylko ok. 30 pieśni. Trudno więc dobrać pieśni do tematu nabożeństwa.

W berdiańskiej parafii używa się dodatkowo śpiewnika naszej "parafialnej" roboty. Często śpiewa się u nas pieśni tylko po niemiecku. To związane jest z jednej strony z dużym poczuciem narodowości niektórych niemieckich parafian, z drugiej z brakiem pieśni, nieznajomości tych, które są lub trudności śpiewania z oficjalnego śpiewnika. Niestety większość ludzi w parafii nie rozumie języka niemieckiego. Mimo że pieśni są tłumaczone przed ich zaśpiewaniem, to jednak ludziom trudno uwielbiać Boga nie rozumiejąc dokładnie śpiewanego tekstu. Takie pieśni nie mogą również przemówić do serca (no, w każdym razie nie tak, jak te w języku ojczystym).

Nowy śpiewnik jest w zasadzie zorientowany na język rosyjski. Zawiera jednak dodatkowo teksty w językach niemieckim, angielskim czy fińskim.

Wprowadzenie tego kancjonału będzie wielkim krokiem w życiu Kościoła. Przed jego przyjęciem musi jednak być zatwierdzony przez Synod Kościoła na jesiennych obradach. Wszyscy musimy się zatem uzbroić jeszcze w cierpliwość.

Na konferencji śpiewnik był prezentowany przez rektora luterańskiej uczelni teologicznej w Nowosaratowce. Osobiście zostałem zainspirowany i zaciekawiony przez jego wykład. Interesująco opowiadał o autorach muzyki kościelnej, przytaczając nieznane mi fakty z ich biografii. Myślę, że w naszych luterańskich kościołach często śpiewamy różne pieśni, a niewiele wiemy o historii ich powstania. Taka znajomość faktów może być bardzo inspirująca i zachęcająca.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Świątecznie

Kamień, który odrzucili budowniczowie, stał się kamieniem węgielnym. Pan to sprawił i to jest cudowne w oczach naszych.
Mk 12,10-11

Pełnego głębokiej refleksji nad cudem krzyża Wielkiego Piątku
i świeżej, autentycznej radości ze zmartwychwstania
na te święta
życzą
Natalia i Wiesiek

Zgorszony czy mądrzejszy?

Sytuacja ludzi na Ukrainie jest trudna. Zarobki są bardzo niskie. Minimalna zapłata wynosi mniej niż 700 hrywien. Wielu ludzi nie zarabia więcej niż wynosi minimalna krajowa. Ceny artykułów spożywczych nie różnią się zaś tak bardzo od tych w Polsce. Ludzie odczuwają biedę. Ona zaś wpływa na wszystkich niszcząco. Dlaczego to piszę?
Jestem po konferencji pastorskiej w Odessie. Znów dowiedziałem się bardzo przykrych rzeczy o niektórych ludziach służących w Kościele. W zasadzie cały czas się z tym spotykam. Zetknąłem się już tutaj niejeden raz z osobami, które z jednej strony były bardzo aktywne na płaszczyźnie parafialnej, z drugiej wykorzystywały parafię do swoich osobistych celów, przede wszystkim materialnych. Mnie bardzo bolą takie odkrycia dotyczące konkretnych osób. Zazwyczaj bowiem są to osoby bardzo miłe, uprzejme, uczynne – to zaś zachęca, żebym obdarzył je zaufaniem. Niestety taka uprzejmość okazuje się tylko pozorną, fałszywą, instrumentalną. Kiedy spotykam się z różnymi malwersacjami finansowymi ze strony osób służących w Kościele, to czuję się często zgorszony i oszukany. Tutaj na Ukrainie chyba całkowicie przestałem ufać ludziom.
Dodatkowym czynnikiem, oprócz biedy, który sprzyja takim przypadkom, jest charakter i historia powstania (a raczej odrodzenia się) tego Kościoła. Ma on bowiem korzenie i charakter niemiecki. Owa niemieckość jest wpisana również w oficjalną nazwę Kościoła. Parafie są wspierane przez partnerski Kościół luterański Bawarii. Wiele parafii powstało na bazie niemieckich towarzystw kulturowych. W początkowym etapie parafie były wręcz zasypywane pomocą humanitarną z Zachodu. To przyciągało ludzi. Wielu stało się członkami parafii tylko po to, żeby zdobyć jakąś pomoc i korzyści finansowe. Wielu parafian do dziś postrzega parafię jako źródło korzyści materialnych.
To bardzo obszerny temat, do którego z pewnością jeszcze wrócę. Patrząc jednak na niektóre sytuacje w niedawnej historii luterańskich parafii w Polsce i na obecne wydarzenia dochodzę do wniosku, że wcale nie różnimy się tak bardzo od naszych sąsiadów ze Wschodu. Ilość aktywnych osób w naszych parafiach w Polsce też rósł, kiedy przychodziły dary z Zachodu. Mimo że nasza sytuacja zmieniła się, to ciągle często jeszcze wyciągamy ręce z prośbą do naszych partnerów z zagranicy, zastanawiamy się, co możemy otrzymać, a nie co możemy podarować. Często myślimy o sobie jako o osobach (i parafiach) biednych zdanych na pomoc innych.
Cóż, chyba ten problem dotyczy każdego z nas z osobna, dlatego nie pozostaje mi nic tylko zawołać: Panie zmiłuj się nad nami grzesznymi!