wtorek, 30 marca 2010

Sposób na dług

Na wstępie muszę nieco zrewidować poprzedniego posta. Dziś mianowicie pogoda w Berdiańsku niezwykle dopisywała - było cudownie ciepło, słonecznie i bezwietrznie. Prawdziwa wiosna.

Jakiś czas temu nad wejściem do naszej klatki schodowej zawisła niepozorna biała kartka. Głosiła ona, że w mieszkaniu pod numerem nr 4 (my mieszkamy pod "trójką") przebywają dłużnicy. Firma gazownicza dokładnie wypisała kwotę długu, która wynosiła jakieś 2000 hrywien, jeśli dobrze pamiętam. Wcześniej spotkałam się już z tego typu metodami. Pamiętam jak kiedyś przyglądałam się w osłupieniu wielkiemu billboardowi na jednej z głównych ulic miasta, na którym również były wypisane adresy dłużników, którzy nie opłacili rachunków za gaz. Napiętnowanie sposobem na dług. Ot, taka ukraińska osobliwość.
Ta sprawa kojarzy mi się z kolei z galerią zdjęć wywieszonych w jednym z supermarketów. Znajduje się przy niej hasło z rodzaju: Nie kradnij, jeśli nie chcesz ujrzeć tutaj swojego zdjęcia. W tym wypadku sprzedawca piętnuje złodziei.
A swoją drogą, to ciekawe czy któryś ze sposobów okazał się choć trochę skuteczny?
 

poniedziałek, 29 marca 2010

Wietrzny Berdiańsk

Znów zostałam sama z Maćkiem i trochę mi smutno z tego powodu. W piątek i sobotę Wiesiek uczestniczył w seminarium na temat pracy młodzieżowej, a dziś pojechał na dwa dni do Odessy na konferencję pastorską. Nie ma jednak co się nad sobą rozczulać, bo Wielkanoc za pasem i trzeba by się zająć przedświątecznymi przygotowaniami. Na nie jednak nie zostaje wiele czasu przy naszym kochanym i absorbującym synku, który ostatnio zdecydowanie oprotestował przebywanie wyłącznie w towarzystwie obcych mu osób. Żadne tam branie na ręce przez parafialne "ciocie". Mama i tata i na tym koniec. Póki co możemy również zapomnieć o wysłaniu naszego skrzata na spacer z Niną, studentką, która czasem się nim opiekowała. Maciuś jest zdecydowanie przeciw.
Chodzimy więc sobie codziennie na spacery i korzystamy z wiosennego słońca. Często jednak, tak jak na przykład dzisiaj, nie ma mowy o wybraniu się nad zatokę z powodu silnego wiatru. Chronimy się wtedy między blokami lub na naszym podwórku. O wiosennych ubraniach też na razie jeszcze można zapomnieć, bo w miarę ciepła, chroniąca przed wiatrem kurtka, czapka, a nawet rękawiczki ciągle są przydatne. Taki jest ten nasz wietrzny, wiosenny, choć słoneczny Berdiańsk.
Ponieważ odkąd zaczęłam pisać tego posta Maciuś już dwa razy się obudził obawiam się, że znów czeka mnie ciężka noc, dlatego na tym zakończę i udam się spać. Dobranoc.

czwartek, 25 marca 2010

W biegu...

Właśnie stwierdziłem, że ostatnio coraz bardziej się opuszczamy w pisaniu postów. Dziś byliśmy w zasadzie cały dzień zajęci. Do Berdiańska przyjechało małżeństwo pastorskie z Niemiec. Dzień upłynął zatem pod znakiem tego spotkania. Procowałem również nad gazetką ścienną na okres Wielkiego Tygodnia i świąt. Jutro wybieram się wcześnie rano do Dniepropietrowska na konferencję poświęconą pracy z młodzieżą. Muszę się jeszcze spakować.
Wczoraj wieczorem zaś wciągnęło mnie pewne forum, które ostatnio dość mocno uczepiło się wydarzeń, które miały miejsce w mojej rodzinnej parafii w Goleszowie. Przykre, że garstka frustratów stara się zniszczyć to, co dobre. To uświadamia mi, że walka duchowa jest czymś realnym. Cóż, o przemyśleniach dotyczących lektury postaram się napisać po powrocie do Berdiańska. Teraz zaś idę spać. Dobranoc.

wtorek, 23 marca 2010

Dla Jego chwały

Ostatnio w niedzielę było nas na nabożeństwie mało, tylko 12 osób. Dla mnie jednak był to bardzo dobry dzień. Bardzo dobrze głosiło mi się kazanie. Kazania, które ostatnio wygłaszam w Berdiańsku mają charakter kazań tematycznych w oparciu o nauczanie konfirmacyjne. To znaczy, ostatnio rozpoczęliśmy zastanawiać się nad Dekalogiem. W ostatnią niedzielę skupiliśmy się na pierwszym przykazaniem.
Ja sam zastanawiam się nad tym, kto jest moim Bogiem i kto zajmuje centralne miejsce w moim życiu. Jako chrześcijanin powinienem powiedzieć, że Bóg Jahwe. Czy jest tak aby na pewno zawsze?
Będąc ostatnio w Polsce, wziąłem udział w konferencji misyjnej prowadzonej przez BSM i MED. Słyszałem tam ciekawy wykład dotyczący „teologii kota” i „teologii psa”.
Pies widzi swego pana i myśli (czy i co myśli nikt nie wie, ale to tylko obrazy, które wiążą się z zachowaniem tych zwierząt): ty o mnie dbasz, ty mnie karmisz, ty mnie głaszczesz i wyprowadzasz na spacer - ty musisz być moim bogiem. Kot, widząc swego pana, myśli natomiast: ty o mnie dbasz, ty mnie karmisz, ty mnie głaszczesz i wyprowadzasz na spacer - ja muszę być kimś ważnym, to ja jestem bogiem.
Jak to się ma do chrześcijaństwa? Wielu z nas jest wyznawcą teologii kota zamiast teologii psa. Zamiast szukać chwały Boga i być Mu posłusznym, szuka swojej chwały i swojego dobra. Zamiast zastanowić się, jak lepiej służyć Bogu i czego On od nas oczekuje, zastanawiamy się nad tym, co zrobić, żeby Jahwe nam bardziej błogosławił i żeby nam było lepiej. Często liczymy się my, a nie Bóg. Stawiamy siebie w centrum, a nie Pana Boga. Myślimy, że to On ma nam służyć i pomagać , a nie my być Jego sługami. Różnica pomiędzy taki myśleniem uwidacznia się najbardziej w chwili cierpienia. „Koty” mocno się buntują i mają wiele do Boga pretensji, „psy” zaś modlą się, żeby Bóg wykorzystał ten czas dla Swojej chwały.
Z takimi przemyśleniami podzieliłem się również ze swoimi parafianami. Chyba spodobał się im ten przykład. Był im z pewnością bliski, bo prawie w każdym tutejszym domu znajduje się pies lub kot.
Po nabożeństwie była jeszcze lekcja konfirmacji. Konfirmantami nie jest młodzież, ale osoby starsze. To spotkanie przyniosło mi wiele radości i zachęcenia. Cieszyłem się, że chociaż w sposób niedoskonały, to jednak mogę podzielić się z nimi swoją wiedzą. Ciągle uświadamiam sobie, że wiedza tutejszych ludzi dotycząca chrześcijaństwa jest bardzo niewielka. Często opiera się tylko na tym, co obejrzeli w telewizji. Jedna z pań była święcie przekonana, że Jezusa zabili dlatego, że ujawnił jakieś przekręty finansowe ówczesnego świata. Podstawą do takich wniosków był jakiś film. Podczas zajęć konfirmacyjnych odkryłem też, że wielu parafian nie ma w domu Biblii. To jest właśnie jedna z przyczyn tak małej wiedzy.
Niedzielne spotkania były bardzo udane. Bardzo jestem za nie wdzięczny Bogu.

piątek, 19 marca 2010

Lepiej

Już jest lepiej. Dzięki Bogu dzisiaj Maciuś nie miał gorączki i w nieco lepszym stanie przetrwał ten dzień. Jednak nie wszystko jeszcze wróciło do normy. Biedaczek, jest słaby, marudny, nie mógł spać w dzień i ciągle tylko "pakował" wszystko do buzi. Bardzo się jednak cieszymy, że gorączka ustąpiła.Właściwie to już wczoraj wieczorem nie posiadałam się z radości, gdy w końcu nasz szkrab odzyskał nieco swojego wigoru, gdy temperatura opadła.
Wczorajszy dzień był bardzo wyczerpujący, przede wszystkim psychicznie. Niezwykle trudno było mi patrzeć na mojego syna wiedząc, że niewiele mogę mu ulżyć w jego cierpieniu. Gorączka tak go wycieńczyła, że w pewnych momentach, pod wieczór, nie miał nawet siły się podnieść. To też jednak niezwykłe, że jak tylko gorączka opadła, to dość szybko odzyskał wigor i siły. 
Po raz kolejny też zostaliśmy zaskoczeni troską, jaką otacza się tutaj maluchy. Odwiedziła nas dzisiaj, zupełnie bez naszej inicjatywy, pielęgniarka dziecięca, która opiekuje się dziećmi w naszym rejonie. Po prostu przyszła się dowiedzieć, jak Maciuś się czuje i czy wszystko w porządku. Jej wizyta była niewątpliwie związana z wczorajszą wizytą lekarki, do której zapisany jest nasz syn. Nie przestaje mnie to jednak zadziwiać. Tutaj w służbie zdrowia, pomimo pewnych ograniczeń technicznych, naprawdę dba się o dobro niemowląt.
Nie wiem, czy na przykład bywa tak też w Polsce, ale w Berdiańsku w poradni dziecięcej na innym piętrze przyjmuje się dzieci chore, a na innym zdrowe niemowlęta przychodzące jedynie na comiesięczną kontrolę czy szczepienia. Proste i mądre rozwiązanie, które pozwala uniknąć kontaktu dzieci zdrowych z chorymi.

czwartek, 18 marca 2010

Kryzysowe godziny

Ostatnie kilkadziesiąt godzin minęło pod znakiem walki z Maciusiową gorączką. Kryzysowym momentem było popołudnie ok. 17:00. Nasz synek miał wtedy ponad 39 stopni gorączki. Podaliśmy lekarstwo na obniżenie temperatury, a ona nie chciała się obniżyć. Utrzymywała się na poziomie 39 stopni prze ok. dwie godziny. Podaliśmy jeszcze inne lekarstwa. Na szczęście zaczęła spadać. Nasz synek potem jeszcze przy okazji karmienia mocno zwymiotował. Teraz mierzyliśmy (ok. 20:30) i było już 36,9.

Ten czas kosztuje nas dużo nerwów. Modlimy się o powrót do normalności. Prosimy i Was, pamiętajcie o nas w modlitwie.

środa, 17 marca 2010

Ach te zęby...

Nasza rodzinka cierpi ostatnio z powodu... zębów. Wieczorem w zeszły piątek zaczęło mnie mocno boleć po prawej stronie szczęki. Sam jeszcze nie wiedziałem, że to od zęba, bo bolała mnie prawie cała połowa twarzy. Mimo zażycia leków przeciwbólowych miałem kłopoty ze spaniem. Następnego dnia zaś miałem pojechać do Zaporoża. Mocno wahałem się, co mam robić. W końcu, cały czas będąc na lekach, pojechałem. Ból zresztą pasował nawet do tematu kazania, które mówiło o źródle pocieszenia i radości w czasie cierpienia. Ostatecznie w poniedziałek poszedłem do miejskiej kliniki stomatologicznej. Byłem bardzo zadowolony z wizyty. Warunki całkiem dobre. Pierwszą rzeczą, na którą zostałem posłany, to zdjęcie rentgenowskie. Okazało się, że źródłem bólu jest dziura pod plombą w dolnej ósemce. Zapowiada się dłuższe leczenie tego zęba.

Dziś miałem mieć kolejną wizytę. Czekając w poczekalni, odebrałem telefon od mojej żony, że Maciuś ma temperaturę - 38,5 stopni. Mocno zdenerwowany, przesunąłem wizytę na piątek i pobiegłem do domu. Ponieważ temperatura naszego synka szybko rosła, wezwaliśmy pogotowie. Po jakimś czasie przyjechał lekarz i stwierdził, że problemem są... cisnące się zęby trzonowe. Na szczęście, po podaniu paracetamolu, temperatura obniżyła się. Bardzo przeżywamy te chwile. W naszych głowach pojawiły się już różne czarne scenariusze, np. pobyt w szpitalu. Nasza niepewność w takich momentach jest jeszcze większa przez to, że mieszkamy w obcym kraju i nie do końca wiemy, jak się w danym momencie zachować. Mamy nadzieję, że lekarz miał rację i wszystko wróci szybko ku normalności.

poniedziałek, 15 marca 2010

Powszechny strach przed zdradą

Wczoraj w Zaporożu na nabożeństwie była nas tylko garstka - kilka starszych kobiet. Kazanie było oparte o tekst z 2 Kor 1,3-7, który z jednej strony mówi o cierpieniu, a z drugiej o pocieszeniu. Po nabożeństwie zadałem jeszcze ludziom kilka pytań dotyczących powyższego tematu - tak w ramach spotkania biblijnego. Wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja. Zastanawialiśmy się nad tym, jak radzić sobie z cierpieniem w swoim życiu. Jedna z kobiet opowiedziała, jak ona i wielu ludzi na Ukrainie radzi sobie z trudnymi doświadczeniami. Mówiła, że ludzie przez wiele lat żyli w takich warunkach, że nawet przyjaciele jeden na drugiego donosili do partii. Trudno było zatem komukolwiek zaufać i powiedzieć o swoich problemach. Żeby jednak nie dusić goryczy i frustracji w sobie, ludzie znaleźli inne rozwiązanie. Bardzo łatwo nawiązywali głębokie kontakty z nieznajomymi, z którymi wspólnie podróżowali na przykład w pociągu. W przedziale mogli zwierzyć się innym podróżnym i w ten sposób ciężar, który na co dzień nieśli, stawał się lżejszy. Było to o tyle bezpieczne, że później podróżni rozchodzili się każdy w swoim kierunku i zazwyczaj już więcej się nie spotkali. W ten sposób radzono sobie ze strachem przed zdradą.
To, co usłyszałem, zgadza się również z moimi obserwacjami. Po pierwsze, ludzie na Ukrainie są raczej skryci i nie mówią o trudnych sprawach. Mam wrażenie, że boją się, iż to, co powiedzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Po drugie, w pociągu zazwyczaj dość łatwo nawiązać kontakt z innymi podróżnymi.
To smutne, taki powszechny społeczny strach, konsekwencja bardzo długiego okresu zniewolenia przez komunistyczny system.

niedziela, 14 marca 2010

Idzie wiosna

W Polsce (przynajmniej na południu) ponoć śnieżno i zimowo, a w Berdiańsku już czuć wiosnę :) Dziś od czasu do czasu słonko zagląda nam do okien, a termometr dowodzi, że 7 stopni w plusie jest. Mieszkanie aż prosi się o jakieś wiosenne dekoracje.
Na stole babka piaskowa, a nasionka rzeżuchy czekają na wysianie. Zapachniało już nieco Wielkanocą, choć do tych pięknych świąt jeszcze całkiem sporo dni zostało.
Nawet w parafii jakby też zrobiło się wiośniano, bo całkiem sporo było dziś osób na nabożeństwie, wszystkich razem 21 osób, no, 22 z Maćkiem :) Na berdiańską parafię to całkiem sporo. Śniegi i lody zeszły już z chodników, więc i starszym osobom łatwiej się poruszać.
Wiesiek natomiast prowadził dziś nabożeństwo w Zaporożu. Tam niestety nie tak "wiośniano", bo na nabożeństwie była tylko garstka. Trudno jednak by było inaczej, jeśli parafianie są mocno skonfliktowani. Prosimy zatem o modlitwę o rozwiązanie konfliktu w Zaporożu i o przyszłość tej parafii.
Pędzę więc skorzystać z tej pięknej pogody i życzę wszystkim udanej i radosnej niedzieli.

piątek, 12 marca 2010

O pobycie w PL z czasowej perspektywy

Może się to wydawać dziwne, ale cieszę się, że jesteśmy już znowu na dłuższy czas na Ukrainie. Nie, no oczywiście, lubię jeździć do Polski, poodwiedzać stare kąty, pobyć z rodziną, spotkać się z tym, tamtym i owym, być na jednym, drugim, kolejnym spotkaniu, móc załatwić tę czy tamtą sprawę, której na Ukrainie załatwić nie zdołam, ale jestem potem okropnie tym polskim pędem zmęczona i już na Ukrainę mi się chce. Choć może w sumie sama Ukraina nie ma tu wiele do rzeczy, po prostu do domu chce mi się, a dom jest tam, gdzie aktualnie mieszkamy.
Fajnie jest posiedzieć tylko z mężem wieczorem przy herbacie (bo ostatnio po dobrym "odżywieniu" w Polsce nie jadamy kolacji :), w miarę spokojnie przeżyć dzień za dniem. Zatem nie przedłużając idę delektować się kolejnym spokojnym wieczorem i, miejmy nadzieję, długim, nieprzerywanym Maćkowymi pobudkami, snem. Dobranoc.

czwartek, 11 marca 2010

Nasz urwis


Pan Bóg podarował nam prawdziwy skarb - naszego małego syneczka. Maciuś jest dla nas źródłem wielu radości. Jeszcze przed wyjazdem do Polski (czyli jakiś miesiąc temu) nie potrafił jeszcze wstawać ani raczkować. W czasie podróży do Polski w hotelu dworcowym pokazał nam już, że potrafi się czołgać. Oczywiście bardzo ważne znaczenie w tym odegrała odpowiednia motywacja. Maciuś kocha wszelką nowoczesną techniką - telewizory, komputery, telefony. Komórka, a raczej chęć dorwania jej do rąk i buzi była dla niego ważnym impulsem motywującym do przesuwania się w przestrzeni.

Obecnie nasz skarbuś potrafi już bez problemów raczkować i wstawać. On jest naprawdę bardzo ruchliwy i szybki, więc trzeba mieć go cały czas na oku. Dziś na przykład dobrał się do naszych książek.
Taki rozwój naszego jedynaka bardzo nas cieszy. Nie potrzebujemy nawet telewizora, bo oglądając potomka mamy wiele ciekawych wrażeń. On sam też się chyba cieszy ze swoich postępów, bo sam umie sobie bić już brawo.

środa, 10 marca 2010

Co z przyszłością...

W czasie kiedy byliśmy w Polsce wiele rzeczy dotyczących naszej przyszłości zaczęło się klarować. Kontrakt pomiędzy Kościołami luterańskimi w Polsce i na Ukrainie, na podstawie którego zostaliśmy wysłani tutaj do pracy, kończy się w październiku 2010. Chcemy zakończyć naszą służbę tutaj i wrócić na jakiś czas do Polski. Najprawdopodobniej zaraz po powrocie do Polski rozpocznę wikariat w jakieś parafii.
Co do naszych marzeń i planów na przyszłość, to chcielibyśmy kontynuować naszą przygodę misyjną. Ja od ok. 10 lat myślę intensywnie o misji tłumaczy Biblii im. Wycliffa. Właśnie w ośrodku tej misji byłem rok na wolontariacie w Anglii kilka lat temu. Wierzę, że do takiej pracy powołuje nas Pan Bóg. Choć nie wiemy jeszcze dokładnie, jak będzie wyglądać nasza przyszłość, to chcemy i możemy otwarcie mówić o naszych marzeniach.
Najtrudniejsze było dla nas powiedzenie o tym naszym rodzinom w Polsce. Baliśmy się ich reakcji. Pan Bóg jednak sprawił, że nasze obawy pozostały tylko obawami. Może nie spotkaliśmy się ze strony naszych bliskich z wielkim entuzjazmem, ale wiadomość o naszych planach została przyjęta spokojnie.
Za to bardzo dziękujemy naszemu Bogu i Panu!

wtorek, 9 marca 2010

Kameruńska modlitwa

Czas się poprawić i napisać coś niecoś na blogu, a może nawet coś więcej. Dziś niech będzie o Światowym Dniu Modlitwy w Berdiańsku.

Z przygotowaniem tego spotkania mieliśmy trochę problemów w związku z tym, że wyjeżdżaliśmy do Polski, a wróciliśmy dopiero 4 marca wieczorem. Modlitwa natomiast miała się odbyć już nazajutrz 5 marca o godz. 17.00. Do kraju jechałam nieco uspokojona tym, że w ostatnim momencie znalazła się osoba, która miała przejąć przygotowania tego dnia pod naszą nieobecność. Po powrocie okazało się jednak, że osoba ta wyjechała na jakiś czas. Na szybko więc "łataliśmy" dziury w programie.

Światowy Dzień Modlitwy możemy jednak zaliczyć do udanych spotkań. Zdążyliśmy nieco ustroić kaplicę, głównie ołtarz, którego dekoracja była naprędce wymyśloną wariacją o kolorowym Kamerunie, kraju obfitującym w kawę, kakao, egzotyczne owoce, orzeszki ziemne i wiele innych bogactw naturalnych. Tutejsza parafianka z artystycznym polotem w duszy (za to bardzo ją polubiłam) upiekła chrust według kameruńskiego przepisu i namówiła jedną z dziewczyn współtworzących program do przebrania się w "kameruński strój". Oglądaliśmy slajdy, słuchaliśmy o sytuacji mieszkańców tego odległego kraju, śpiewaliśmy często dość skomplikowane rytmicznie kameruńskie pieśni i refreny no i oczywiście modliliśmy się piękną liturgią przygotowaną przez kameruńskie kobiety.
No i aż zadziwieni byliśmy, że frekwencja nawet całkiem spora była, co cieszy. Słowo "spora" w naszych parafialnych realiach oznacza około 20 osób, co jak na piątek jest świetnym wynikiem. Na koniec oczywiście, jak się przy takich okazjach należy, usiedliśmy przy kawie, herbacie i afrykańskim chruście lub, jak kto woli, faworkach i innych lokalnych słodkościach.
Zadaję sobie jedynie pytanie, czy coś ze słów tej modlitwy, z historii i świadectw życia w trudnych kameruńskich warunkach, z zachęcenia do wielbienia Boga w każdym czasie i w każdych realiach życia zostało w sercach i umysłach uczestników tego spotkania.

piątek, 5 marca 2010

ŚDzM

Do Berdiańska wróciliśmy wczoraj wieczorem. Podróż trwała ponad 24 godziny. Jakoś to przetrwaliśmy. Dziś u nas w parafii Światowy Dzień Modlitwy. Przed nami jeszcze ostatnie przygotowania. Jesteśmy trochę nerwowi, bo czasu zostało bardzo mało, a osoba, która miała się tym zająć w parafii, wyjechała do Moskwy. Nie wiemy na jakim etapie są przygotowania.
Prosimy o modlitwę.