czwartek, 14 stycznia 2010

To co najtrudniejsze...

Długo zastanawiałem się, co napisać dziś na bloga. Ostatecznie stwierdziłem, że chciałbym podzielić się tym, co dla mnie jest najtrudniejsze na polu misyjnym. Myślę, że nie jest to tylko moje odczucie, ale również wielu innych misjonarzy. Tą najtrudniejszą rzeczą jest samotność. Bardzo brakuje mi tutaj kogoś, z kim mógłbym swobodnie pogadać jak z przyjacielem. Bardzo trudno nawiązać głębszą więź z "tubylcami". Dzieli mnie od nich bariera językowa i kulturowa. Wychowałem się w zupełnie innych warunkach. Mam inne doświadczenia, inaczej myślę. Kiedy opisuję im, jak wygląda Polska, to często dziwią się i nie mogą uwierzyć.
Coś co mnie odgradza od ludzi z parafii to paradoksalnie "bycie pastorem". Jakoś trudno neutralnie pogadać z kimś z parafii o moich doświadczeniach i problemach na przykład w pracy (tzn. parafii). Myślę, że podobne doświadczenie mają również księża w Polsce. Niby jest się otoczonym ludźmi, ale często odczuwa się samotność.
Kiedy patrzę na swoją żonę, to myślę, że ona tę samotność przeżywa jeszcze bardziej. Bardzo brakuje jej tutaj tak zwanej instytucji "najlepszej przyjaciółki". Dlatego też bardzo cieszy się, kiedy może pogadać z kimś po przyjeździe do Polski.
Coś co jest ciężkie, jest jednocześnie szansą i możliwością. Ta samotność na polu misyjnym jeszcze bardziej nas zbliża do siebie i pozwala wzmocnić nasze małżeństwo. Mimo że nie mam tutaj kumpla, z którym mogę swobodnie pogadać, to cieszę się, że Pan Bóg dał mi tak wspaniałą przyjaciółkę - moją kochaną i kochającą żonę.

1 komentarz:

  1. Czesc!

    Chcialem sie akurat zapytac, czy otrzymales mojego emaila... :) Tomek

    OdpowiedzUsuń