sobota, 9 stycznia 2010

Jeszcze w tematyce bożonarodzeniowej

Myślę, że święta to dla każdego księdza czas odkrywania i poszukiwania. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. W tym czasie zazwyczaj muszę się zmierzyć z wyzwaniem - jak opowiedzieć historię o narodzeniu Zbawiciela w nowy sposób, jak uniknąć powtarzania się, jak uczynić tę odległą historię aktualną dla współczesnego człowieka. Ta prawda odnosi się zresztą nie tylko do świąt. Tak jest prawie z każdym kazaniem. Pierwszym krokiem do przygotowania jest czytanie tekstu biblijnego. Później przychodzi czas studiowania komentarzy, potem zaś tzw. medytacja. Godziny, czasami dni, kiedy myślę nad tym tekstem. Często muszę na nowo odkryć znaczenie konkretnego tekstu dla mojego życia. Pan Bóg pracuje w moim umyśle i życiu. Niejednokrotnie odkrywam, jak bardzo Słowo Boże jest adekwatne do aktualnie przeżywanych przeze mnie wydarzeń.
Tutaj na Ukrainie często przeżywam chwile frustracji. Tak wiele chciałbym powiedzieć i przekazać, a tak bardzo jestem ograniczony barierą językową i kulturową. Często niestety wychodzi na to, że nie umiem wyrazić swoich myśli. Zdarza się zatem, że zamiast mówić to, co chcę, mówię to, co umiem powiedzieć. Często staram się w swoich kazaniach przedstawić jakiś życiowy przykład lub historię, która pomoże słuchaczowi zrozumieć biblijną prawdę.
Ostatnio szukając jakiegoś opowiadania do gazetki parafialnej znalazłem fajne opowiadanie, które zamieszczam niżej.
"Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne." J 3, 16 
Był kiedyś człowiek, który nie wierzył w Boga i nie obawiał się głośno wyrażać swego zdania na temat religii. Miał żonę, która mimo jego pogardliwych komentarzy usiłowała wychować dzieci w wierze chrześcijańskiej. W któreś śnieżne Święta Bożego Narodzenia zabierała dzieci do kościoła. Zachęcała i jego, lecz on powiedział: "Już wiele razy słyszałem, że Jezus urodził się w Betlejem! Ta cała opowieść o narodzinach Jezusa to bajka. Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!" I pozostał w domu. 
Tymczasem na dworze rozpętała się silna śnieżyca. Człowiek ten usłyszał silne grzmotnięcie. Coś uderzyło w okno jego domu dwa razy. Wyjrzał, lecz nic nie było widać ani na metr. Gdy trochę zelżało wyszedł zobaczyć, co mogło spowodować te uderzenia. Niedaleko domu, na polu zobaczył stadko dzikich gęsi. Widocznie były w drodze na południe, gdy zostały złapane przez śnieżycę. Zgubiły się i osiadły na jego farmie bez jedzenia i ochrony. Po prostu machały skrzydłami i krążyły nisko wokół jego pola, na oślep i bez celu. Zdaje się, że kilka z nich uderzyło w jego okno. Zrobiło mu się ich żal i pomyślał, że stodoła byłaby teraz świetnym miejscem dla gęsi. Jest ciepła i bezpieczna, mogłyby przeczekać tam noc. Wyszedł więc i otworzył drzwi stodoły na oścież, lecz gęsi nadal trzepotały się bez celu i zdawały się nie widzieć stodoły, ani tego, co dla nich znaczy. Wtedy usiłować zwrócić ich uwagę na siebie, lecz one wystraszyły się i odleciały dalej. Poszedł więc do domu, przyniósł trochę chleba i okruchami wyznaczył drogę prowadzącą do stodoły. Gęsi nic. Człowiek denerwował się coraz bardziej, ominął je chcąc zagnać je prosto do stodoły, lecz wtedy gęsi przeraziły się i rozbiegły na wszystkie strony. Nic nie było w stanie skierować ich do bezpiecznej stodoły. "Czy one nie rozumieją, że chcę im pomóc?" - pytał siebie. Pomyślał chwilę i zdał sobie sprawę z tego, że dzikie gęsi nie pójdą za człowiekiem. "Gdybym był gęsią, to mógłbym je uratować!" - pomyślał. Wtedy wpadł na pomysł. Wszedł do stodoły i wziąwszy na ramiona jedną ze swoich gęsi obszedł stado dzikich gęsi. Wówczas ją puścił. Gęś domowa przeleciała prosto przez stado do stodoły - wtedy i dzikie gęsi, jedna po drugiej podążyły za nią do bezpiecznego miejsca. 
Człowiek stał chwilę cicho, gdy nagle jego wcześniejsza myśl odezwała się ponownie: "Gdybym był gęsią, mógłbym je uratować!". Wtedy przypomniał sobie swoje słowa do żony: "Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!" Nagle wszystko nabrało sensu: to właśnie uczynił Bóg! Byliśmy jak te dzikie gęsi, zgubieni i ginący. Bóg dał Swego Syna, który stał się takim jak my, by pokazać nam drogę i nas uratować! Taki więc był sens narodzin Chrystusa! 
W miarę, jak śnieżyca wyciszała się, jego dusza uspokajała się i rozmyślał nad tą cudowną myślą. Zrozumiał dlaczego Chrystus przyszedł jako człowiek. Lata wątpliwości i niewiary zniknęły jak przechodząca burza. Padł na kolana i modlił się swą pierwszą modlitwą: "Dzięki Ci, Boże, że przyszedłeś w ludzkiej postaci i wyciągnąłeś mnie z mroku i burzy życia."
Autor nieznany

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz