sobota, 30 stycznia 2010

Zmęczenie...

Byłem wczoraj w Zaporożu. Ok. 14 godzin poza domem. Jechaliśmy w złych warunkach. Przebycie trasy 200 km. zajęło nam ok. 5 godzin. Była gołoledź. Kierowca bał się jechać szybciej. Ja zaś się denerwowałem, bo moim zdaniem jechał za wolno. Wyprzedzały nas prawie wszystkie samochody osobowe, ciężarówki, autobusy. To była dla mnie szkoła cierpliwości. Mimo nieprzyjemnej drogi wyprawa zakończyła się pomyślnie. Mamy rejestrację tzn. zameldowanie w Berdiańsku na kolejny rok.
Dziś kolejny pracowity dzień. Były u nas dziewczyny, Żana i Natasza. Troszkę pograliśmy, pogadali. Kończyłem raport na kurs duszpasterski. Przygotowywaliśmy też z Natalią materiały na Światowy Dzień Modlitwy (5 marca). Jutro musimy zacząć naukę pieśni. Udało mi się coś przygotować na nabożeństwo i zajęcia konfirmacyjne. Jestem jednak tak zmęczony, że muszę wstać jeszcze rano i się do reszty przygotować. Ostatnie dni są bardzo pracowite. Do tego jeszcze nasz kochany i ZAJMUJĄCY synek... przerywany sen w nocy oraz perspektywa kolejnych ciężkich dni bez wolnych. Panie daj siłę i błogosław!!!

piątek, 29 stycznia 2010

Prawie 7-miesięczny zdolniacha

Dawno już nie było nic o Maćku, więc dziś nieco o naszym szkrabie.Ostatnio trochę nowości w jego życiu się pojawiło. Śmiejemy się, że ostro ćwiczy, żeby błysnąć nowymi umiejętnościami przed rodziną. W końcu już 10 lutego wybieramy się do Polski. W każdym bądź razie wydaje się, że znów ma taki swego rodzaju skok rozwojowy.

Szykuje się do raczkowania. Póki co z zapałem ćwiczy stanie na czworakach, które mu już bardzo dobrze wychodzi.

Ćwiczy także podnoszenie się do stania i dzielnie trzyma się palców taty lub... warzechy.

Posadzony przez nas już całkiem długo i prosto siedzi, choć do samodzielnego siadania jeszcze troszkę ćwiczeń naszemu radosnemu bobasowi zostało.

Od jakiegoś czasu je coraz więcej, choć oczywiście ma swoje ulubione potrawy. Jabłko z różnymi dodatkami należy do faworyzowanych przez niego dań. W drodze jest już też trzeci ząbek.

To niezwykła radość i błogosławieństwo móc uczestniczyć i być świadkiem rozwoju naszego syna. Nie, oczywiście bywają i momenty trudniejsze, chwile troski o jego zdrowie, zastanawiania się nad jakością naszego rodzicielstwa... Wiemy bowiem, jak wielki, wspaniały, cenny i delikatny dar powierzył nam dobry Bóg - naszego kochanego, radosnego synka, który w niedzielę skończy 7 miesięcy.

środa, 27 stycznia 2010

Coś o grupkach domowych

Słuchamy ostatnio radia Chrześcijanin przez internet. Fajnie, że jest taka możliwość, żeby posłuchać chrześcijańskiej muzyki, kazań, różnych audycji dotyczących chrześcijańskiego życia. Tak naprawdę tutaj pozbawieni jesteśmy społeczności z innymi chrześcijanami. To może brzmi absurdalnie, bo przecież pracujemy w kościele. Niestety nie mamy możliwości porozmawiać o naszej wierze z innymi. Chodzi mi głównie o możliwość duchowego karmienia się. Cieszymy się, że od kilku dni możemy brać udział w rannych społecznościach przez internet. To już coś. Fajnie byłoby mieć jednak jakąś grupkę domową.
To ciekawe, że temat grupek domowych jest tutaj poruszany w rozmowach między księżmi (bynajmniej nie w negatywnym sensie). Mam wrażenie, że w Polsce większość księży boi się tego tematu - bo to pachnie "sekciarstwem", "niezdrowo", trudno przewidzieć, co się z tego wykluje. Z taką opinią spotkałem się ze strony swoich kolegów. Tak, to prawda, że czasami ludzie biorący udział w takich grupkach odchodzą od naszego Kościoła. Ich odejście nie jest jednak raczej związane z przynależnością do takiej grupki. Ja jednak wierzę, że takie grupki mogą być czymś bardzo dobrym i mogą być błogosławieństwem dla parafii. Trzeba jednak takie spotkania odpowiednio zorganizować i pilotować. Sam znam wiele osób, którzy należą do takich grupek i działają aktywnie w parafiach. Bo czy jest coś złego w tym, żeby się spotkać w grupie przyjaciół i razem czytać Biblię i modlić się zamiast robić coś innego. Nie jestem za tym, żeby zrezygnować ze wspólnych nabożeństw i spotykać się tylko na "grupce". Ale mam też świadomość, że na nabożeństwach nie ma miejsca, żeby podzielić się osobistymi sprawami. Często mogę to zrobić w grupie tylko zaufanych przyjaciół. Piszę to, bo sam niejeden raz brałem udział w spotkaniach domowych, należałem też do takiej grupki.
A Wy co na ten temat myślicie?

wtorek, 26 stycznia 2010

Metapost

Zestresowałem się widząc ostatnio, że link do naszego bloga znalazł się  na stronie luteranie.pl przy okazji zamieszczenia fragmentu postu. Nasz blog nie jest blogiem służbowym. Chcemy, żeby był on przestrzenią, w której możemy wyrazić czasami bardzo osobiste rzeczy. Jak zauważyliście, posty często dotyczą prywatnego życia. Dla nas jest to forma pamiętnika i możliwość kontaktu ze światem. Cieszymy się, że czyta nas rodzinka, przyjaciele, znajomi, osoby, którym leży na sercu misja. Chociaż link jest na stronie CME i znalazł się na luteranach, to ja nie chcę, żeby był odbierany jako forma składania raportów o przebiegu naszej służby. To nasza prywatna przestrzeń, do której Was zapraszamy. Nie zamierzamy go zmieniać, przynajmniej nie teraz.
Bardzo cieszą nas wszelkie komentarze i e-maile, które otrzymaliśmy w związku z zamieszczonymi postami. Zapraszamy do pisania i kontaktu. My w miarę możliwości postaramy się odpisać.
Ostatnio pomyślałem, że chyba staję się powoli uzależniony od internetu. Trudno byłoby bez niego. To możliwość kontaktu ze światem, Polską, naszymi przyjaciółmi, znajomymi. Blog zaś stał się częścią naszej codzienności. Fajnie mieć możliwość podzielenia się tym, co nam w duszy gra i jak się nasze życie układa.
Życzymy wszystkim miłego czytania. Fajnie byłoby usłyszeć, co Wam w duszy gra... 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Polskie tęsknoty

Ostatnio na naszej lodówce zawisła karta o tytule: Co chcę w Polsce? (w domyśle zjeść, zrobić...) w związku z naszym lutowym wyjazdem do kraju. Powoli zapełnia się różnymi naszymi wpisami. Bo jest całkiem sporo takich rzeczy, o których tutaj możemy tylko pomarzyć. Nawet tych zwykłych jak jogurt naturalny czy biszkopty, które tutaj są nie do zdobycia. Albo np. chrupki kukurydziane są tylko w wersji słodkiej, zwykłych nieoblewanych jakąś okropną polewą nie ma. Nie mówiąc już o takich smakołykach jak pyszny polski chleb czy wędliny. Oczywiście chleb i wędliny, czasem nawet całkiem smaczne, też tutaj są, ale nie takie jak w Polsce.
Chętnie też poszlibyśmy do kina. Niestety tutaj wszystkie kina zostały jakiś czas temu zamknięte. Pozostają tylko wypożyczalnie (zresztą w naszej sytuacji to póki co jedyne wyjście, bo Maciuś przecież do kina i tak by z nami nie poszedł). Marzymy też o wypadzie na narty czy na basen. Liczymy na to, że któraś z babć zaopiekuje się w jakieś popołudnie naszym szkrabem. O ile oczywiście obficie już wypełniony grafik nam na takie rozrywki pozwoli.
Jest jednak jedna rzecz, którą z mojej listy mogę skreślić. Napisałam jakiś czas temu, że chcę żeby w Polsce panowała jeszcze zima, jak przyjedziemy. Wtedy w Berdiańsku temperatury wahały się między 5 a 8 stopni w plusie, a z nieba często padał deszcz zamiast upragnionego śniegu. Teraz jednak i u nas zapanowała piękna, śnieżna i mroźna zima. Dodatkowo jeszcze dziś obudziło nas cudne słońce. Nad ranem termometr wskazywał -18 stopni, co już może nie jest aż tak zabawne, ale mamy zimę. Zapewne wkrótce będzie można chodzić po morzu, a ściślej mówiąc po zamarzniętej zatoce. Jak ktoś chciałby zażyć takich atrakcji to zapraszamy. To wyjątkowe przeżycie. Sprawdziliśmy w zeszłym roku.


PS. Może kiedyś zrobimy listę pt. Co lubię na Ukrainie? Zapewne szybko by się zapełniła różnymi fajnymi rzeczami, o których kiedyś może też wam opowiemy. A Ty, drogi czytelniku, co lubisz w Polsce?

sobota, 23 stycznia 2010

Kolejna gazetka

Ten dzień ma się już ku końcowi. My jeszcze pracujemy. Składamy wydrukowaną już gazetkę parafialną. Materiału było bardzo dużo i trudno było stworzyć w miarę krótkie artykuły. Udało się.
Głównym celem gazetki jest zachęcenia ludzi do otworzenia i czytania Biblii. Gazetka ma też służyć jako materiał do pierwszej lekcji konfirmacji.
Jesteśmy już zmęczeni, więc kończę. Życzę miłej niedzieli.

piątek, 22 stycznia 2010

Na chwilę przeniesieni...

Wczoraj wieczorem Natalia dowiedziała się, że jest możliwość przez Skype uczestniczyć w porannej społeczności pracowników CME.  
CME to porządna firma chrześcijańska, która dba o swoich pracowników i dlatego pracę zaczyna się tam od modlitwy i wsłuchania się w Boże Słowo. Chociaż oboje z Natalią jesteśmy pracownikami tej zacnej organizacji, to ze względu na odległość nie mogliśmy w tych społecznościach uczestniczyć. To powodowało, że czuliśmy się troszkę wyalienowani.
Dziś ta sytuacja się zmieniła. Wspaniali fachowcy, nasi koledzy (głównie Paweł Fober) uczynili tę zmianę realną. Choć ok. 1700 km dalej, to jednak uczestniczyliśmy w porannej społeczności. Mogliśmy razem zaśpiewać pieśni, wsłuchać się w biblijne rozważanko, usłyszeć o co można się modlić. To rzeczywiście nas przybliża do Dzięgielowa. Zachęca do modlitwy o naszą organizację "matkę". Bardzo się z tej możliwości cieszymy!
Dziękujemy wszystkim, dzięki którym nasze uczestnictwo w tych społecznościach stało się możliwe. Pozdrawiamy i życzymy Bożego błogosławieństwa w realizacji wspólnego dzieła.

czwartek, 21 stycznia 2010

1 z 96


Pracuję ostatnio nad materiałami do zajęć konfirmacyjnych i najnowszej gazetki parafialnej. Postanowiłem, w ramach nauczania kościelnego, z wszystkim parafianami przerobić jeszcze raz materiał konfirmacyjny. Na najbliższym nabożeństwie chciałbym przypomnieć o znaczeniu Biblii dla naszego życia. Przygotowuję właśnie materiały o historii powstania, tłumaczeniach i różnych ciekawostkach dotyczących tej szczególnej księgi. Na zajęcia w niedzielę chcę też przynieść niektóre z tekstów biblijnych, które posiadam w domu tzn. hebrajski ST, grecki NT i niektóre tłumaczenia. Przede wszystkim zaś chciałbym zachęcić swoich parafian, żeby poświęcili choćby 1 z 96 kwadransów dziennie na lekturę Bożego Słowa. 1 z 96 to niewiele, ale jakże może zmienić nasze życie.

środa, 20 stycznia 2010

Spotkanie


Nasza rodzinka spotkała się dziś z szefem norweskiej misji NiC Oysteinem Husvikiem. Kontakty naszej parafii z tą misją trwają już trzy lata. To właśnie od niej nasi parafianie otrzymali kilka razy pomoc humanitarną w postaci produktów spożywczych.
Oystein przyjechał pierwszy raz do Berdiańska cztery lata temu. Wcześniej pracował jako misjonarz w Rumunii i Białorusi. Jego misja w naszym mieście sprowadza się do wspierania kościołów różnych denominacji (od katolików do zielonoświątkowych). On sam nie zakłada swojego kościoła, ale stara się stworzyć płaszczyznę do wspólnego działania - organizuje spotkania modlitewne, na które zaprasza liderów różnych tutejszych Kościołów, pomaga w organizowaniu ekumenicznych konferencji.
To spotkanie było dla mnie dużym zachęceniem. Atmosfera była bardzo przyjazna i serdeczna. Z relacji innych ludzi wiem, że wiele Kościołów jest tutaj bardzo zamkniętych na współpracę ekumeniczną. Osobiście cieszę się, że są takie inicjatywy wspólnego ponadwyznaniowego działania. Nie chodzi tutaj tylko o jednorazowe spotkania z okazji tygodnia modlitwy o jedność chrześcijan, ale o serdeczne gesty na co dzień i świadomość tego, że razem jesteśmy silniejsi. Mamy przecież jeden cel - przekazać Ewangelię innym ludziom.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Zdrobniale czy "grubo"

Czytałem wczoraj książkę Agnieszki i Michała Domagałów "Syberia z okna misjonarza". Bardzo fajna książka - polecam. Stwierdziłem, że chociaż Ukraina to nie Syberia, to jednak pewne analogiczne zachowania i sytuacje można spotkać również tutaj - najróżniejsze zabobony, atrakcje architektoniczne w postaci krzywych ścian i podłóg, ciekawostki kulinarne np. podawanie do herbaty chleba z konfiturami i wiele innych rzeczy. To wszystko jest chyba wspólne dla kultury rosyjskiej.
My również, tak jak autorzy tej ksążki, przeżywamy różne wpadki kulturowe i językowe. Dziś chciałbym opisać jedną z nich. Może nie jest ona aż tak duża, ale wspomnienie o niej ciągle mnie śmieszy.
Większość ludzi w parafii mówi do mojej żony Natasza. Ja też postanowiłem używać czasami tej formy imienia, a także zdrobnienia, które od niego utworzyłem - Nataszka. Pomyślałem, że tak będzie pasowało, bo zazwyczaj zdrobnienia imion kończą się na "-ka". Po którymś z kolei użyciu tej formy Artur, nasz kurator, poprosił mnie na osobność i powiedział, żebym nie używał tej formy imienia, bo to jest kulturowo nie do przyjęcia. Trochę zdziwiła mnie taka uwaga, bo zauważyłem wcześniej, że mnóstwo ludzi używa zdrobnień. Zdarza się to nawet w stosunku do nieznajomych - na przykład wołając kelnerkę w restauracji (zazwyczaj mają one identyfikatory z imionami). Długo zastanawiałem się, dlaczego nie mogę zwracać się do Natalii zdrobniale. Pomyślałem, że chyba panują tutaj takie kulturowe zasady, że małżonkowie mogą mówić do siebie zdrobniale tylko na osobności, a w obecności innych używać pełnych form imienia. Jakoś się z tym pogodziłem. Dopiero jakiś czas później dowiedziałem się, że forma imienia "Nataszka" nie jest zdrobnieniem, ale formą ordynarną, "grubą".
Cieszę się, że jako mąż mogę do swojej żony zwracać się zdrobniale nawet w publicznych miejscach. Zdrobnienie to jednak powinno brzmieć "Nataszeńka".
Cóż, moja kochana Nataszeńka miała dziś bardzo pracowity dzień (ja też). Mam nadzieję, że w końcu będzie mogła odpocząć, bo ostatnio doświadcza chronicznego niewyspania przy naszym synku.

sobota, 16 stycznia 2010

Ten, który mówi: "Kocham cię"


Już od progu dało się słyszeć śmiechy, krzyki, nawoływania, tupot biegających nóg. Dzieci. Niewątpliwie w ośrodku "Quo vadis?", prowadzonym przez Caritas, mają swoje miejsce i dobrze się tu czują. A dziś to był dla nich wyjątkowy dzień, dzień występów, na który zapewne długo się przygotowywały. Wchodząc do sali upewniliśmy się, że czeka nas mała teatralno-muzyczna uczta, która przeniesie nas znowu w czasy narodzin Pana Jezusa. Maria, Józef, stajenka, żłóbek z dzieciątkiem, pastuszkowie, mędrcy, aniołowie - wszystko było tak, jak należy. Ale nawet ptaszki, palma czy choinka odegrały rolę w bożonarodzeniowej historii. Dzieciaki deklamowały wiersze, śpiewały polskie kolędy po rosyjsku. Niektórym udzieliła się trema, ale każdy miał rolę i swój udział w tym pięknym przedstawieniu.

Po przemowach, programie, oklaskach przyszedł w końcu czas na długo oczekiwane prezenty. Wjeżdżającym do sali trzem wielkim pudłom wypełnionym kolorowymi paczkami towarzyszył szmer podekscytowania. Dzieci kolejno podchodziły po pudełka przygotowane dla nich przez polskie rodziny, przez polskie dzieciaki. Na koniec czekał wszystkich jeszcze drobny słodki poczęstunek i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.
Długo zastanawiałam się, czy te dzieciaki różnią się w jakiś sposób od swoich kolegów ze szkoły. Albo raczej czy widać to po nich, że się różnią, że mają mniej niż inni, że ich dzieciństwo jest w jakiś sposób napiętnowane. Patrząc dziś na nie trudno było mi uwierzyć, że większość z nich na co dzień marzy o tym, żeby mieć ojca, własne łóżko i nie być głodnym. Dziś były radosne, dumne, przełamujące tremę, nieśmiałość, wstyd. Dziś chciały, żeby rodzice byli z nich dumni, żeby zobaczyli, jacy są zdolni, ile potrafią. Tak przynajmniej mi się wydaje. Zobaczyłam wielki potencjał, który, mam nadzieję, dzięki pracy tego ośrodka, nie zostanie całkiem zaprzepaszczony i zdławiony.
Zerkałam też ukradkiem na rodziców. Na niektórych twarzach od razu malowały się "kłopoty". Sporo zgromadzonych osób wyglądało jednak, jak to się mówi, całkiem normalnie. Gdy ksiądz Zdzisław, służący w tutejszej parafii katolickiej, chwalił dzieci za piękny występ i zachęcał rodziców do tego, by mówili swoim pociechom, że ich kochają, zastanawiałam się, jak często słyszą one słowa: "Kocham cię". Mam nadzieję, że  poprzez dzisiejsze spotkanie i te skromne przecież prezenty zrozumiały, że chcemy im powiedzieć: "Kocham cię". A nade wszystko, że jest ktoś, kto każdego dnia tysiąckrotnie chce im powiedzieć: "Kocham cię, Sasza, Ola, Masza, Tania, Maksim, Wicia...". Tym kimś jest ten, który narodził się w Betlejem, Pan i Król, Jezus Chrystus.

piątek, 15 stycznia 2010

Człowiek - dziwna istota

Czasami w ogóle zapominam, że mieszkamy nad morzem. Bywa, że dziwię się leżącej na podwórku muszelce. Dopiero po chwili dochodzi do mnie, że przecież jesteśmy w nadmorskim kurorcie. Żeby o tym już całkowicie nie zapomnieć wyprawiam się czasem w towarzystwie Maćka do centrum miasta na spacer nad zatokę i wsłuchuję się w szum fal. W takich chwilach przypominam sobie, jak kiedyś marzyłam o tym, żeby mieszkać nad morzem. Nie sądziłam, że to marzenie się kiedyś spełni. Szkoda tylko, że do tej pory tak mało z tego morza skorzystałam. Mam jednak nadzieję, że w tym roku odbiję sobie to zeszłoroczne "stracone" pod względem plażowania i kąpieli morskich lato.
Pamiętam też jak jeszcze całkiem niedawno narzekałam sobie i troszkę też Panu Bogu, że jakieś takie za bardzo ustabilizowane zrobiło się moje życie. No i... już niedługo nabrało ono przyspieszenia - małżeństwo, przeprowadzka do Berdiańska, narodziny Maciusia.
A najgłupsze jest to, że teraz to tęsknię za górami, za śnieżną zimą, widokiem przysypanej śniegiem Równicy i... stabilizacją bez lotnisk, obcych języków i podróży. Człowiek to dziwna istota i trudno jej dogodzić. A może po prostu nie umie docenić tego, co ma?
Dziś nad zatoką powiedziałam Panu Bogu: Dziękuję za to, co mi dajesz i przepraszam, że tak często tego nie doceniam. Chciałabym częściej dziękować i umieć cieszyć się tym, co mogę przeżywać każdego dnia. Bo tak naprawdę mam więcej niż mogłam sobie wymarzyć.

czwartek, 14 stycznia 2010

To co najtrudniejsze...

Długo zastanawiałem się, co napisać dziś na bloga. Ostatecznie stwierdziłem, że chciałbym podzielić się tym, co dla mnie jest najtrudniejsze na polu misyjnym. Myślę, że nie jest to tylko moje odczucie, ale również wielu innych misjonarzy. Tą najtrudniejszą rzeczą jest samotność. Bardzo brakuje mi tutaj kogoś, z kim mógłbym swobodnie pogadać jak z przyjacielem. Bardzo trudno nawiązać głębszą więź z "tubylcami". Dzieli mnie od nich bariera językowa i kulturowa. Wychowałem się w zupełnie innych warunkach. Mam inne doświadczenia, inaczej myślę. Kiedy opisuję im, jak wygląda Polska, to często dziwią się i nie mogą uwierzyć.
Coś co mnie odgradza od ludzi z parafii to paradoksalnie "bycie pastorem". Jakoś trudno neutralnie pogadać z kimś z parafii o moich doświadczeniach i problemach na przykład w pracy (tzn. parafii). Myślę, że podobne doświadczenie mają również księża w Polsce. Niby jest się otoczonym ludźmi, ale często odczuwa się samotność.
Kiedy patrzę na swoją żonę, to myślę, że ona tę samotność przeżywa jeszcze bardziej. Bardzo brakuje jej tutaj tak zwanej instytucji "najlepszej przyjaciółki". Dlatego też bardzo cieszy się, kiedy może pogadać z kimś po przyjeździe do Polski.
Coś co jest ciężkie, jest jednocześnie szansą i możliwością. Ta samotność na polu misyjnym jeszcze bardziej nas zbliża do siebie i pozwala wzmocnić nasze małżeństwo. Mimo że nie mam tutaj kumpla, z którym mogę swobodnie pogadać, to cieszę się, że Pan Bóg dał mi tak wspaniałą przyjaciółkę - moją kochaną i kochającą żonę.

środa, 13 stycznia 2010

Przedwyborczo

W najbliższą niedzielę na Ukrainie odbędą się wybory prezydenckie. Startuje w nich wielu kandydatów, jednakże największe szanse przedwyborcze sondaże dają przywódcy prorosyjskiej Partii Regionów i byłemu premierowi Wiktorowi Janukowyczowi oraz obecnej premier Julii Tymoszenko. Walczący o reelekcję Wiktor Juszczenko właściwie jest pozbawiony szans, chyba że sondaże, jak chcą niektórzy kandydaci, zostały sfałszowane. Bardzo prawdopodobny więc wydaje się scenariusz drugiej tury wyborów z udziałem prowadzących w sondażach kandydatów.

W Berdiańsku, jak i zapewne w całej Ukrainie, nadal trwa kampania. Zmarznięci nieco zwolennicy poszczególnych kandydatów rozdają ulotki, plakaty, chorągiewki, flagi itp. na głównych ulicach miasta, a listonosze roznoszą tony przedwyborczej "makulatury". Wydaje się jednak, że Berdiańsk, jak i cała wschodnia Ukraina, już ma swojego faworyta, którym jest Janukowycz. Wielki billboard na Miejskim Domu Kultury w samym centrum miasta zdaje się ostatecznie to potwierdzać. Jak będzie ostatecznie okaże się już za kilka dni. Choć nawet jedna z naszych parafianek, popierająca Tymoszenko, też jest tego zdania, że na wschodzie wygra Janukowycz, ale kto ostatecznie zdobędzie fotel prezydencki nie wiadomo.

wtorek, 12 stycznia 2010

Siła modlitwy

Oglądaliśmy wczoraj z Natalią fragmenty filmów "Przeobrażone regiony" i "Przeobrażone miasta". Ja widziałem te filmy już kilkakrotnie. To zadziwiające, jak wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego. Myślę, że współczesny człowiek często ma zamknięte oczy na tę duchową rzeczywistość. Często, nawet służąc Bogu, za bardzo koncentrujemy się na projektach i różnego rodzaju akcjach, a nie na modlitwie. To przecież tylko Pan Bóg może zmienić serce człowieka. Nie mówię o tym, żeby nic nie robić i wszystko zostawić Panu Bogu. Myślę jednak, że wszystko powinno zaczynać się od modlitwy i wszystko z niej wychodzić. Wierzę, że powinniśmy zacząć szukać Bożej woli dla naszego życia i służby, a potem być jej posłuszni.
Nasza trzyosobowa rodzinka też zbliża się powoli do "rozdroża", do punktu, w którym będziemy sobie musieć odpowiedzieć na pytanie, co dalej, jaka jest Boża wola na dalszą część życia. Pod koniec tego roku kończy się nasz kontrakt, a ściślej kontrakt pomiędzy dwoma Kościołami dotycząca naszej służby. Wiem, że nie wszystko zależy od nas, ale my również musimy się określić. Ja skłaniam się do zakończenia służby w Berdiańsku. Otwartym pozostaje jednak pytanie o to, co dalej. Ludzie często doradzają nam, co byłoby dla nas dobre i korzystne z różnych względów. Ja jednak szukam Bożego prowadzenia, bo Jego wola jest najlepsza dla naszego życia. Nie chciałbym naszej przyszłości budować na mrzonkach, ani tylko na ludzkiej mądrości, ale na Bożej woli. Prosimy Was również o taką modlitwę o naszą przyszłość i Boże prowadzenie.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jaki kapłan, taki lud...

Staramy się z Natalią każdy dzień robić wspólny cichy czas. Wtedy zazwyczaj wspólnie śpiewamy, modlimy się, czytamy Boże Słowo i rozmawiamy. Ostatnio zabraliśmy się za studiowanie księgi proroka Ozeasza. Dziś czytaliśmy początek 4 rozdział, wiersze od 1-6.
Słuchajcie słowa Pana, synowie Izraela, bo Pan ma powód do skargi na mieszkańców kraju: Nie ma w kraju ani wierności, ani miłości, ani poznania Boga. Jest natomiast krzywoprzysięstwo, kłamstwo, zabójstwo, kradzież, cudzołóstwo, rabunek, morderstwa idą za morderstwami. Dlatego kraj okrywa się żałobą i mdleją wszyscy jego mieszkańcy wraz ze zwierzętami polnymi i ptactwem niebieskim, nawet i ryby morskie giną. Lecz niech nikt nie oskarża i niech nikt nie robi zarzutów, gdyż z tobą wiodę spór, kapłanie! Dlatego potkniesz się za dnia, a wraz z tobą potknie się i prorok w nocy; prowadzisz swój lud do zguby. Lud mój ginie, gdyż brak mu poznania; ponieważ ty odrzuciłeś poznanie, i Ja ciebie odrzucę, abyś mi nie był kapłanem, a ponieważ zapomniałeś o zakonie swojego Boga, Ja też zapomnę o twoich dzieciach.
Słowa te mówią o kapłanach i prorokach Izraela i ich sprzeniewierzeniu się. Chociaż ja nie jestem kapłanem ani prorokiem w rozumieniu Starego Testamentu, to w pewien sposób zajmuję podobne miejsce w stosunku do swoich parafian. Oni również wsłuchują się w wygłaszane przeze mnie kazania i obserwują moje zachowanie. Chociaż nie jest tak, że zachowanie księdza determinuje zachowanie parafian, to te dwie rzeczy są zależne. Nawet wygłaszane kazania i prowadzenie nabożeństwa tak bardzo zależy od tego jak bardzo jestem blisko Boga, jak bardzo jestem Mu wierny, jak bardzo Go kocham i jak bardzo chcę Go poznać. Ja zaś stwierdzam, że jeszcze wiele mi brakuje i popełniam wiele błędów. Oni nie tylko patrzą na mnie, ale na nasze małżeństwo, na naszą wzajemną relację. Zdaję sobie sprawę, że nasza wzajemna relacja z Natalią wpływa na naszą służbę. Jeśli się pokłócimy, to bardzo trudno mi skupić się na mojej pracy i być autentycznym w tym co robię. Wiem też, że jeśli nasza rodzina będzie silna, to będzie to mieć przełożenie na naszą służbę. Oboje z Natalią zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności i modlimy się o Boże błogosławieństwo, o to, żeby czynił nas takimi dobrymi narzędziami - sługami, którzy będą Go kochać i tą miłość przekażą dalej.

sobota, 9 stycznia 2010

Jeszcze w tematyce bożonarodzeniowej

Myślę, że święta to dla każdego księdza czas odkrywania i poszukiwania. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. W tym czasie zazwyczaj muszę się zmierzyć z wyzwaniem - jak opowiedzieć historię o narodzeniu Zbawiciela w nowy sposób, jak uniknąć powtarzania się, jak uczynić tę odległą historię aktualną dla współczesnego człowieka. Ta prawda odnosi się zresztą nie tylko do świąt. Tak jest prawie z każdym kazaniem. Pierwszym krokiem do przygotowania jest czytanie tekstu biblijnego. Później przychodzi czas studiowania komentarzy, potem zaś tzw. medytacja. Godziny, czasami dni, kiedy myślę nad tym tekstem. Często muszę na nowo odkryć znaczenie konkretnego tekstu dla mojego życia. Pan Bóg pracuje w moim umyśle i życiu. Niejednokrotnie odkrywam, jak bardzo Słowo Boże jest adekwatne do aktualnie przeżywanych przeze mnie wydarzeń.
Tutaj na Ukrainie często przeżywam chwile frustracji. Tak wiele chciałbym powiedzieć i przekazać, a tak bardzo jestem ograniczony barierą językową i kulturową. Często niestety wychodzi na to, że nie umiem wyrazić swoich myśli. Zdarza się zatem, że zamiast mówić to, co chcę, mówię to, co umiem powiedzieć. Często staram się w swoich kazaniach przedstawić jakiś życiowy przykład lub historię, która pomoże słuchaczowi zrozumieć biblijną prawdę.
Ostatnio szukając jakiegoś opowiadania do gazetki parafialnej znalazłem fajne opowiadanie, które zamieszczam niżej.
"Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne." J 3, 16 
Był kiedyś człowiek, który nie wierzył w Boga i nie obawiał się głośno wyrażać swego zdania na temat religii. Miał żonę, która mimo jego pogardliwych komentarzy usiłowała wychować dzieci w wierze chrześcijańskiej. W któreś śnieżne Święta Bożego Narodzenia zabierała dzieci do kościoła. Zachęcała i jego, lecz on powiedział: "Już wiele razy słyszałem, że Jezus urodził się w Betlejem! Ta cała opowieść o narodzinach Jezusa to bajka. Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!" I pozostał w domu. 
Tymczasem na dworze rozpętała się silna śnieżyca. Człowiek ten usłyszał silne grzmotnięcie. Coś uderzyło w okno jego domu dwa razy. Wyjrzał, lecz nic nie było widać ani na metr. Gdy trochę zelżało wyszedł zobaczyć, co mogło spowodować te uderzenia. Niedaleko domu, na polu zobaczył stadko dzikich gęsi. Widocznie były w drodze na południe, gdy zostały złapane przez śnieżycę. Zgubiły się i osiadły na jego farmie bez jedzenia i ochrony. Po prostu machały skrzydłami i krążyły nisko wokół jego pola, na oślep i bez celu. Zdaje się, że kilka z nich uderzyło w jego okno. Zrobiło mu się ich żal i pomyślał, że stodoła byłaby teraz świetnym miejscem dla gęsi. Jest ciepła i bezpieczna, mogłyby przeczekać tam noc. Wyszedł więc i otworzył drzwi stodoły na oścież, lecz gęsi nadal trzepotały się bez celu i zdawały się nie widzieć stodoły, ani tego, co dla nich znaczy. Wtedy usiłować zwrócić ich uwagę na siebie, lecz one wystraszyły się i odleciały dalej. Poszedł więc do domu, przyniósł trochę chleba i okruchami wyznaczył drogę prowadzącą do stodoły. Gęsi nic. Człowiek denerwował się coraz bardziej, ominął je chcąc zagnać je prosto do stodoły, lecz wtedy gęsi przeraziły się i rozbiegły na wszystkie strony. Nic nie było w stanie skierować ich do bezpiecznej stodoły. "Czy one nie rozumieją, że chcę im pomóc?" - pytał siebie. Pomyślał chwilę i zdał sobie sprawę z tego, że dzikie gęsi nie pójdą za człowiekiem. "Gdybym był gęsią, to mógłbym je uratować!" - pomyślał. Wtedy wpadł na pomysł. Wszedł do stodoły i wziąwszy na ramiona jedną ze swoich gęsi obszedł stado dzikich gęsi. Wówczas ją puścił. Gęś domowa przeleciała prosto przez stado do stodoły - wtedy i dzikie gęsi, jedna po drugiej podążyły za nią do bezpiecznego miejsca. 
Człowiek stał chwilę cicho, gdy nagle jego wcześniejsza myśl odezwała się ponownie: "Gdybym był gęsią, mógłbym je uratować!". Wtedy przypomniał sobie swoje słowa do żony: "Dlaczego Bóg miałby chcieć być taki jak my? To śmieszne!" Nagle wszystko nabrało sensu: to właśnie uczynił Bóg! Byliśmy jak te dzikie gęsi, zgubieni i ginący. Bóg dał Swego Syna, który stał się takim jak my, by pokazać nam drogę i nas uratować! Taki więc był sens narodzin Chrystusa! 
W miarę, jak śnieżyca wyciszała się, jego dusza uspokajała się i rozmyślał nad tą cudowną myślą. Zrozumiał dlaczego Chrystus przyszedł jako człowiek. Lata wątpliwości i niewiary zniknęły jak przechodząca burza. Padł na kolana i modlił się swą pierwszą modlitwą: "Dzięki Ci, Boże, że przyszedłeś w ludzkiej postaci i wyciągnąłeś mnie z mroku i burzy życia."
Autor nieznany

piątek, 8 stycznia 2010

Teologia i życie

Siedziałem dziś bardzo długo w Internecie, żeby znaleźć jakieś materiały o pojęciu pokory w Biblii. Podjąłem się przygotowania pewnych tekstów na rekolekcje pasyjne i chciałbym temu zadaniu sprostać. Niestety znalazłem bardzo mało naukowych opracowań w sieci. Odległość 1200 km do Polski sprawia zaś, że zostałem odcięty od teologicznych bibliotek. Niestety nawet w Polsce ten dostęp nie jest taki łatwy. W bibliotece ChAT-u są w zasadzie tylko materiały po niemiecku. A dla mnie ten język ciągle nie jest na tyle bliski, żeby studiować opracowania naukowe. Do książek po angielsku też nie tak łatwo dotrzeć. Trzeba się trochę natrudzić i pojeździć po kraju. Cóż może kiedyś się to zmieni. Szkoda, że tak ta sytuacja wygląda. Można by tak wiele ciekawych teologicznych tekstów opracować.

czwartek, 7 stycznia 2010

"Prawdziwy pastor"

Dziś prawosławne Boże Narodzenie. Do południa wpadła na chwilę Natasza, żeby nam złożyć życzenia świąteczne i przynieść kutię. Kutia to tradycyjna potrawa bożonarodzeniowa z pszenicy. W zależności od regionu i tradycji domowych składnikami są również bakalie, owoce, mak, miód. Spróbowałem i byłem lekko zawiedziony. Ta na zachodniej Ukrainie smakuje znacznie lepiej. W ogóle wydaje się, że tradycje kulinarne Wołynia czy Galicji są znacznie bogatsze niż te tutejsze.
Od 12:00 do 14:00 tradycyjnie byłem na dyżurze parafialnym. Troszkę porozmawialiśmy z Arturem, Wołodią i Żaną. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Po południu wpadła do nas Żana. Pograliśmy w różne gry i pogadali.
Dziś rano zaskoczyła mnie uwaga pewnej starszej parafianki. Zadzwoniła i podziękowała mi za okazaną pomoc materialną w postaci artykułów spożywczych. Powiedziała, że jestem takim "prawdziwym pastorem", bo dbam o dobro swoich parafian. Byłem bardzo zaskoczony, bo ta pani rzeczywiście wczoraj otrzymała taką pomoc, ale nie z mojej strony. Artykuły spożywcze pochodziły od misji norweskiej, która działa tutaj w Berdiańsku i zaproponowała pomoc naszej parafii. Ja nie miałem z tym nic wspólnego. To wydarzenie dotknęło mojej słabej struny, było mi przykro. Czasami rzeczywiście spotykam się z tym, że tutejsi ludzi oczekują ode mnie pomocy materialnej. Jestem przecież z zachodu. Powinienem zadbać o lepszą sytuację materialną parafii i parafian. Ja zaś tego nie robię lub tylko w niewielkim stopniu. Czyżbym nie był zatem "prawdziwym pastorem", który dba o dobro swoich parafian? Czy troska o dobro duchowe to za mało?!

środa, 6 stycznia 2010

Święto Epifanii

W Polsce dziś miała miejsce wielka uroczystość konsekracji nowego biskupa ks. Jerzego Samca, któremu życzymy Bożego prowadzenia i mądrości w sprawowaniu nowej funkcji. W Berdiańsku natomiast odbyło się nabożeństwo połączone z programem dla dzieci i rozdaniem paczek przygotowanych podczas akcji "Prezent pod choinkę". Dziś miały być rozdzielone podarki dzieciom związanym bezpośrednio i pośrednio z parafią. 16 stycznia natomiast reszta przywiezionych do Berdiańska paczek trafi do rąk podopiecznych miejscowego Caritas.
Nie było nas dzisiaj zbyt wielu, ale i tak więcej niż zazwyczaj w środy. Cieszyliśmy się jednak z przybycia choćby tych kilku dzieciaków i naszych parafian. Było to miłe i radosne spotkanie. Śpiewaliśmy kolędy - tym razem nie tylko po niemiecku, jak to zwykle bywa na tutejszych nabożeństwach, ale, ze względu na dzieci, również po rosyjsku i ukraińsku. Okazuje się bowiem, że wiele polskich kolęd zostało przetłumaczonych na te języki. Są tutaj również piękne rodzime kolędy. Wiesiek przy użyciu flanelografu opowiedział historię przybycia mędrców ze wschodu. Przypomniał przy tym, że dzieciątko Jezus jest wielkim darem dla każdego człowieka i zachęcał do odwzajemnienia się Mu prezentem w postaci miłości do Niego. Przypuszczam, że "kazania" w tej formie dorośli jeszcze nie słyszeli. Każde z obecnych dzieci otrzymało prezent. Potem wszyscy usiedliśmy przy torcie, ciasteczkach i herbatce i miło spędziliśmy razem kilka chwil.
Po dzisiejszym spotkaniu jesteśmy zachęceni do kolejnych. Prosimy o modlitwę o mądrość dla nas w planowaniu i przygotowaniu oferty spotkań dla dzieci w nowym roku.

wtorek, 5 stycznia 2010

Trochę jak na urodzinach

Dziś przygotowywaliśmy się do jutrzejszego popołudniowego spotkania na parafii, podczas którego będą rozdane "Prezenty pod choinkę". Ma być trochę jak na urodzinach - prezenty, tort, bożonarodzeniowa opowieść związana z podarunkami, kartki z życzeniami i pieśni na cześć Solenizanta. Naprawdę jesteśmy ciekawi, czy ktoś z dzieciaków się pojawi. Zobaczymy.
A jutro prawosławna Wigilia. Będą to chyba białe święta, bo dziś nieco śnieg zabielił ulice. Mamy nadzieję, że uda nam się spróbować prawdziwej ukraińskiej kutii - tradycyjnego bożonarodzeniowego deseru z pszenicy, maku i bakalii.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Rozdajemy prezenty

Za dwa dni Święto Epifanii. Planujemy wieczorne nabożeństwo, na którym rozdamy prezenty z akcji "Prezent pod choinkę". Chcemy, żeby to spotkanie było interesujące dla dzieci, dlatego do opowiedzenia historii o mędrcach ze wschodu chcemy użyć flanelografu. Planujemy też jeszcze na inne sposoby urozmaicić to spotkanie. Tak naprawdę nie wiemy czego się spodziewać, ile dzieci zjawi się w kościele i jak to wszystko będzie wyglądać. Chcielibyśmy, żeby to spotkanie było pierwszym z cyklu spotkań dla dzieci i młodzieży. Wydaje się, że dzieci są tutaj mocno "poukrywane". Jest ich bardzo mało i większość z nich to nie dzieci "parafialne", ale z niemieckiego towarzystwa kulturalnego, to znaczy ich rodzice nie należą do parafii, ale do tego towarzystwa. O tym, że dzieci są jakoś związane z parafią, dowiedzieliśmy się dopiero w Wigilię, kiedy przyszły po prezenty. W najbliższych tygodniach chcielibyśmy zorganizować spotkania dla młodzieży i dzieci. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

niedziela, 3 stycznia 2010

Ach te śmieci...


Nieprzyjemny temat na początek roku, ale cóż... Poszedłem ostatnio z Maciusiem na spacer i kolejny raz się przeraziłem. Wszędzie pełno śmieci. Na trawnikach, na drodze, na chodnikach, w rowach. Tylko główny deptak tzw. ulica Lenina była w miarę posprzątana. Ulice do tego wszystkiego są tutaj zanieczyszczone przez kupy gnijących liści. Chyba nikt nie myśli o ich wywiezieniu.
Ukraińcy ciągle jeszcze nie nauczyli się utrzymywać porządku. Na porządku dziennym jest to, że przechodnie wyrzucają śmieci dookoła siebie zamiast do koszy. Nikt nie zastanawia się, że w ten sposób zanieczyszcza i czyni po prostu brzydkim otaczający świat. Wielu wychodzi z założenia, że są służby porządkujące i to one powinny wysprzątać miasto i podwórka. Myślę, że ludzie żyją tutaj ciągle w przeświadczeniu, że albo dana rzecz jest moja, albo "niczyja" i można ją zniszczyć (w tym przypadku zaśmiecić).
Mimo że w Polsce nie jest pod tym względem idealnie, to mam wrażenie, że ludzie bardziej się tym przejmują.

piątek, 1 stycznia 2010

W Nowym


Wszystkim czytelnikom naszego bloga
życzymy
Bożego błogosławieństwa i prowadzenia w każdym dniu Nowego 2010 Roku.
Niech dobry Bóg będzie waszym przewodnikiem.
Życzymy także wielu sił, sprawności i wytrwałości w zmaganiach z codziennością.