wtorek, 14 grudnia 2010

Dlaczego Wycliffe?

Historia, którą chcę dziś opisać dotyczy tego, w jaki sposób bliżej zainteresowałem się Misją Wycliffa. Cała historia zdarzyła się jeszcze na studiach. Na trzecim roku Pan Bóg bardzo mocno wkroczył w moje życie, wyciągnął mnie z wielkiego bagna, w jakim wtedy byłem (ale o tym kiedy indziej). Wtedy też zastanawiałem się, czy kontynuować w ogóle studia teologiczne. Pan Bóg wlał w moje serce Swój pokój i pewność, że to są rzeczywiście te studia, na których chce żebym został. Wtedy też pojawiło się we mnie przeczucie, że może jednak misja zagraniczna. W pewnym momencie na lodówce w akademiku znalazłem kartkę w języku niemieckim. Coś wewnętrznie mi mówiło, że to jest "coś dla mnie". Nierozumiałem o co chodzi na tej kartce, więc poprosiłem kolegę o przetłumaczenie. To był list modlitewny Misjii Wycliffa.
Dwa lata później pojechałem do Anglii do siedziby tej misji, żeby pracować tam jako wolontariusz. Przpracowałem tam rok. W tym czasie wiele dowiedziałem się o pracy misyjnej. Wziołem udział w kursie orientacyjnym WOW (Window on Wycliffe). Gdzieś głęboko pojawiło się pragnienie pracy tłumaczeniowej. Przez różne doświadczenia Pan Bóg ciągle na nowo przywracał i przywraca pragnienie takiej pracy.
Cóż, teraz jestem w Wiśle, ale to pragnienie nie zniknęło. Jeśli Pan Bóg da chciałbym rozpocząć w przyszłym roku proces aplikacyjny i szkolenia lingwistyczne.
Wierzę, że najlepiej być tam gdzie posyła nas Pan Bóg i robić to, co jest zgodne z Jego wolą.

piątek, 10 grudnia 2010

Tęsknota za sobą...

Czy można tęsknić za sobą? Nie wiem, ja jednak ostatnio tęsknię za przestrzenią, w której mógłbym być sobą. Nie księdzem Wiesławem Łyżbickim lub wikariuszem W.Ł. ale po prostu sobą. Praca i służba tak bardzo zdominowała moje życie, że trudno mi odkryć tą inną, normalną przestrzeń. Nawet jak idę po ulicy, to mam wrażenie, że nie idzie WŁ, ale ks. W.Ł., na którym spoczywa odpowiedzialność bycia księdzem, bycia takim, a nie innym. Cóż, to mi ciąży, trochę. Ale to jest bardziej we mnie niż na zewnątrz. Jak odnaleźć się w tym wszystkim. Chyba się duszę. Jestem czasami na przekór temu kim miałbym być zagubiony, człowiekiem o małej wierze. Potrzebuję przestrzeni i społeczności, gdzie mógłbym być sobą to znaczy W.Ł., który też potrzebuje się karmić i brać od innych, osobą, która wcale nie posiada odpowiedzi na wszystkie pytania.
Myślę, że ksiądz jest taką postacią mityczną, wyrazem ludzkich tęsknot za świętością. Ma być inny, bo ludzie tak bardzo pogrążeni są w profanum, że potrzebują ucieleśnienia sacrum. Ale nie ksiądz jest owym ucieleśnieniem sacrum, ale tylko Chrystus. Cóż może ludzie potrzebują pośredników, bo boją się i nie chcą poddać się w zupełności Bogu?
Co Wy o tym myślicie?

czwartek, 9 grudnia 2010

Pracowicie

Dziś kolejny dzień pracy. Dziękuję Panu Bogu za tę możliwość. W Berdiańsku miałem trochę pracy. Samo życie tam nie było proste i kosztowało sporo wysiłku, ale było więcej czasu wolnego. Teraz tego czasu w zasadzie nie ma, albo jest bardzo mało. Czasami jestem bardzo padnięty. Cieszy mnie jednak ta praca. Kiedyś na studiach byłem pracoholikiem. Teraz muszę nim trochę być. Mam nadzieję, że jakoś uda mi się to pogodzić z bycie mężem i ojcem.
Dla mnie niesamowite jest spotykać innych ludzi. Każdy ma swój świat. Każdy jest inny. Cieszę się, jeśli dają mi coś z tego ich świata. Fajnie tak odkrywać innego człowieka. Lubię pracę duszpasterską. To znaczy bycie z drugim człowiekiem. Ostatnio cenię to bardziej niż pracę kaznodziejską.
Miałem dziś 8 godzin z licealistami. To daje mi bardzo dużo satysfakcji. Muszę się sporo uczyć, ale fajnie pracować z młodzieżą. Cieszy mnie najbardziej, kiedy są aktywni, nawet jeśli się miedzy sobą pokłócą. Męczy mnie natomiast gdy są bierni. Dziś wspólnie gadaliśmy o wstydzie i odwadze bycia sobą. Bardzo przydaje mi się wiedza i umiejętności zdobyte na kursie duszpasterskim.
Idę zaraz na godzinę biblijną. Znów będę proszony o komentarz. Mam nadzieję, że będę mógł powiedzieć COŚ. Chciałbym, żeby nie była to tylko moja mądrość, ale ta z góry na stosowną porę.

środa, 8 grudnia 2010

Żeby być jakimś...

Po wielu tygodniach milczenia postanowiłem coś napisać, a może nawet "reaktywować" bloga. Jesteśmy już w Polsce. Ale chęć wejścia i pogłębienia relacji z innymi, z Wami, którzy czytacie naszego bloga, pcha mnie do pisania. Podobno pogłębić relację można tylko przez samoobjawienie tzn. odkrycie czegoś z siebie i pokazanie tego innym. Cóż, spróbuję.
Od jakiegoś czasu biorę udział w kursie duszpasterskim. To pomaga mi lepiej zrozumieć samego siebie i otaczający świat. Chyba cały czas odkrywam, jak bardzo ważne w naszym życiu są emocje. Niestety wielu chrześcijan stara się je zwalczać. Podobno rozum górą. Czy aby napewno? Czy musimy te dwie płaszczyzny wzajemnie sobie przeciwstawiać? Pan Bóg przecież stworzył nas z naszymi emocjami. One nie są przekleństwem, ale często drogowskazem do odkrycia siebie i Boga. Ot, choćby poczucie wstydu i winy. Czy nie wskazują nam na potrzebę Bożego przebaczenia?
Najgorzej to już chyba jest z uczuciem gniewu, uważanych przez wielu za negatywne i "niechrześcijańskie". Chrześcijanin to powinien być cichy i uległy, bez gniewu znoszący wszystko i wszystkich. Czy aby napewno?
Czy Chrystus, który był w 100% człowiekiem, nie odczuwał gniewu? A co Go pchnęło do tego, żeby wywołać taką sensację i poruszenie w świątyni? Czy wypędzenie kupców nie było w oczach współczesnych aferą? Myślę sobie, że to był odważny mężczyzna (żeby nie powiedzieć facet). A my, czy nie usuwamy tego wizerunku z naszego obrazu Mistrza? Pan Bóg dał nam też uczucie gniewu, żeby on nas chronił. Chociażby przed ludźmi, którzy chcą nam odebrać wolność i nami zawładnąć.
Cóż, ciekawy jestem co o tym myślicie?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Idzie nowe

Dziś Wiesiek poprowadzi swoje pierwsze nabożeństwo w nowej parafii - Wiśle Centrum. Czas zatem definitywnie zakończyć "okres ukraiński". Co prawda nasze rzeczy ciągle jeszcze są na Ukrainie, nadal więc czekamy na ich przewiezienie i przeprowadzkę do Wisły, jednakże już koncentrujemy się na życiu i służbie w nowym miejscu.
Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali i zaglądali na tego bloga. Zawieszamy go do czasu, gdy gdzieś kiedyś znów znajdziemy się poza granicami naszego kraju. Póki co zapraszamy do odwiedzenia nas w Wiśle.

piątek, 15 października 2010

Skończyło się

Na dobre, naprawdę, definitywnie skończył się nasz czas w Berdiańsku. Jeszcze zostały tam tylko nasze rzeczy, które wkrótce zamierzamy przywieźć do kraju. I parafianie, z którymi przyszło nam się żegnać. 10 października odbyło się końcowe nabożeństwo w Berdiańsku, wcześniej, 3 października, pożegnaliśmy parafię w Zaporożu.
Aktualnie jesteśmy w drodze do Polski, bo nieco nam się ta podróż przedłużyła ze względu na problemy na granicy. Ale Maciuś ma już nowy paszport i tym razem powinniśmy przekroczyć granicę bez większych problemów.
Od 1 listopada będziemy służyć w jednej z parafii w Polsce. Dziś dopiero ma być podjęta ostateczna decyzja dotycząca miejsca naszej przyszłej służby, więc jeszcze niczego nie zdradzamy. Póki co przesyłamy serdeczne i słoneczne pozdrowienia z Lwowa. 

piątek, 10 września 2010

Znamy datę

Wiadomość z ostatniej chwili.
Dokładnie miesiąc dzieli nas od nabożeństwa kończącego naszą służbę na Ukrainie.10 października zaplanowano pożegnanie w parafii w Berdiańsku. Możemy więc już zacząć odliczać dni do wyjazdu, planować przeprowadzkę i powoli rozpoczynać pakowanie.
W międzyczasie czeka nas jeszcze wizyta ks. Gerda Sandera (w przyszłym tygodniu), nabożeństwo pożegnalne w Zaporożu (nie ma jeszcze ustalonej daty) oraz wyjazd Wieśka do Odessy na podsumowującą rozmowę o jego 3-letniej służbie w Niemieckim Ewangelicko-Luterańskim Kościele Ukrainy.
Prosimy bardzo o wsparcie modlitewne tych wszystkich spraw i modlitwę o błogosławieństwo naszego ostatniego miesiąca pobytu na Ukrainie.

środa, 1 września 2010

Plażowanie na zakończenie

Wczoraj udało nam się miło zakończyć wakacje. Wraz z Żaną, naszą parafianką, i Nataszą, młodą dziewczyną, która przychodzi na spotkania stowarzyszenia niemieckiego, wybraliśmy się na plażę. Szczególnie Maciek bardzo się cieszył, bo on wprost przepada za wodą. Taka ogromna piaskownica też zresztą jest niczego sobie. Co prawda zbyt długo nie posiedzieliśmy i za dużo nie popływaliśmy, bo tworzyły się fale i wiał wiatr, ale i tak było fajnie. Lubimy spotykać się z dziewczynami i zawsze miło spędzamy wspólnie czas, zwykle jednak gramy w różne gry planszowe. Takie spotkania to też okazja do rozmów o ich codziennym życiu.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Koniec wakacji

W Berdiańsku ciągle lato, choć wakacje również i tutaj się kończą. Trwają od 1 czerwca, więc najwyższa na to pora. Kurort powoli pustoszeje, coraz mniej wczasowiczów, a w sklepach półki uginają się pod stosami zeszytów, piórników, ołówków i szkolnych mundurków.

Poza tym życie płynie swoim letnim rytmem. Cieszymy się piękną, słoneczną pogodą. Choć noce już nie są takie ciepłe jak wcześniej, to w ciągu dnia ciągle jest jeszcze około 27 stopni. To dla nas wielka frajda, bo my ogólnie ciepłolubni jesteśmy. Tym goręcej nam się robi na duszy, gdy co rusz docierają do nas wieści o polskim "lecie" z jego mrożącymi krew w żyłach niskimi temperaturami. Oj, będzie nam tego berdiańskiego lata bardzo brakować.
Maciek już dawno wyzdrowiał. Mnie zajęło to nieco więcej czasu, bo uporczywy kaszel towarzyszył mi przez kilka tygodni. Już przestałam kaszleć, ale ciągle jednak jeszcze coś "drapie mnie w gardle". No cóż, może to rzeczywiście ma jakiś związek z naszą domową "uprawą" - wszechobecną pleśnią. Dom jest stary, niepodpiwniczony, więc grzyb wszedł w ściany i mimo ciągłego wietrzenia nie chce odpuścić.
Parafialne życie płynie swoim niedzielno-środowym rytmem. Na niedzielnych zajęciach konfirmacyjnych, odbywających się po nabożeństwie (do konfirmacji przygotowują się dwie panie) Wiesiek prowadzi teraz tematy dotyczące modlitwy "Ojcze nasz". Na temat modlitwy więc zrobiliśmy też kolejną gazetkę ścienną. Ostatnio całą rodziną odwiedziliśmy też jedną z parafianek. To starsza pani, która jeszcze do niedawna była lektorem w tutejszej parafii (prowadziła nabożeństwa pod nieobecność księdza). W lipcu jednak została "zdetronizowana". Długotrwała i ciągle powiększająca się niechęć do niej części parafian oraz różnica zdań dotycząca pewnych spraw parafialnych, która pojawiła się podczas ostatniego zgromadzenia parafialnego między panią lektor a innymi osobami, doprowadziła do ostrego konfliktu. W związku z tym obecnie pani ta nawet nie może przychodzić na nabożeństwa. Chcieliśmy w jakiś sposób ją pocieszyć. Wiesiek poprowadził też nabożeństwo komunijne. Również dla nas jest to trudna sprawa, ale mamy nadzieję, że jakoś się to ułoży. Ale w odwiedzinach u pani lektor było też wesoło, bo Maciek wniósł do tego domu sporo radości swoimi psotami. Otwierał półki, wchodził na krzesła, zaprzyjaźniał się z kotami i dawał psu do zrozumienia, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Taki nasz ruchliwy, wesoły chłopak.
Niestety na dowód tego zdjęć brak, bo aparat nam zastrajkował i odmówił współpracy. Mamy, chyba złudną, nadzieję, że jakoś sam się naprawi albo będziemy musieli poczekać do przyjazdu do Polski.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Chorujemy

Jest wieczór a za oknem 30 stopni ciepła. Ja jednak zakładam dresową bluzę, bo trzęsę się z zimna. Za chwilę ściągam to, co na siebie włożyłam. Gorączka daje znać o sobie. Leczę się już właściwie trzeci tydzień. Już była poprawa, a tu znowu nawrót. I do tego jeszcze okrutnie bolą mnie stawy.
Maciuś też jest chory od dobrych kilku dni. Skumulowało się u niego sporo symptomów - gorączka (która dzięki Bogu już minęła), katar, kaszel, biegunka, wysypka... Ech, dużo tego. No i jeszcze zęby trzonowe pchają się na światło dzienne, co chyba też daje mu "popalić". Maciek przeziębił się już w Polsce, potem (wydawało się) wydobrzał, a tu znów go dopadło. Najpewniej zaraził się od swojej mamy. Ach, a tak bardzo chciałoby się skorzystać z morskich kąpieli przy tych upałach. Woda bardzo ciepła i jakby czystsza w tym roku zaprasza do skorzystania. Nasz synek aż trzęsie się z radości i podekscytowania na jej widok. Póki co jednak musi obejść się smakiem.
Jakby tego było mało również Wojtka, kuzyna Maćka, który gości u nas przez lato, zaatakowała dzisiaj gorączka. Czekamy więc z utęsknieniem na przyjazd z Kijowa Wieśka i jego mamy. Wiesiek bowiem pojechał odwieźć swoją siostrę i jej córkę do Kijowa na samolot, a przywieźć swoją mamę. Tego lata bowiem znów cieszymy się wypełnionym ludźmi domem.

piątek, 23 lipca 2010

Temat marginalizowany

Czytałem ostatnio książkę J. i G. Benge „William Carey. Muszę jechać”. Bardzo ciekawe były losy tego baptystycznego pastora, który pracował jako misjonarz w Indiach. To jednak co najbardziej mnie zaciekawiło, to myślenie chrześcijan w osiemnastym wieku. Większość ówczesnych chrześcijan (w tym pastorów) uważała, że Jezus dał zadanie dzielenia się Ewangelią swoim dwunastu uczniom, a gdy oni zmarli, ono także się skończyło. Sądzili, że nikt nie ma obowiązku dzielenia się swoją wiarą, a zwłaszcza nie na obszarach niebezpiecznych i nieznanych. Wielu chrześcijan mówiło nawet, że Bóg, jeżeli zechce, by poganie w dalekich krajach usłyszeli Ewangelię, ogłosi im ją sam, bez żadnej ludzkiej pomocy – jest przecież wszechmogący.
Cóż, w ten sposób myśleli ludzie w osiemnastym wieku. Czy jednak na takie myślenie może pozwolić sobie chrześcijanin w XXI wieku? Niestety wydaje mi się, że takie myślenie jest bliskie również wielu luteranom w Polsce. Nie chciałbym osądzać i być za bardzo krytyczny, taki wniosek jest jednak wynikiem moich doświadczeń i rozmów z wieloma ludźmi.
Wielu uważa, że wyjazd misyjny to wymysł jednostek, a nie zadanie, do którego Bóg powołuje cały Kościół. Oczywiście nie jestem zdania, że każdy chrześcijanin ma wyjechać na misję. Jestem przekonany jednak, że luteranie w Polsce powinni częściej patrzeć poza horyzont granic swojego Kościoła i kraju. Spotykam się niestety z myśleniem, że najpierw trzeba zadbać o potrzeby swojego Kościoła a potem myśleć o pracy za granicą – nie jesteśmy przecież bogaci, ciągle borykamy się z problemami u siebie. Tak, to prawda, że mamy wiele pracy u siebie, ale czy kiedykolwiek będziemy w sytuacji bez problemów i potrzeb? To, że mamy potrzeby u kraju nie znaczy, że nie mamy brać poważnie wezwania: będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi (Dz 1,8). Uważam, że zbyt małą wagę przywiązuje się do tematu misji zagranicznej. Temat ten jest marginalizowany. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że my luteranie nie zajmujemy się misją zagraniczną, bo to temat dla baptystów lub innych Kościołów wolnych.
Cóż, jest to przykre, że wielu ludzi myśli w ten sposób. Nie chciałbym jednak generalizować, bo rzeczywiście jest grupa osób w naszym Kościele, której bliski jest temat misji. Dziękujemy też Panu Bogu za osoby, które wspierają nas w służbie. Ponieważ są to dopiero początki zaangażowania misyjnego naszego Kościoła w powojennej historii, wierzę, że z czasem zmieni się myślenie wielu. Mam nadzieję, że ta dziedzina służby Kościoła będzie się rozwijać.
Ja na polu misyjnym odkrywam, jak ważne jest wsparcie innych chrześcijan w kraju. Misja nie jest moim wymysłem, ale posłuszeństwem Bożemu powołaniu. To co robię to nie moja misja, ale misja Kościoła. W książce Neal Pirolo „Jak wspierać misjonarzy?” znalazłem ciekawe porównanie misji do wojny: „W wojnach światowych za każdą osobą walczącą na froncie stoi dziewięć innych wspierających ją na tak zwanej linii łączności. Jak zatem możemy oczekiwać wygrania tej walki (walki duchowej na polu misyjnym) przy mniejszych niż tamte proporcjach? Bóg nie szuka Samotnych Jeźdźców czy Supergwiazd; On powołuje armię – żołnierzy Krzyża”.
W związku z powyższymi przemyśleniami mam nadzieję, że jeśli w przyszłości z żoną będziemy zaangażowani w ten rodzaj służby, uda nam się zebrać jeszcze większą grupę chrześcijan, którzy będą nas wspierać i czuć się odpowiedzialni za zadanie misyjne, do którego powołał nas Jezus.

wtorek, 20 lipca 2010

Misyjne refleksje

Podczas konferencji misyjnej w lutym spotkaliśmy Michała i Agnieszkę Domagałów. To misjonarze, którzy zajmowali się tłumaczeniem Nowego Testamentu na język chakaski na Syberii. Kiedy mówiliśmy im o naszych planach pracy z Wycliffem, powiedzieli coś, co zapamiętałem: „Macie jeszcze ponad pół roku służby na Ukrainie, doświadczajcie jak najwięcej z życia w obcej kulturze. To dobre przygotowanie do pracy z Wycliffem”. Cóż, my jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy pracować w przyszłości, nie znamy ani kraju ani kontynentu. Wierzę jednak, że nasz pobyt na Ukrainie to dobre przygotowanie do przyszłej służby. Doświadczamy bardzo różnych rzeczy i ciągle się czegoś uczymy. Ja na przykład uczę się sporo o sobie – poznaję przede wszystkim moje słabości. Kiedy wyjeżdżałem na Ukrainę, to traktowałem ten wyjazd jako duże wyzwanie. Byłem przekonany, że do tego wyjazdu powołuje mnie Pan Bóg. Mimo to moja postawa nie była „duchowo zdrowa”. Byłem za bardzo przekonany o swoich możliwościach i zdolnościach. Przez różne bardzo przykre doświadczenia Bóg uczy mnie pokory. Dziś widzę różne niebezpieczeństwa, z którymi może wiązać się wyjazd misyjny. Widzę również bardziej wyraźnie swoje ograniczenia, swoją małość. Dalej jestem przekonany, że Bóg powołuje nas do pracy misyjnej w obcej kulturze, dziś jednak nie traktuję tego jak możliwości, żeby sprawdzić swoje siły. Chcę "iść" tylko dlatego, że Bóg mnie do tego powołuje. Boję się też tego wyjazdu - samotności w obcej kulturze, niebezpieczeństw czyhających na życie mojej rodziny, niewiadomych, które kryją się za zakrętem. Dalej jestem jednak przekonany, że najbardziej bezpieczne miejsce jest w centrum Bożej woli, to znaczy tam gdzie powołuje nas Pan Bóg.

czwartek, 15 lipca 2010

Mniej TE

Zdjęcie ze spotkania misyjnego nt. pracy na Ukrainie podczas TE Dzięgielów

Jakież to dziwne. W tym roku byliśmy w Polsce w czasie Tygodnia Ewangelizacyjnego w Dzięgielowie, a z programu skorzystaliśmy mniej niż w zeszłym. Złożyło się na to wiele. Bo jak zawsze w czasie naszych krótkich pobytów w kraju mamy sporo do załatwienia np. wizyty lekarskie, spotkania do odbycia, zakupy, inne drobne sprawy. Albo po prostu chcemy pobyć w naszych rodzinnych domach i cieszyć się tym czasem, w którym nie trzeba się zastanawiać nad sformułowaniem zdania (jakoś polski przychodzi nam ciągle jeszcze łatwiej niż rosyjski), pośpiesznie mijać zaśmieconych, nieprzyjemnych ulic i zaułków (bo takich już niewiele jest w Polsce w porównaniu z Ukrainą) i nie ograniczać się w podjadaniu Maciusiowi kukurydzianych chrupek, bo są w każdej chwili dostępne w sklepie. Tym razem jednak nasz synek się przeziębił, więc przynajmniej przez jakiś czas trzeba było pobyć w domu. A już w piątek rano ruszaliśmy na Ukrainę.
W zeszłym roku natomiast nasz noworodek sporo spał popołudniami, a my w tym czasie włączaliśmy transmisję internetową spotkań ewangelizacyjnych i słuchaliśmy. Jednakże nawet "wpadnięcie" na chwilę do Dzięgielowa podczas TE ma jedną zdecydowaną przewagę nad internetową transmisją - można spotkać dawno niewidzianych znajomych. A to jest to, czego nam tutaj bardzo brakuje.

wtorek, 13 lipca 2010

Znów w domu


W sobotę wróciliśmy z Polski. Przyjechaliśmy wraz z moją siostrą Moniką i jej dziećmi – Wojtkiem (13 lat) i Anią (6 lat). Podróż była ciężka, zwłaszcza dla dzieci. Nasz Maciuś jest coraz bardziej ruchliwy i nie chce już grzecznie (tzn. bezczynnie) siedzieć i długo spać na kolanach mamusi. Na lotnisku mieliśmy nerwowe przeżycie, bo zapomnieliśmy odebrać wózek. Zabraliśmy sporo bagaży, a dodatkowo wózka nie widzieliśmy na taśmie bagażowej i tak jakoś o nim zapomnieliśmy. Przypomnieliśmy sobie dopiero siedząc w autobusie jadącym na dworzec kolejowy. Musieliśmy wracać. Baliśmy się, że odzyskanie tej zguby nie będzie takie łatwe, ale nie było tak ciężko. Okazało się, że ludzie zapominają sporo bagaży. Pan, który zajmuje się tymi zapomnianymi i zgubionymi bagażami zaproponował nam nawet, żebyśmy wybrali sobie ze składu lepszy model. Haha. Cóż, ten nasz nam w zupełności wystarczy. Potem czekała nas całonocna podróż do Zaporoża. W pociągu było bardzo ciepło. Rano jeszcze 200 km spędziliśmy w autobusie. Tutaj też pojawiły się problemy. Brakowało miejsc w autobusach do Berdiańska. Musieliśmy czekać ok. 1,5 godziny, a potem jeszcze siedzieliśmy na własnych bagażach (tzn. Wojtek i ja). Jakoś przeżyliśmy i dotarliśmy do domu.
Sobotnie popołudnie też było dla nas dość trudne z różnych powodów. Po pierwsze w naszym mieszkaniu zadomowiły się pchły. Kota nie było, więc stwierdziły, że ludzka krew też się nada. Musieliśmy z nimi walczyć, ale dość szybko zniknęły.
Kolejnym bolesnym wydarzeniem był mój wypadek na rowerze. Jadąc z obiadem – smaczną pizzą – do domu, nie zauważyłem wielkiej dziury na drodze i do niej wjechałem. Jechałem główną drogą, więc nie spodziewałem się takiej przykrej niespodzianki. Cóż, jestem mocno obdarty i posiniaczony. Mogę się tylko cieszyć, że nie stało się nic gorszego.
Późne popołudnie też nie było przyjemne. Uczestniczyłem w spotkaniu rady parafialnej i dowiedziałem się o kolejnym konflikcie w parafii. Niestety z napięciami i konfliktami musiałem się zmagać cały czas podczas swojego pobytu na Ukrainie. One mnie bardzo smucą i sprawiają, że czuję się bezsilny. Ostatni konflikt dotyczy pani lektor naszej parafii. Podczas mojego pobytu w Polsce ludzie zebrali podpisy pod listem do biskupa, żeby pozbawić jej funkcji lektora i wykluczyć z parafii. Ja nie jestem w ten konflikt zaangażowany, ale jako pastor jest mi ciężko ten konflikt rozwiązać. Kolejny raz zwyciężyła nienawiść, strach i kłamstwo. Cóż, pozostaje mi tylko zapłakać nad ludzką grzesznością i zawołać: Panie zmiłuj się!
Były problemy, ale jest też sporo radości z faktu, że jesteśmy w końcu w domu. Mimo wszystko nie ma jak w domu.

sobota, 3 lipca 2010

Zapraszamy we wtorkowe popołudnie

W czasie Tygodnia Ewangelizacyjnego w ramach programu popołudniowego poprowadzimy spotkanie pt.:

Misja jako szkoła miłości


Czego można nauczyć się o Bogu, sobie samym i miłości, pracując w kraju za wschodnią granicą? Z jakimi radościami, wyzwaniami i problemami styka się na co dzień misjonarz? Czyli o tym, że misjonarz to normalny człowiek, który ciągle musi uczyć się miłości. 

Zapraszamy we wtorek, 6 lipca na godzinę 14.00 do strażnicy OSP w Dzięgielowie.

piątek, 2 lipca 2010

Miło wpaść na chwilę

Nie sądziłam, że aż tak ucieszy mnie ten widok. Nie chodzi jednak tylko o to, że miło wpaść na chwilę do kraju po 4 miesiącach przerwy. Po prostu podróż z Berdiańska na południe Polski samochodem jest długa i mecząca, a przekroczenie ukraińsko-polskiej, a może raczej ukraińsko-unijnej granicy zwiastuje coraz bliższy koniec podróży.
Trochę zaskoczył mnie kontrast pomiędzy Ukrainą a Polską. Oczywiście, wiadomo, że różnica poziomu życia, kultury codzienności jest znaczna. Jadąc jednak przez tereny Rzeszowszczyzny, okolic Tarnowa, Krakowa miałam wrażenie, że ta przepaść z roku na rok jest coraz większa. Coraz więcej "Europy" w Polsce. 
Nasza trasa była podzielona na trzy krótsze odcinki. Najpierw (wtorek, 22.06) jechaliśmy do Odessy, gdzie Wiesiek prowadził zajęcia na temat modlitwy podczas Podstawowego Kursu Biblijno-Teologicznego. Składa się on z kilku sesji. W tej uczestniczyło zaledwie 5 osób. Kurs rozpoczynało 15 ludzi, ale po drodze sporo się wykruszyło. Wieśkowi tak mała liczba uczestników jednak nie przeszkadzała. Zajęcia sprawiły mu sporo satysfakcji, bo nauczanie to jedna z rzeczy, które lubi robić. Przed wykładami obawiał się nieco, czy da radę prowadzić je po rosyjsku, ale rozmowa z uczestnikami upewniła go w tym, że jego poziom znajomości języka jest zadowalający, w każdym bądź razie może się porozumieć. Zresztą Wiesiek poświęcił sporo czasu na przygotowania i to najwyraźniej przyniosło efekty.
Na zdjęciu Wiesiek z uczestnikami kursu podczas modlitwy porannej w nowo odrestaurowanym odeskim kościele

W piątek rano (25.06) ruszyliśmy w dalszą drogę.Wyznaczyliśmy sobie ambitny cel - dotarcie do Lwowa, co, proszę mi wierzyć, na ukraińskich drogach i z małym dzieckiem w samochodzie nie jest proste. Udało się jednak dzięki dobrej współpracy wszystkich uczestników wyprawy. Mieliśmy w związku z tym okazję i przywilej ponownego spotkania z misjonarzami Miriam i Tomaszem Chmielami, którzy pracują z młodzieżą we Lwowie. Dzięki ich uprzejmości mogliśmy skorzystać z noclegu w ich domu i nieco odpocząć.
W sobotę do południa ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzięki obecności Maciusia w samochodzie i Wieśkowi, który rozmawiał z celnikami, szybko przepuszczono nas przez granicę. Cała odprawa trwała zaledwie 35 minut. Droga przez Polskę nie była najłatwiejsza ze względu na ciągłe ograniczenia prędkości, roboty drogowe, a także zmęczenie Maćka. W końcu nasza fantazja w wymyślaniu i podtykaniu synkowi coraz to nowych zabawek też miała swoje granice. Wieczorem dotarliśmy jednak cali i zdrowi do domu, za co jesteśmy Panu Bogu bardzo wdzięczni.

Ten tydzień biegnie pod znakiem konferencji duchownych i kolejnej sesji Instytutu Pastoralnego, w których Wiesiek bierze udział, oraz urodzin Maciusia, który 30 czerwca skończył pierwszy rok życia. W przyszłym tygodniu natomiast będziemy w miarę możliwości zaglądać na Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie. Wracamy jednak jeszcze przed jego zakończeniem - 9 lipca.

niedziela, 20 czerwca 2010

Między Krymem a Odessą

Na Krymie jest pięknie. Z żalem wracaliśmy do Berdiańska po naszym tygodniowym urlopie. To prawdziwy półwysep rozmaitości. Właściwie każdy znajdzie tam coś dla siebie. Wylegiwanie się na plaży? Proszę bardzo. Góry? Do wyboru, do koloru. Jaskinie? Jest ich tam całkiem sporo. Zabytki? Bardzo różnorodne. Nurkowanie? Konne przejażdżki? Wycieczki dżipem, pojazdem latającym wszelkim, statkiem... To wszystko tam jest. No i na dodatek pogoda praktycznie murowana. W każdym bądź razie polecamy. Ale o tym może więcej innym razem.
Przyjechaliśmy na zaledwie dwa dni do domu, by się przepakować i ruszyć dalej, do Odessy, gdzie Wiesiek w najbliższą środę i czwartek będzie prowadził wykłady. Stamtąd czeka nas długa droga na południe Polski.
Za nami też niedzielne nabożeństwo i spotkanie Zgromadzenia Parafialnego w Berdiańsku, które wybrało dziś nowego przedstawiciela do Synodu. Prosimy, módlcie się o tę osobę, by mądrze decydowała w sprawach dotyczących funkcjonowania tego Kościoła. Pamiętajcie też o nas, o wykładach Wieśka i wielu kilometrach, które mamy do pokonania.

niedziela, 6 czerwca 2010

Pakujemy się

Trwa wielkie pakowanie. Jutro bladym świtem zamierzamy wyruszyć na Krym. Od 7 do 10 czerwca potrwa tam pastorska konferencja z rodzinami. Po tych kilku dniach chcemy jeszcze wydłużyć nasz pobyt o tydzień urlopu i zwiedzić ten piękny i niezwykle urozmaicony półwysep. Mamy nadzieję, że wyjazd się uda i że dla Maciusia też będą to wakacje, a nie udręka. Sami jesteśmy ciekawi tego czasu.
W związku z tym przez ten czas nie będziemy aktywni na blogu. Pozdrawiamy z ciepłego i słonecznego południa Ukrainy.

czwartek, 3 czerwca 2010

Z wizytą

A właściwie po wizycie ks. Gerda Sandera. Gościł w Berdiańsku przez 2 dni. Przyjeżdża tu głównie w związku z remontem odzyskanego budynku kościelnego, na który zbiera w Niemczech fundusze. Po raz drugi mieliśmy miłą okazję przyjmować go u nas w domu. I oczywiście, jak to zwykle podczas tych odwiedzin, szczególnie między panami - naszym gościem i moim mężem - trwała niekończąca, wydawałoby się, rozmowa o Kościele. No bo przecież o czym mogliby rozmawiać dwaj księża ;) Głównie rozmawiano o parafii w Zaporożu, ponieważ przechodzi ona przez pewne problemy, ale o tym może przy innej okazji. Poniżej umieszczam jedynie kilka "fotek", nie zajmując już Państwa zbędnym gadaniem.

Środowa modlitwa wieczorna - kaplica była prawie wypełniona. Przez dobrych kilka lat ks.Sander opiekował się berdiańską parafią i odwiedzał ją co jakiś czas. Parafianie więc chętnie się z nim spotkali. Poza tym nabożeństwo to odbywało się po spotkaniu rady parafialnej, która i na modlitwę stawiła się w komplecie.

Gestykulujący ks. Sander z tłumaczką, berdiańską parafianką, rodowitą Niemką

Maciej, przysłuchujący się kazaniu nowego "wujka". Początkowo, co prawda, ten postawny pan wywołał w naszym synu spory strach, ale w niedługim czasie nasz szkrab się do niego przekonał.

Deser do obiadu i na spotkanie rady parafialnej - akurat mamy tu truskawkowy sezon.

wtorek, 1 czerwca 2010

Zapracowany...

Dziś siedziałem prawie cały czas nad materiałami na seminarium, które wraz z kolegą, innym pastorem DELKU, będę prowadził od 22-25 czerwca w Odessie. Temat, który mam przygotować, dotyczy modlitwy (Psalmy i Ojcze Nasz). Mam łącznie 6 godzin zajęć. Przy okazji czytania różnych źródeł odkryłem wiele fajnych rzeczy dla siebie. Do niedzieli muszę się z tym uporać, bo w poniedziałek wyjeżdżamy całą rodzinką na Krym - na pastorska konferencję i krótki urlop.
Dziś wieczorem zaś przystąpiłem do wielkiego dzieła - obrabiania ryb. Zazwyczaj kupujemy 2 duże ryby (ok. 7 kg łącznie), czyścimy, pakujemy na porcje, a potem, kiedy trzeba, wyciągamy z zamrażarki.
Moja żonka całe popołudnie poświęciła na przygotowania do przyjęcia gościa. Jutro przyjeżdża do nas pastor Sander - niemiecki pastor, który opiekuje się kilkoma parafiami luterańskimi na wschodzie Ukrainy. Pewnie jutro większość czasu spędzimy na rozmowach. Będzie spotkanie rady parafialnej, wieczorna modlitwa i... nie wiem jeszcze co, ale będzie sporo pracy.
Niestety odkryliśmy dziś również, że nasze mieszkanie pokryte jest grzybem. To straszne, bo niedawno był generalny remont. Cóż, chyba przyjdzie parafii go sprzedać. Ale to już po naszym wyjeździe do Polski.

poniedziałek, 31 maja 2010

Sposób na milicjanta...

Milicji na Ukrainie jest pełno. Często czatują na potencjalną "ofiarę" w najmniej widocznych miejscach. Są zarówno "na trasie", jak i w mieście. Czasami mogą się przyczepić do byle głupoty i często czyhają na najmniejszą pomyłkę kierowcy.

Pamiętam, że kiedyś jechałem w odwiedziny do parafianki i zobaczyłem z daleka na rondzie samochód milicyjny. Oczywiście od razu stałem się bardziej czujny, żeby żadnej pomyłki nie popełnić. Wyjechałem z ronda i milicjant od razu zatrzymał mnie i samochód przede mną. Byłem bardzo zdziwiony, bo nie wydawało mi się, żebym naruszył jakiś przepis. Myliłem się. Milicjant wytłumaczył mi, że na rondzie są specjalne oznaczenia pasów ruchu, a ja przejechałem z jednego pasa na drugi nie w tym miejscu, co trzeba. Na szczęście tym razem mi się upiekło. Byłem w koloratce, a jak się dowiedziałem "świeścienników" (tzn. duchownych) nie karzą mandatami.
Podobne spotkanie miałem również kilka dni temu. Wracałem z odwiedzin od parafian. Byłem już jakieś 200 metrów od domu, kiedy na skrzyżowaniu zatrzymała mnie milicja. Jest ono dość ruchliwe. Światła zepsuły się jakiś czas temu i chyba nikt nie zamierza ich naprawić. Milicjant kierował ruchem na skrzyżowaniu, a obok znajdowała się cała grupa jego kolegów, czekająca na pomyłkę kierowcy. Jego znaki były dla mnie niezrozumiałe, inne niż te w Polsce. Wydaje się, że dla wielu kierowców nie są one zrozumiałe, bo od kilku dni milicja zgarnia swe ofiary. Zrobiłem błąd i zatrzymano mnie. Zostałem zaproszony do wozu milicyjnego, zabrano mi dokumenty i rozpoczęła się rozmowa, która wyglądała mniej więcej tak:
M: Za takie wykroczenie to będzie jakieś 550 hrn (ok. 300 zł).
Ja: Rozumiem
M: A pan, co powie?
Ja: Proszę robić co należy, ja nie znam się na tych procedurach.
M: Bo te 550 hrn, to takie minimum, maksimum to jakieś 650 hrn. To dużo pieniędzy. Ja mówię 550. A pan co powie?

Ja: (Ja doskonale wiedziałem, że milicja zarabia tutaj na łapówkach, ale starałem się nie dać do zrozumienia, że wiem, o co mu chodzi) Ja nie znam się na tych procedurach, proszę robić, co trzeba.
M: To dużo pieniędzy. A co pan powie? Jaka jest pana oferta?
Ja: Tak, dużo, to prawda.
M: No to na benzynę niech pan da, to nie będziemy tego pisać, bo to tak się tutaj robi.
Ja: Dobrze, tylko muszę zajść do domu po pieniądze (w portfelu miałem tylko 100 hrn i wiedziałem, że chodzi im zazwyczaj o jakieś 20 hrn)
M: To kiedy pan będzie?
Ja: Za chwileczkę. Mieszkam na tej ulicy.
M: Dobrze, to proszę się pośpieszyć.

Ja, troszkę zdenerwowany, postanowiłem powalczyć ze skorumpowanym milicjantem. Poszedłem rozmienić pieniądze i zabrałem z domu nasz duży aparat fotograficzny. Z Nikonem w ręku podchodzę do milicjanta, a ten od razu wręcza mi dokumenty i mówi: Proszę jechać i nie łamać na przyszłość przepisów.
Cóż, cała sytuacja rozbawiła mnie bardzo. Bawi do dziś, zwłaszcza, że cały czas jesteśmy narażeni na odgłos gwizdka milicjanta, dobiegający przez otwarte okno naszego mieszkania. Cóż, biedna milicja musi w jakiś sposób na siebie zarobić.

niedziela, 30 maja 2010

Co u nas?

Wprowadziliśmy trochę świeżości na blogu. Mam nadzieję, że nas zachęci to do bardziej regularnego pisania, a Was, drodzy czytelnicy, do zaglądania w te strony.
Co ostatnio u nas się dzieje? Wiesiek jest przede wszystkim zakopany w książkach i w Internecie. Ostatnio sporo pisał - krótkie rozważania do nowego wydania kwartalnika biblijnego "Blisko" oraz dwa kazania, które zostaną przesłane do wszystkich parafii kościoła, w którym pracujemy. Obecnie kazania są redagowane i korygowane, gdyż napisanie ich to dość długi proces - od tekstu w języku polskim, przez tłumaczenie internetowe do podwójnej korekty rosyjskojęzycznej.
W tym tygodniu przed Wieśkiem stoi spore zadanie - przygotowanie się do wykładów na temat modlitwy Ojczenasz i Psalmów, a ściślej skończenie pisania potrzebnych do nich materiałów. Dobrze więc, że nasz jedyny komputer został już pomyślnie naprawiony. Zajęcia będzie prowadził dla kilkunastoosobowej grupy osób pod koniec czerwca w Odessie. Udaje nam się jednak od czasu do czasu wybrać wieczorem na spacer czy plażę, bo pogoda i letnie temperatury bardzo do tego zachęcają.
Poza tym praca parafialna biegnie swoim torem - niedzielne nabożeństwa, środowe modlitwy wieczorne, niedzielne i środowe zajęcia konfirmacyjne (do konfirmacji przygotowują się 2 parafianki), dyżury kancelaryjne, odwiedziny, spotkania z młodzieżą.
To tyle krótkiej relacji z tego, co u nas. Pozdrawiamy z coraz cieplejszego wybrzeża Morza Azowskiego.

wtorek, 18 maja 2010

Jak dobrze, że już w domu

Do Polski przyjechałem w poniedziałek 10 maja specjalnie, żeby zabrać auto. Dotychczas radziliśmy sobie w Berdiańsku bez samochodu osobowego. Do dyspozycji mieliśmy bus parafialny, który palił niestety ok. 15-20 litrów na 100 km i był bardzo niewygodny w użyciu z powodu braku pasów bezpieczeństwa i słabej widoczności tyłu, wynikającej z całkowitego zabudowania tylnych drzwi.
Samochód jest nam potrzebny, bo w czerwcu szykuje nam się kilka dłuższych wyjazdów - na pastorską konferencję na Krymie, seminarium w Odessie, wyjazd do Polski. Można co prawda podróżować pociągiem i autobusem, ale z małym dzieckiem i różnymi tobołami, takimi jak łóżeczko turystyczne czy wózek, jest to trudne.
Samochód mam tutaj dzięki życzliwości mojej siostry Uśki, która mi go pożyczyła. W Polsce musiałem jeszcze załatwić odpowiednie formalności, żeby móc zabrać go zagranicę. Potrzebne były jeszcze drobne naprawy, co nieco przedłużyło mój pobyt. Planowałem wyjazd w środę, samochód jednak był gotowy dopiero w czwartek po południu. Chciałem jechać przez Słowację. Postanowiłem wyruszyć wieczorem i po przejechaniu sporego kawałku przespać się gdzieś w samochodzie. Jak chciałem, tak też zrobiłem. Ok. 19:00 opuściłem Ustroń i udałem się na Słowację. Zaraz po przekroczeniu granicy tego państwa (jakieś 60 km od Ustronia) postanowiłem wykupić winietę na autostrady. Podczas wyjmowania dokumentów od samochodu zobaczyłem, że wśród innych są również osobiste dokumenty mojej siostry. Cóż było robić, wróciłem do kraju.
Doświadczenie to odebrałem jako swoisty znak od Boga, żeby inaczej zaplanować tę podróż. Wyjechałem dopiero następnego dnia rankiem. Wcześniej jeszcze, dzięki życzliwości Jurka Marcola, załatwiłem sobie nocleg na Ukrainie, zaraz za słowacką granicą. Tego dnia miałem do przejechania tylko ok. 450 km. Zanocowałem u pastora Miszy, który zajmuje się służbą wśród ukraińskich Cyganów. Znalezienie tego noclegu było bardzo dobrym pomysłem. Chociaż moje wcześniejsze plany uległy zmianie, to jednak Boży plan był lepszy. Mogłem spokojnie odpocząć, zrelaksować się, porozmawiać o zwyczajach Cyganów i służbie wśród tych ludzi.
Następnego dnia wyruszyłem rankiem i spokojnie udałem się do Winnicy, gdzie miałem zaplanowany nocleg. Tego dnia miałem do przebycia ok. 600 km. Droga była bardzo ciekawa, ponieważ początkowo prowadziła przez Karpaty. Szosy były dobrej jakości, choć niestety tylko przez pierwszych 150 km. Później było już gorzej. Chyba się troszkę pogubiłem. Oznaczenia na Ukrainie nie są niestety zbyt dobre. Na miejsce dojechałem dopiero ok. 17:00. Miałem załatwiony nocleg w tamtejszej parafii luterańskiej. Zostałem ugoszczony przez mamę i żonę mojego kolegi - księdza tamtejszej parafii. Było to bardzo miłe spotkanie, bo pastorostwo ma syna tylko o ok. 2 miesiące starszego od Maciusia. W związku z tym mogliśmy, jak to zwykle bywa, podzielić się swoimi rodzicielskimi doświadczeniami.
Najtrudniejszy był zdecydowanie ostatni dzień podróży, czyli jakieś 850 km po ukraińskich drogach. Wyjechałem wcześnie rano. Chociaż główne drogi są szerokie i nie były w tym dniu zatłoczone, to jednak z powodu kolein nie można rozwinąć większych prędkości. Dzięki Panu Bogu dojechałem jednak wieczorem bezpiecznie na miejsce.
Przed wyjazdem bałem się tej podróży. To jakieś 1945 km w drodze, w samotności. Wiedziałem jednak, że Bóg jest blisko mnie i z Nim mogę tego dokonać. Bóg okazał się wierny i przeprowadził mnie przez to doświadczenie szczęśliwie. Drogę umilała mi muzyka z kaset, których słuchałem kilka lat temu. To było bardzo ważne, bo dzięki temu nie czułem się tak samotny.
Do domu ciągnęło mnie bardzo. Wracałem przecież do swojej kochanej, wspaniałej kobiety i cudownego syneczka. Pomyślałem sobie, że dobrze mieć do kogo wracać. Ostatnio Pan Bóg nam bardzo błogosławi. Sprawia, że nasza relacja z żoną jest naprawdę super. Ja zaś jestem bardzo szczęśliwy.

piątek, 14 maja 2010

Nareszcie w drodze

Po długim oczekiwaniu na naprawę samochodu i innych przygodach Wiesiek w końcu zdołał dziś rano wyruszyć w drogę do domu. Jedzie sam, więc zajmie mu to kilka dni. W końcu do pokonania ma ok. 1800 km. Tym razem chce wypróbować nową trasę - przez Słowację, a nie przez Kraków - Tarnów, gdzie prawie zawsze są okropne korki i duży ruch. Po drodze zaplanował min. 2 przystanki na nocleg, bo w końcu nie chodzi o to, żeby szybko, ale skutecznie i bezpiecznie. Prosimy o modlitwę o bezpieczeństwo dla kierowcy i samochodu.

środa, 12 maja 2010

Chwilowo rozdzieleni

To dość dziwne słuchać swojego męża przez Internet. Nie, nie chodzi mi o rozmowę przez "neta". Tego używamy dość często z lepszym lub gorszym skutkiem, zależnie od warunków technicznych. Dziś jednak słuchałam Wieśka, który uczestniczył w porannej społeczności w Centrum Misji i Ewangelizacji w Dzięgielowie. Bo tak się składa, że mój kochany mężczyzna jest akurat w Polsce.
W CME, w którym jesteśmy zatrudnieni i które wysłało nas na Ukrainę, dzień pracy rozpoczyna się modlitwą poranną. I tak jest już od dłuższego czasu. Od niedawna te spotkania są transmitowane przez skype z myślą o pracownikach, którzy przebywają poza "kwaterą główną". Kiedy tylko mamy czas i warunki techniczne na to pozwalają (nie zawsze Internet dobrze działa) przysłuchujemy się tym spotkaniom i jesteśmy troszkę bliżej Polski i CME. I tak było i dzisiaj. Tym razem jednak ja byłam w Berdiańsku, a Wiesiek w Dzięgielowie.
"Wyskoczył" on tylko na kilka dni do domu, żeby przywieźć samochód. Do tej pory z powodzeniem bez niego się obywaliśmy i było nam z tym bardzo dobrze. W związku jednak z planowanymi w czerwcu wyjazdami na rodzinną konferencję pastorską na Krym oraz na seminarium do Odessy auto będzie nam bardzo pomocne. W końcu nasz synek podróżuje z własnym pojazdem i łóżkiem, nie licząc innych drobiazgów.
Maćkowi najwyraźniej nie służy nieobecność taty, bo częściej się budzi w nocy. Może po prostu czuje brak zdecydowanej i konsekwentnej ojcowskiej ręki. Ale już niedługo, jeśli Pan Bóg da. Jutro Wiesiek wyjeżdża w długą podróż do Berdiańska. Jedzie sam, tym bardziej więc prosimy o modlitwę o bezpieczeństwo w drodze do domu.

poniedziałek, 10 maja 2010

Koncertowo

"S prazdnikam" - słyszę wczoraj w telefonie. To zwyczajowe powitanie przy okazji wszelkich tutejszych świąt. Jak to dobrze, że służby zajmujące się zatkaną kanalizacją pełnią dyżur również w wolne dni i zechcieli do nas podjechać, by problem rozwiązać.
Wczoraj nie tylko w Rosji, ale również na Ukrainie świętowano Dzień Zwycięstwa. Nawet w Berdiańsku przez kilka dni trwały koncerty na cześć weteranów, zawody sportowe i inne imprezy, których ukoronowaniem był pokaz sztucznych ogni. Na ulicach natomiast można było spotkać panów w mundurach uginających się pod ciężarem medali. Zresztą w zeszłym roku święta majowe (1-2 oraz 9 maja) obchodzono chyba równie okazale.
Tym razem jednak miałam okazję uczestniczyć w jednym z takich koncertów. Pewna miła dziewczyna, z którą czasem spotykamy się, by pograć w gry planszowe, przyniosła nam w środę dwa bilety na koncert orkiestry symfonicznej. Niestety akurat teraz studentka, która czasem opiekuje się Maciusiem, wyjechała na kilka dni. Nie mogliśmy zatem pójść razem, ale mój kochany mąż postanowił zająć się synkiem. Namówiliśmy więc Żanę, dziewczynę z naszej parafii, żeby też się wybrała, i poszłyśmy. Bardzo się ucieszyłam, że w końcu po raz pierwszy w Berdiańsku mogłam pójść się nieco "ukulturalnić". Wcześniej nie miałam takich okazji.
Od pieśni żołnierskich przez "Ave Maria", "O, sole mio" czy operetkę "My fair lady" aż po motyw muzyczny z filmu "Lista Schindlera" - tak mniej więcej wyglądał repertuar tego wydarzenia. Występowało w nim wielu solistów, zarówno śpiewaków, jak i instrumentalistów - od mocno już leciwego tenora po energicznego skrzypka, grającego na skrzypcach elektrycznych. Od kabaretu po patos - momentami świetny, momentami kiepski koncert. Ale nie to jest najistotniejsze. Najbardziej zapamiętałam to, jak dziwnie czułam się tam ja, Polka, wśród tłumu śpiewającego z zapałem na głos razem z wokalistą jakąś pieśń na cześć zwycięstwa w finale. To nie moje święto i nie mój zapał. Jakoś tak z pewnym niesmakiem wyszłam przed samiutkim końcem z refleksją, że dziwnie to życie się układa. Ja, Polka, mieszkam teraz na Ukrainie, gdzie mówi się po rosyjsku i czyta rosyjskie gazety, a chodzę do kościoła, który ma elementy liturgii w języku niemieckim i rosyjskim, a w nazwie Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół w Ukrainie.Więc gdzie ja właściwie jestem?

piątek, 30 kwietnia 2010

Perspektywy

Będąc na Ukrainie często spotykam osoby, które mają zupełnie inne od moich możliwości i perspektywy. Ja w swoim życiu odwiedziłem już niejeden zakątek Europy, widziałem sporo miejsc, poznałem różnych ludzi i zobaczyłem jak żyją. Tymczasem tutaj wiele osób w zasadzie nie zobaczyło prawie nic. Pamiętam jak w Łucku rozmawiałem z jedną osobą w moim wieku, która powiedziała mi, że nie była nawet jeszcze w oddalonym o ok. 150 km. Lwowie. Wczoraj rozmawiałem z jedną młodą osobą z naszej parafii, która mówiła, że oprócz Odessy i chyba jeszcze 2 miast na wschodzie Ukrainy nie była nigdzie indziej.
Oczywiście są ludzie, którzy podróżują, ale wśród moich znajomych tutaj są to wyjątki. Zazwyczaj ludzie wyjeżdżają na „dacze” – czyli domek letniskowy poza miastem.
To dla mnie jest naprawdę zaskakujące. Przez to widzę też, jak wiele dał mi Pan Bóg. Jestem Mu wdzięczny również za ten czas na Ukrainie, za to, że mogę zobaczyć różne miejsca, poznać ludzi, ich mentalność, inną kulturę. To jest dla mnie wielkie bogactwo.
W najbliższym czasie kilka osób z naszej parafii wyjeżdża na Kirchentag do Monachium. Wokół tego, kto ma jechać, trwały różne dyskusje. Teraz niektórzy z nich mocno się do tego wyjazdu przygotowują np. ucząc się naprędce niemieckiego.
Nasza rodzinka natomiast wyjeżdża jutro do Zaporoża. To tylko 200 km od Berdiańska, ale też to przeżywamy, bo to kolejna wyprawa dla naszego brzdąca. Mam nadzieję, że wszystko będzie okej.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Zajęty

Jak z pewnością zauważyliście ostatnio opuściliśmy się, jeśli chodzi o pisanie postów. Nie wynika to z tego, że nie mamy o czym pisać, ale z powodu dużej ilości innych zajęć. Ja co tydzień mam dwa nabożeństwa w Berdiańsku, w niedzielę i środę. Do tego jeszcze dwie lekcje konfirmacji co tydzień, dyżury kancelaryjne, spotkania z młodzieżą. Może to nie wydaje się dużo, ale trzeba się solidnie do tych spotkań przygotować. Przeglądnąć różne materiały teologiczne, poczytać, popracować nad słownictwem rosyjskim. Dodatkowo przygotowuję się już do zajęć podstawowego kursu biblijnego, które będę prowadził w czerwcu w Odessie. Zajęcia te będą dotyczyć księgi Psalmów i modlitwy "Ojcze nasz". W najbliższym czasie mam również kilka kazań do napisania dla całego Kościoła. Dodatkowym czynnikiem, który te czynności przedłuża i utrudnia jest bariera językowa. Materiały muszą być  bowiem na początku opracowane po polsku, potem zaś przetłumaczone i opracowane w języku rosyjskim. (autor -Wiesiek)

środa, 21 kwietnia 2010

Nadmorskie spacery

Było ostatnio dość sporo o naszej pracy. Dziś będzie o czasie wolnym i o tym, jakich przygód doświadczamy.
Ostatnio jest u nas bardzo ładna pogoda. Słoneczko, temperatura ok. 20 stopni. Postanowiliśmy z tego skorzystać i jak najwięcej czasu spędzać na dworze. W sobotę po południu zabrałem Natalię z Maciusiem do miejsca, gdzie jeszcze nie byli - nad morze, z drugiej strony berdiańskiego portu. Pojechaliśmy na koniec miasta autobusem, a potem piechotą do morza i wzdłuż wybrzeża. Maciusia trzymałem w nosidełku, spał. Było pięknie, przeszliśmy w ten sposób kilka kilometrów. Wybrzeże w tym miejscu jest pagórkowate. W zasadzie żadnych osiedli ludzkich. Chcieliśmy dojść do zabudowań, które widzieliśmy na horyzoncie. Szliśmy dobre kilka kilometrów, w końcu doszliśmy do nadmorskiej bazy turystycznej - prawie żadnych ludzi, kilku rybaków, trzy samochody. Byliśmy już zmęczeni i myśleliśmy, że znajdziemy tam jakiś autobus do Berdiańska. Okazało się, że najpierw trzeba dojść do szosy, jeszcze jakieś 2,5 km. Cóż, z ciężkim sercem ruszyliśmy przed siebie. Po przejściu może 200 m zrobiliśmy przerwę na karmienie Maciusia. Ledwie wyjąłem go z nosidełka, zobaczyłem nadjeżdżający mikrobus. W samochodzie jechało kilka osób. Zatrzymałem i poprosiłem o podwiezienie. Bus należał do osoby z Dniepropietrowska, która łowiła ryby w morzu. Mężczyzna jechał akurat do Berdiańska i zabrał nas ze sobą. Był tak miły, że odwiózł nas pod sam dom, a w dodatku nic za to nie chciał. Dla nas było to Bożym błogosławieństwem i świadectwem tego, że Pan Bóg troszczy się o nasze potrzeby. Tym razem na drogę zmęczonych pielgrzymów posłał anioła z dużym samochodem.


W niedzielę po południu również wybraliśmy się w pewne malownicze miejsce w Berdiańsku. Z jednej strony jest jezioro, z drugiej zaś morze. Poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Niestety wyprawa ta okazała się bardzo niebezpieczna. Przechodząc obok pewnego domu zostaliśmy napadnięci przez psy. Zaatakowały nas dwa wielkie wilczury. Wszczęliśmy alarm. Właściciel przywołał swoje "zwierzątka". Natalii ani Maciusiowi, na szczęście, nic się nie stało. Ja zaś zostałem ugryziony przez bestię. Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe, żeby takie niebezpieczne psy przebywały na wolności. Przecież nie było to jakieś odludzie. W lecie w tym miejscu jest zazwyczaj wielu turystów. Mimo wszystko dziękuję Bogu, że nic strasznego się nie stało. Oprócz kilku przykrych wspomnień i niegroźnej rany na nodze nic nam z tego spotkanie nie zostało. Nie chcę jednak sobie wyobrażać, co by było, gdyby właściciel w porę nie przywołał swoich "pociech".

piątek, 16 kwietnia 2010

Pogrzeb na Ukrainie

W Polsce w ostatnim tygodniu wiele się pisze (i na pewno dyskutuje) o pochówku zmarłych i pogrzebie. Pozwólcie, że i ja napiszę, jak to wygląda na wschodniej Ukrainie. Prowadziłem tutaj tylko dwa pogrzeby, na szczęście - bo pogrzeb nigdy nie jest czymś przyjemnym. To jednak daje mi jakiś obraz i porównanie z polskimi tradycjami.

O tym, że gdzieś odbywa się pogrzeb, świadczy tłum zebrany przed domem lub blokiem mieszkalnym. Pogrzeb, nawet w mieście, odbywa się przy otwartej trumnie. Ostatnio widziałem pochód honorowy po mieście z otwartą trumną pewnej prominentnej osoby.

Cmentarze są położone w oddaleniu od miasta. Przy każdym grobie znajduje się zazwyczaj ławeczka i stolik. Przy nich właśnie co roku odbywa się wspominanie zmarłych.
Pamiętam pierwszy pogrzeb, który prowadziłem na Ukrainie. Byłem wtedy ze swoim mentorem - starszym pastorem luterańskim. Ze względu na to, że rodzina zmarłej była w większości prawosławna, pogrzeb łączył tradycje prawosławne z luterańskimi. Na początku ziemia, na której miało spocząć ciało zmarłego, była poświęcona święconą wodą. Trumnę zamykano na cmentarzu. Wcześniej jednak miało miejsce "zapieczętowanie", czyli posypanie ciała zmarłej ziemią. Niestety pogrzeb na cmentarzu był zakłócony przez warczącą koparkę, która miała za zadanie zasypanie mogiły od razu po włożeniu trumny, jeszcze gdy wszyscy byli obecni. Na koniec na cmentarzu zostaliśmy wszyscy poczęstowani chlebem, zaś przy grobie zostawiono później poczęstunek (dla zmarłego lub duchów).
Pamiętam rozmowę z jedną osobą obecną na pogrzebie, która wyraziła troskę i strach - "tylko żeby cała uroczystość odbyła się tak jak powinna, żeby nie zaszkodzić zmarłej". Uświadomiłem sobie, że niektórzy ludzie postrzegają pogrzeb jako czynność magiczną, która może wpłynąć na sytuację zmarłego. Prawidłowy przebieg ceremonii miałby polepszyć jego los, niedopełnienie zaś jakiejś czynności miałby sytuację pogorszyć.
Po pogrzebie miała miejsce stypa z kilkoma obowiązkowymi daniami (np. ryżem z rodzynkami, jajkiem, alkoholem). Podobno zaraz w następnym dniu rodzina spotyka się, żeby spożyć wspólnie posiłek przy świeżej mogile. Spotkań, na których wspomina się zmarłego jest więcej.
Z pogrzebem wiąże się tutaj wiele tradycji. Niektóre z nich na pewno sięgają jeszcze czasów pogańskich. Dla mnie były one ciekawe. Jako osobie, która prowadziła tutaj pogrzeby na pewno przeszkadzało jednak to, że nie zachowywano stosownej powagi (warcząca za uchem koparka, rozmowy, telefony).

środa, 14 kwietnia 2010

Cukierek dla zmarłego

To od razu rzuca się w oczy. Przynajmniej mnie, która byłam na tutejszym cmentarzu po raz pierwszy. Ławka i stolik przy każdym grobie. No i jeszcze podobizny zmarłych na pomnikach. A do czego te stoliki? Przydają się w takie dni, jak "Pamiątka umarłych", czyli w pierwszą niedzielę i poniedziałek po Wielkanocy (w tym roku 10-11.04).
Jedziemy marszrutką nr 19 daleko za miasto. Większość pasażerów też zdąża do końca trasy. Wiozą kwiaty, koszyki wypełnione jedzeniem i napojami. Dojeżdżamy do wielkiego cmentarza. Na miejscu jest naprawdę sporo osób. Z pewnym niedowierzaniem, zdziwieniem, a jednocześnie fascynacją obserwuję całe rodziny i pojedyncze osoby siedzące i stojące przy grobach. Na stolikach rozłożone jedzenie, słodycze, napoje, alkohol. Co-nieco zostawia się również na pomnikach - cukierki, ciastka, kawałek wielkanocnej babki, pisankę, chleb, kubek z przezroczystym płynem (wodą czy wódką?). Gdzieniegdzie widać też prawosławnych popów odprawiających jakieś modlitwy i święcących grób i zgromadzonych kropidłem. Jakby zupełnie nikt nie zauważał, że pozostawianie jedzenia dla zmarłych to zwyczaj o korzeniach pogańskich.
Chociaż właściwie, czyż palenie zniczy na grobach nie należy do tej samej kategorii?

wtorek, 13 kwietnia 2010

Wyrazy współczucia

O tragedii prezydenckiego samolotu dowiedziałem się dość wcześnie w sobotę. O szoku jaki przeżyłem już pisałem. Dziś chciałbym napisać o reakcji na tę wieść ze strony ludzi z Kościoła. Bardzo wcześnie, bo jakieś 2 godz. po tragedii, dostałem pierwszego smsa z wyrazami współczucia od jednego parafianina. Podobne gesty miały miejsce w niedzielę. Większość ludzi składała mi kondolencje. Żeby wyrazić swą solidarność z Polakami zakupiono również dwa symboliczne goździki - biały i czerwony, które stanęły na ołtarzu, przewiązane czarną wstążką. Oczywiście modliliśmy się o rodziny ofiar i wspominaliśmy ich samych. Myślę, że ten dzień minął dla nas i parafian pod znakiem wspominania i zastanawiania się nad znaczeniem śmierci i zmartwychwstania. Nie tylko z powodu tragedii, ale również dlatego, że w Kościele prawosławnym był to dzień wspominania umarłych i odwiedzania grobów. Również większość luteran odwiedziła cmentarze w niedzielę lub poniedziałek.
Wyrazy solidarności, o których pisałem, były dla mnie bardzo miłe. Rzeczywiście mogłem odczuć ludzkie ciepło i współczucie.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Jeszcze o Wielkanocy

Pozwólcie, że odrywając się od ostatnich smutnych wydarzeń wrócę jeszcze na chwilę do tegorocznych świąt.
2 kwietnia
Jeżeli w Wielki Piątek można się w ogóle z czegoś cieszyć, to my cieszyliśmy się z całkiem sporej frekwencji. Zwykle w ten dzień w berdiańskiej parafii nabożeństwo nie odbywało się w ogóle, w zeszłym roku było tylko kilka osób, ale w tym już znacznie więcej.
Tym razem świece na ołtarzu nie zapłonęły. Artur, nasz kurator, już ich nie zapalał, by uniknąć sytuacji jak przed rokiem, gdy same zgasły. Chciał zresztą nawiązać do ponoć niemieckiej tradycji wielkopiątkowej, gdzie w kościołach ma się nie zapalać świec, nie używać dzwonów ani organ. Organy jednak zagrały.

4 kwietnia
W pewnym sensie były to wyjątkowe święta, ponieważ obchodziliśmy je tylko raz. Zachód spotkał się ze wschodem i prawosławna Pascha, jak tu nazywa się Wielkanoc, zbiegła się w czasie z terminem świąt obchodzonych przez kościoły "zachodnie". W związku z tym na wielkanocnym stole mogły się znaleźć tutejsze "paschalnyje kulicze" czyli drożdżowe babki z rodzynkami polukrowane i posypane kolorowymi ozdobami cukierniczymi, sprzedawane tutaj w tym czasie na każdym rogu i w każdym najmniejszym sklepiku.

Niedzielne nabożeństwo zgromadziło wiele osób, również takich, których zwykle nie widujemy lub jedynie sporadycznie na spotkaniach niemieckiego centrum kulturalnego. Przy tej okazji Wiesiek musiał niejako zmierzyć się z również i tutaj żywą tradycją święcenia pokarmów, ponieważ ktoś z obecnych na nabożeństwie osób przyszedł do niego z prośbą o poświęcenie jedzenia. Do "święconki" przywiązuje się najwyraźniej sporą wagę. Ktoś z obecnych przyniósł ją ze sobą (poświęconą w cerkwi) i jedna z pań chciała koniecznie uraczyć Maciusia takim poświęconym jajkiem czy jabłkiem, co zapewne miało mu przynieść jakieś niezwykle pozytywne implikacje. W każdym bądź razie, jak to zwykle przy świątecznych okazjach, po nabożeństwie w gronie parafian raczyliśmy się herbatą, słodkościami oraz pisankami.

sobota, 10 kwietnia 2010

Zszokowany

Trudno nam pisać, bo oboje jesteśmy dotknięci tym, co się stało pod Smoleńskiem. To straszne. Chociaż nie byłem zwolennikiem naszego prezydenta, to jednak bardzo te wydarzenia przeżywam. Odeszło tak wiele zasłużonych osób. Odszedł jeden z pastorów, z którym miałem okazję przez pewien czas pracować w jednej diecezji i spotykać się na wspólnych konferencjach. Ból jest wielki. Ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że to się stało naprawdę.
Dziś też zadałem sobie pytanie, czy modlę się o ludzi rządzących naszym krajem: "Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości.”. Odpowiedź była smutna, bo negatywna.
A Ty modlisz się za elity rządzące?

czwartek, 8 kwietnia 2010

Jeszcze o konferencji

Postanowiłem dziś jeszcze napisać o ostatniej konferencji duchownych, która miała miejsce w Odessie w dniach 30-31 marca. Uczestniczyli w niej nie tylko pastorzy, ale również predykanci, czyli lektorzy. Wspominałem już, że w całym Kościele jest ok. 35 parafii, a tylko ponad 10 pastorów. W większości parafii nabożeństwa są więc odprawiane przez lektorów, którzy odczytują przesłane im kazania. Lektorzy to grupa bardzo zróżnicowana pod względem płci, wieku, wykształcenia. Są wśród nich również kobiety z wykształceniem teologicznym, które jednak ze względu na brak ordynacji kobiet nie są "wyświęcone".
Wracając jednak do konferencji, to rozpoczęła się ona jak zwykle od porannego nabożeństwa. Są one o tyle ciekawe, że zostają później omówione. Każdy z uczestników konferencji może się wypowiedzieć i wyrazić swoje wrażenia i opinie, nierzadko bardzo krytyczne. To pomaga nam jednocześnie zastanowić się i popracować nad własnym warsztatem homiletycznym. Oczywiście najtrudniej ma ten ksiądz, który w danym dniu prowadzi nabożeństwo. Jak na razie mnie oszczędzono i nie musiałem przygotowywać takiego "egzaminacyjnego" kazania.
Tym razem nabożeństwo prowadził pastor ze zboru ewangelicznego W. Cechanowicz. On i jego wspólnota chcą przyłączyć się do Kościoła luterańskiego. Dla mnie to ciekawe zjawisko, bo to już drugi pastor z nurtu ewangelikalnego, który chce takiego przyłączenia. Myślę, że w Polsce o czymś takim nie byłoby mowy.
Jak już pisałem dużo miejsca na konferencji poświęcono omówieniu nowego śpiewnika kościelnego, co zajęło całe popołudnie pierwszego dnia konferencji. Wieczór minął pod znakiem nieformalnych rozmów przy grillu. Sponsorem był nowo ordynowany kolega z parafii z Łucka - Andriej Kuznicow.
Na nocleg część grupy została przewieziona do Petrodoliny. Znajduje się tam nowe centrum młodzieżowo - szkoleniowe prowadzone przez pastora Alexandra Grossa. W przyszłości ma się tutaj znajdować szkoła biblijna, która będzie otwarta dla wszystkich luteran z byłych republik radzieckich. Myślę, że taka szkoła ma szanse dobrze przygotować świeckich pracowników parafii (np. do pracy z dziećmi i młodzieżą), a także stanowić dobrą podstawę do studiów teologicznych.
Następny dzień rozpoczęliśmy od nabożeństwa z Komunią Św., którą poprowadził Biskup U. Spahlinger. Później mogliśmy czegoś więcej dowiedzieć się o luterańskiej uczelni teologicznej znajdującej się pod Sankt Petersburgiem. Jest to mała uczelnia, w której pracuje na stałe tylko trzech pracowników naukowych. Studia teologiczne trwają tam tylko trzy lata. Co ciekawe, studenci studiujący tam pochodzą z bardzo różnych terenów byłego ZSRR - od Ukrainy (obecnie z Ukrainy studiuje tylko 1 student w trybie dziennym) aż po Władywostok. Oprócz trybu dziennego jest i zaoczny, który cieszy się dużym zainteresowaniem. W tym trybie studiuje również jeden z członków berdiańskiej parafii - Alexander Sosnicki.
Na koniec konferencji mogliśmy jeszcze omówić sprawy bieżące takie jak poświęcenie wyremontowanego kościoła w Odessie, wyjazd na Kirchentag w Monachium, plan obozów letnich, plan ordynacji diakonackiej kobiet itd. Według mojej oceny ostatnia konferencja była udana i obfitowała w różne ciekawe wydarzenia. 

wtorek, 6 kwietnia 2010

Nowy śpiewnik


Jak już pisałem, byłem ostatnio na konferencji pastorskiej w Odessie. Jednym z najważniejszych punktów programu było poznawanie nowego śpiewnika kościelnego. Został on przygotowany w Nowosaratowce pod Sankt Petersburgiem dla różnych kościołów luterańskich wchodzących w skład ELKRAS. Kancjonał ten zawiera ok. 300 pieśni i śpiewów liturgicznych. Prace nad nim trwały ok. 20 lat. Dotychczas na nabożeństwach w parafiach NELKU (Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół Ukrainy) korzysta się głównie ze śpiewnika, który został wydany co prawda w 1995 roku, ale stanowi wybór pieśni ze śpiewnika z 1915 roku. Usunięto z niego niektóre pieśni i wydano "tymczasowy" kancjonał, który zawiera luki w numeracji (np. po pieśni nr 18 była od razu pieśń nr 21). Zawiera też rosyjskie archaiczne tłumaczenia pieśni niemieckich. Trudno się z niego śpiewa. W przeciętnej parafii ludzie znają tylko ok. 30 pieśni. Trudno więc dobrać pieśni do tematu nabożeństwa.

W berdiańskiej parafii używa się dodatkowo śpiewnika naszej "parafialnej" roboty. Często śpiewa się u nas pieśni tylko po niemiecku. To związane jest z jednej strony z dużym poczuciem narodowości niektórych niemieckich parafian, z drugiej z brakiem pieśni, nieznajomości tych, które są lub trudności śpiewania z oficjalnego śpiewnika. Niestety większość ludzi w parafii nie rozumie języka niemieckiego. Mimo że pieśni są tłumaczone przed ich zaśpiewaniem, to jednak ludziom trudno uwielbiać Boga nie rozumiejąc dokładnie śpiewanego tekstu. Takie pieśni nie mogą również przemówić do serca (no, w każdym razie nie tak, jak te w języku ojczystym).

Nowy śpiewnik jest w zasadzie zorientowany na język rosyjski. Zawiera jednak dodatkowo teksty w językach niemieckim, angielskim czy fińskim.

Wprowadzenie tego kancjonału będzie wielkim krokiem w życiu Kościoła. Przed jego przyjęciem musi jednak być zatwierdzony przez Synod Kościoła na jesiennych obradach. Wszyscy musimy się zatem uzbroić jeszcze w cierpliwość.

Na konferencji śpiewnik był prezentowany przez rektora luterańskiej uczelni teologicznej w Nowosaratowce. Osobiście zostałem zainspirowany i zaciekawiony przez jego wykład. Interesująco opowiadał o autorach muzyki kościelnej, przytaczając nieznane mi fakty z ich biografii. Myślę, że w naszych luterańskich kościołach często śpiewamy różne pieśni, a niewiele wiemy o historii ich powstania. Taka znajomość faktów może być bardzo inspirująca i zachęcająca.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Świątecznie

Kamień, który odrzucili budowniczowie, stał się kamieniem węgielnym. Pan to sprawił i to jest cudowne w oczach naszych.
Mk 12,10-11

Pełnego głębokiej refleksji nad cudem krzyża Wielkiego Piątku
i świeżej, autentycznej radości ze zmartwychwstania
na te święta
życzą
Natalia i Wiesiek

Zgorszony czy mądrzejszy?

Sytuacja ludzi na Ukrainie jest trudna. Zarobki są bardzo niskie. Minimalna zapłata wynosi mniej niż 700 hrywien. Wielu ludzi nie zarabia więcej niż wynosi minimalna krajowa. Ceny artykułów spożywczych nie różnią się zaś tak bardzo od tych w Polsce. Ludzie odczuwają biedę. Ona zaś wpływa na wszystkich niszcząco. Dlaczego to piszę?
Jestem po konferencji pastorskiej w Odessie. Znów dowiedziałem się bardzo przykrych rzeczy o niektórych ludziach służących w Kościele. W zasadzie cały czas się z tym spotykam. Zetknąłem się już tutaj niejeden raz z osobami, które z jednej strony były bardzo aktywne na płaszczyźnie parafialnej, z drugiej wykorzystywały parafię do swoich osobistych celów, przede wszystkim materialnych. Mnie bardzo bolą takie odkrycia dotyczące konkretnych osób. Zazwyczaj bowiem są to osoby bardzo miłe, uprzejme, uczynne – to zaś zachęca, żebym obdarzył je zaufaniem. Niestety taka uprzejmość okazuje się tylko pozorną, fałszywą, instrumentalną. Kiedy spotykam się z różnymi malwersacjami finansowymi ze strony osób służących w Kościele, to czuję się często zgorszony i oszukany. Tutaj na Ukrainie chyba całkowicie przestałem ufać ludziom.
Dodatkowym czynnikiem, oprócz biedy, który sprzyja takim przypadkom, jest charakter i historia powstania (a raczej odrodzenia się) tego Kościoła. Ma on bowiem korzenie i charakter niemiecki. Owa niemieckość jest wpisana również w oficjalną nazwę Kościoła. Parafie są wspierane przez partnerski Kościół luterański Bawarii. Wiele parafii powstało na bazie niemieckich towarzystw kulturowych. W początkowym etapie parafie były wręcz zasypywane pomocą humanitarną z Zachodu. To przyciągało ludzi. Wielu stało się członkami parafii tylko po to, żeby zdobyć jakąś pomoc i korzyści finansowe. Wielu parafian do dziś postrzega parafię jako źródło korzyści materialnych.
To bardzo obszerny temat, do którego z pewnością jeszcze wrócę. Patrząc jednak na niektóre sytuacje w niedawnej historii luterańskich parafii w Polsce i na obecne wydarzenia dochodzę do wniosku, że wcale nie różnimy się tak bardzo od naszych sąsiadów ze Wschodu. Ilość aktywnych osób w naszych parafiach w Polsce też rósł, kiedy przychodziły dary z Zachodu. Mimo że nasza sytuacja zmieniła się, to ciągle często jeszcze wyciągamy ręce z prośbą do naszych partnerów z zagranicy, zastanawiamy się, co możemy otrzymać, a nie co możemy podarować. Często myślimy o sobie jako o osobach (i parafiach) biednych zdanych na pomoc innych.
Cóż, chyba ten problem dotyczy każdego z nas z osobna, dlatego nie pozostaje mi nic tylko zawołać: Panie zmiłuj się nad nami grzesznymi!

wtorek, 30 marca 2010

Sposób na dług

Na wstępie muszę nieco zrewidować poprzedniego posta. Dziś mianowicie pogoda w Berdiańsku niezwykle dopisywała - było cudownie ciepło, słonecznie i bezwietrznie. Prawdziwa wiosna.

Jakiś czas temu nad wejściem do naszej klatki schodowej zawisła niepozorna biała kartka. Głosiła ona, że w mieszkaniu pod numerem nr 4 (my mieszkamy pod "trójką") przebywają dłużnicy. Firma gazownicza dokładnie wypisała kwotę długu, która wynosiła jakieś 2000 hrywien, jeśli dobrze pamiętam. Wcześniej spotkałam się już z tego typu metodami. Pamiętam jak kiedyś przyglądałam się w osłupieniu wielkiemu billboardowi na jednej z głównych ulic miasta, na którym również były wypisane adresy dłużników, którzy nie opłacili rachunków za gaz. Napiętnowanie sposobem na dług. Ot, taka ukraińska osobliwość.
Ta sprawa kojarzy mi się z kolei z galerią zdjęć wywieszonych w jednym z supermarketów. Znajduje się przy niej hasło z rodzaju: Nie kradnij, jeśli nie chcesz ujrzeć tutaj swojego zdjęcia. W tym wypadku sprzedawca piętnuje złodziei.
A swoją drogą, to ciekawe czy któryś ze sposobów okazał się choć trochę skuteczny?
 

poniedziałek, 29 marca 2010

Wietrzny Berdiańsk

Znów zostałam sama z Maćkiem i trochę mi smutno z tego powodu. W piątek i sobotę Wiesiek uczestniczył w seminarium na temat pracy młodzieżowej, a dziś pojechał na dwa dni do Odessy na konferencję pastorską. Nie ma jednak co się nad sobą rozczulać, bo Wielkanoc za pasem i trzeba by się zająć przedświątecznymi przygotowaniami. Na nie jednak nie zostaje wiele czasu przy naszym kochanym i absorbującym synku, który ostatnio zdecydowanie oprotestował przebywanie wyłącznie w towarzystwie obcych mu osób. Żadne tam branie na ręce przez parafialne "ciocie". Mama i tata i na tym koniec. Póki co możemy również zapomnieć o wysłaniu naszego skrzata na spacer z Niną, studentką, która czasem się nim opiekowała. Maciuś jest zdecydowanie przeciw.
Chodzimy więc sobie codziennie na spacery i korzystamy z wiosennego słońca. Często jednak, tak jak na przykład dzisiaj, nie ma mowy o wybraniu się nad zatokę z powodu silnego wiatru. Chronimy się wtedy między blokami lub na naszym podwórku. O wiosennych ubraniach też na razie jeszcze można zapomnieć, bo w miarę ciepła, chroniąca przed wiatrem kurtka, czapka, a nawet rękawiczki ciągle są przydatne. Taki jest ten nasz wietrzny, wiosenny, choć słoneczny Berdiańsk.
Ponieważ odkąd zaczęłam pisać tego posta Maciuś już dwa razy się obudził obawiam się, że znów czeka mnie ciężka noc, dlatego na tym zakończę i udam się spać. Dobranoc.

czwartek, 25 marca 2010

W biegu...

Właśnie stwierdziłem, że ostatnio coraz bardziej się opuszczamy w pisaniu postów. Dziś byliśmy w zasadzie cały dzień zajęci. Do Berdiańska przyjechało małżeństwo pastorskie z Niemiec. Dzień upłynął zatem pod znakiem tego spotkania. Procowałem również nad gazetką ścienną na okres Wielkiego Tygodnia i świąt. Jutro wybieram się wcześnie rano do Dniepropietrowska na konferencję poświęconą pracy z młodzieżą. Muszę się jeszcze spakować.
Wczoraj wieczorem zaś wciągnęło mnie pewne forum, które ostatnio dość mocno uczepiło się wydarzeń, które miały miejsce w mojej rodzinnej parafii w Goleszowie. Przykre, że garstka frustratów stara się zniszczyć to, co dobre. To uświadamia mi, że walka duchowa jest czymś realnym. Cóż, o przemyśleniach dotyczących lektury postaram się napisać po powrocie do Berdiańska. Teraz zaś idę spać. Dobranoc.

wtorek, 23 marca 2010

Dla Jego chwały

Ostatnio w niedzielę było nas na nabożeństwie mało, tylko 12 osób. Dla mnie jednak był to bardzo dobry dzień. Bardzo dobrze głosiło mi się kazanie. Kazania, które ostatnio wygłaszam w Berdiańsku mają charakter kazań tematycznych w oparciu o nauczanie konfirmacyjne. To znaczy, ostatnio rozpoczęliśmy zastanawiać się nad Dekalogiem. W ostatnią niedzielę skupiliśmy się na pierwszym przykazaniem.
Ja sam zastanawiam się nad tym, kto jest moim Bogiem i kto zajmuje centralne miejsce w moim życiu. Jako chrześcijanin powinienem powiedzieć, że Bóg Jahwe. Czy jest tak aby na pewno zawsze?
Będąc ostatnio w Polsce, wziąłem udział w konferencji misyjnej prowadzonej przez BSM i MED. Słyszałem tam ciekawy wykład dotyczący „teologii kota” i „teologii psa”.
Pies widzi swego pana i myśli (czy i co myśli nikt nie wie, ale to tylko obrazy, które wiążą się z zachowaniem tych zwierząt): ty o mnie dbasz, ty mnie karmisz, ty mnie głaszczesz i wyprowadzasz na spacer - ty musisz być moim bogiem. Kot, widząc swego pana, myśli natomiast: ty o mnie dbasz, ty mnie karmisz, ty mnie głaszczesz i wyprowadzasz na spacer - ja muszę być kimś ważnym, to ja jestem bogiem.
Jak to się ma do chrześcijaństwa? Wielu z nas jest wyznawcą teologii kota zamiast teologii psa. Zamiast szukać chwały Boga i być Mu posłusznym, szuka swojej chwały i swojego dobra. Zamiast zastanowić się, jak lepiej służyć Bogu i czego On od nas oczekuje, zastanawiamy się nad tym, co zrobić, żeby Jahwe nam bardziej błogosławił i żeby nam było lepiej. Często liczymy się my, a nie Bóg. Stawiamy siebie w centrum, a nie Pana Boga. Myślimy, że to On ma nam służyć i pomagać , a nie my być Jego sługami. Różnica pomiędzy taki myśleniem uwidacznia się najbardziej w chwili cierpienia. „Koty” mocno się buntują i mają wiele do Boga pretensji, „psy” zaś modlą się, żeby Bóg wykorzystał ten czas dla Swojej chwały.
Z takimi przemyśleniami podzieliłem się również ze swoimi parafianami. Chyba spodobał się im ten przykład. Był im z pewnością bliski, bo prawie w każdym tutejszym domu znajduje się pies lub kot.
Po nabożeństwie była jeszcze lekcja konfirmacji. Konfirmantami nie jest młodzież, ale osoby starsze. To spotkanie przyniosło mi wiele radości i zachęcenia. Cieszyłem się, że chociaż w sposób niedoskonały, to jednak mogę podzielić się z nimi swoją wiedzą. Ciągle uświadamiam sobie, że wiedza tutejszych ludzi dotycząca chrześcijaństwa jest bardzo niewielka. Często opiera się tylko na tym, co obejrzeli w telewizji. Jedna z pań była święcie przekonana, że Jezusa zabili dlatego, że ujawnił jakieś przekręty finansowe ówczesnego świata. Podstawą do takich wniosków był jakiś film. Podczas zajęć konfirmacyjnych odkryłem też, że wielu parafian nie ma w domu Biblii. To jest właśnie jedna z przyczyn tak małej wiedzy.
Niedzielne spotkania były bardzo udane. Bardzo jestem za nie wdzięczny Bogu.

piątek, 19 marca 2010

Lepiej

Już jest lepiej. Dzięki Bogu dzisiaj Maciuś nie miał gorączki i w nieco lepszym stanie przetrwał ten dzień. Jednak nie wszystko jeszcze wróciło do normy. Biedaczek, jest słaby, marudny, nie mógł spać w dzień i ciągle tylko "pakował" wszystko do buzi. Bardzo się jednak cieszymy, że gorączka ustąpiła.Właściwie to już wczoraj wieczorem nie posiadałam się z radości, gdy w końcu nasz szkrab odzyskał nieco swojego wigoru, gdy temperatura opadła.
Wczorajszy dzień był bardzo wyczerpujący, przede wszystkim psychicznie. Niezwykle trudno było mi patrzeć na mojego syna wiedząc, że niewiele mogę mu ulżyć w jego cierpieniu. Gorączka tak go wycieńczyła, że w pewnych momentach, pod wieczór, nie miał nawet siły się podnieść. To też jednak niezwykłe, że jak tylko gorączka opadła, to dość szybko odzyskał wigor i siły. 
Po raz kolejny też zostaliśmy zaskoczeni troską, jaką otacza się tutaj maluchy. Odwiedziła nas dzisiaj, zupełnie bez naszej inicjatywy, pielęgniarka dziecięca, która opiekuje się dziećmi w naszym rejonie. Po prostu przyszła się dowiedzieć, jak Maciuś się czuje i czy wszystko w porządku. Jej wizyta była niewątpliwie związana z wczorajszą wizytą lekarki, do której zapisany jest nasz syn. Nie przestaje mnie to jednak zadziwiać. Tutaj w służbie zdrowia, pomimo pewnych ograniczeń technicznych, naprawdę dba się o dobro niemowląt.
Nie wiem, czy na przykład bywa tak też w Polsce, ale w Berdiańsku w poradni dziecięcej na innym piętrze przyjmuje się dzieci chore, a na innym zdrowe niemowlęta przychodzące jedynie na comiesięczną kontrolę czy szczepienia. Proste i mądre rozwiązanie, które pozwala uniknąć kontaktu dzieci zdrowych z chorymi.

czwartek, 18 marca 2010

Kryzysowe godziny

Ostatnie kilkadziesiąt godzin minęło pod znakiem walki z Maciusiową gorączką. Kryzysowym momentem było popołudnie ok. 17:00. Nasz synek miał wtedy ponad 39 stopni gorączki. Podaliśmy lekarstwo na obniżenie temperatury, a ona nie chciała się obniżyć. Utrzymywała się na poziomie 39 stopni prze ok. dwie godziny. Podaliśmy jeszcze inne lekarstwa. Na szczęście zaczęła spadać. Nasz synek potem jeszcze przy okazji karmienia mocno zwymiotował. Teraz mierzyliśmy (ok. 20:30) i było już 36,9.

Ten czas kosztuje nas dużo nerwów. Modlimy się o powrót do normalności. Prosimy i Was, pamiętajcie o nas w modlitwie.

środa, 17 marca 2010

Ach te zęby...

Nasza rodzinka cierpi ostatnio z powodu... zębów. Wieczorem w zeszły piątek zaczęło mnie mocno boleć po prawej stronie szczęki. Sam jeszcze nie wiedziałem, że to od zęba, bo bolała mnie prawie cała połowa twarzy. Mimo zażycia leków przeciwbólowych miałem kłopoty ze spaniem. Następnego dnia zaś miałem pojechać do Zaporoża. Mocno wahałem się, co mam robić. W końcu, cały czas będąc na lekach, pojechałem. Ból zresztą pasował nawet do tematu kazania, które mówiło o źródle pocieszenia i radości w czasie cierpienia. Ostatecznie w poniedziałek poszedłem do miejskiej kliniki stomatologicznej. Byłem bardzo zadowolony z wizyty. Warunki całkiem dobre. Pierwszą rzeczą, na którą zostałem posłany, to zdjęcie rentgenowskie. Okazało się, że źródłem bólu jest dziura pod plombą w dolnej ósemce. Zapowiada się dłuższe leczenie tego zęba.

Dziś miałem mieć kolejną wizytę. Czekając w poczekalni, odebrałem telefon od mojej żony, że Maciuś ma temperaturę - 38,5 stopni. Mocno zdenerwowany, przesunąłem wizytę na piątek i pobiegłem do domu. Ponieważ temperatura naszego synka szybko rosła, wezwaliśmy pogotowie. Po jakimś czasie przyjechał lekarz i stwierdził, że problemem są... cisnące się zęby trzonowe. Na szczęście, po podaniu paracetamolu, temperatura obniżyła się. Bardzo przeżywamy te chwile. W naszych głowach pojawiły się już różne czarne scenariusze, np. pobyt w szpitalu. Nasza niepewność w takich momentach jest jeszcze większa przez to, że mieszkamy w obcym kraju i nie do końca wiemy, jak się w danym momencie zachować. Mamy nadzieję, że lekarz miał rację i wszystko wróci szybko ku normalności.

poniedziałek, 15 marca 2010

Powszechny strach przed zdradą

Wczoraj w Zaporożu na nabożeństwie była nas tylko garstka - kilka starszych kobiet. Kazanie było oparte o tekst z 2 Kor 1,3-7, który z jednej strony mówi o cierpieniu, a z drugiej o pocieszeniu. Po nabożeństwie zadałem jeszcze ludziom kilka pytań dotyczących powyższego tematu - tak w ramach spotkania biblijnego. Wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja. Zastanawialiśmy się nad tym, jak radzić sobie z cierpieniem w swoim życiu. Jedna z kobiet opowiedziała, jak ona i wielu ludzi na Ukrainie radzi sobie z trudnymi doświadczeniami. Mówiła, że ludzie przez wiele lat żyli w takich warunkach, że nawet przyjaciele jeden na drugiego donosili do partii. Trudno było zatem komukolwiek zaufać i powiedzieć o swoich problemach. Żeby jednak nie dusić goryczy i frustracji w sobie, ludzie znaleźli inne rozwiązanie. Bardzo łatwo nawiązywali głębokie kontakty z nieznajomymi, z którymi wspólnie podróżowali na przykład w pociągu. W przedziale mogli zwierzyć się innym podróżnym i w ten sposób ciężar, który na co dzień nieśli, stawał się lżejszy. Było to o tyle bezpieczne, że później podróżni rozchodzili się każdy w swoim kierunku i zazwyczaj już więcej się nie spotkali. W ten sposób radzono sobie ze strachem przed zdradą.
To, co usłyszałem, zgadza się również z moimi obserwacjami. Po pierwsze, ludzie na Ukrainie są raczej skryci i nie mówią o trudnych sprawach. Mam wrażenie, że boją się, iż to, co powiedzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Po drugie, w pociągu zazwyczaj dość łatwo nawiązać kontakt z innymi podróżnymi.
To smutne, taki powszechny społeczny strach, konsekwencja bardzo długiego okresu zniewolenia przez komunistyczny system.

niedziela, 14 marca 2010

Idzie wiosna

W Polsce (przynajmniej na południu) ponoć śnieżno i zimowo, a w Berdiańsku już czuć wiosnę :) Dziś od czasu do czasu słonko zagląda nam do okien, a termometr dowodzi, że 7 stopni w plusie jest. Mieszkanie aż prosi się o jakieś wiosenne dekoracje.
Na stole babka piaskowa, a nasionka rzeżuchy czekają na wysianie. Zapachniało już nieco Wielkanocą, choć do tych pięknych świąt jeszcze całkiem sporo dni zostało.
Nawet w parafii jakby też zrobiło się wiośniano, bo całkiem sporo było dziś osób na nabożeństwie, wszystkich razem 21 osób, no, 22 z Maćkiem :) Na berdiańską parafię to całkiem sporo. Śniegi i lody zeszły już z chodników, więc i starszym osobom łatwiej się poruszać.
Wiesiek natomiast prowadził dziś nabożeństwo w Zaporożu. Tam niestety nie tak "wiośniano", bo na nabożeństwie była tylko garstka. Trudno jednak by było inaczej, jeśli parafianie są mocno skonfliktowani. Prosimy zatem o modlitwę o rozwiązanie konfliktu w Zaporożu i o przyszłość tej parafii.
Pędzę więc skorzystać z tej pięknej pogody i życzę wszystkim udanej i radosnej niedzieli.

piątek, 12 marca 2010

O pobycie w PL z czasowej perspektywy

Może się to wydawać dziwne, ale cieszę się, że jesteśmy już znowu na dłuższy czas na Ukrainie. Nie, no oczywiście, lubię jeździć do Polski, poodwiedzać stare kąty, pobyć z rodziną, spotkać się z tym, tamtym i owym, być na jednym, drugim, kolejnym spotkaniu, móc załatwić tę czy tamtą sprawę, której na Ukrainie załatwić nie zdołam, ale jestem potem okropnie tym polskim pędem zmęczona i już na Ukrainę mi się chce. Choć może w sumie sama Ukraina nie ma tu wiele do rzeczy, po prostu do domu chce mi się, a dom jest tam, gdzie aktualnie mieszkamy.
Fajnie jest posiedzieć tylko z mężem wieczorem przy herbacie (bo ostatnio po dobrym "odżywieniu" w Polsce nie jadamy kolacji :), w miarę spokojnie przeżyć dzień za dniem. Zatem nie przedłużając idę delektować się kolejnym spokojnym wieczorem i, miejmy nadzieję, długim, nieprzerywanym Maćkowymi pobudkami, snem. Dobranoc.

czwartek, 11 marca 2010

Nasz urwis


Pan Bóg podarował nam prawdziwy skarb - naszego małego syneczka. Maciuś jest dla nas źródłem wielu radości. Jeszcze przed wyjazdem do Polski (czyli jakiś miesiąc temu) nie potrafił jeszcze wstawać ani raczkować. W czasie podróży do Polski w hotelu dworcowym pokazał nam już, że potrafi się czołgać. Oczywiście bardzo ważne znaczenie w tym odegrała odpowiednia motywacja. Maciuś kocha wszelką nowoczesną techniką - telewizory, komputery, telefony. Komórka, a raczej chęć dorwania jej do rąk i buzi była dla niego ważnym impulsem motywującym do przesuwania się w przestrzeni.

Obecnie nasz skarbuś potrafi już bez problemów raczkować i wstawać. On jest naprawdę bardzo ruchliwy i szybki, więc trzeba mieć go cały czas na oku. Dziś na przykład dobrał się do naszych książek.
Taki rozwój naszego jedynaka bardzo nas cieszy. Nie potrzebujemy nawet telewizora, bo oglądając potomka mamy wiele ciekawych wrażeń. On sam też się chyba cieszy ze swoich postępów, bo sam umie sobie bić już brawo. video video

środa, 10 marca 2010

Co z przyszłością...

W czasie kiedy byliśmy w Polsce wiele rzeczy dotyczących naszej przyszłości zaczęło się klarować. Kontrakt pomiędzy Kościołami luterańskimi w Polsce i na Ukrainie, na podstawie którego zostaliśmy wysłani tutaj do pracy, kończy się w październiku 2010. Chcemy zakończyć naszą służbę tutaj i wrócić na jakiś czas do Polski. Najprawdopodobniej zaraz po powrocie do Polski rozpocznę wikariat w jakieś parafii.
Co do naszych marzeń i planów na przyszłość, to chcielibyśmy kontynuować naszą przygodę misyjną. Ja od ok. 10 lat myślę intensywnie o misji tłumaczy Biblii im. Wycliffa. Właśnie w ośrodku tej misji byłem rok na wolontariacie w Anglii kilka lat temu. Wierzę, że do takiej pracy powołuje nas Pan Bóg. Choć nie wiemy jeszcze dokładnie, jak będzie wyglądać nasza przyszłość, to chcemy i możemy otwarcie mówić o naszych marzeniach.
Najtrudniejsze było dla nas powiedzenie o tym naszym rodzinom w Polsce. Baliśmy się ich reakcji. Pan Bóg jednak sprawił, że nasze obawy pozostały tylko obawami. Może nie spotkaliśmy się ze strony naszych bliskich z wielkim entuzjazmem, ale wiadomość o naszych planach została przyjęta spokojnie.
Za to bardzo dziękujemy naszemu Bogu i Panu!

wtorek, 9 marca 2010

Kameruńska modlitwa

Czas się poprawić i napisać coś niecoś na blogu, a może nawet coś więcej. Dziś niech będzie o Światowym Dniu Modlitwy w Berdiańsku.

Z przygotowaniem tego spotkania mieliśmy trochę problemów w związku z tym, że wyjeżdżaliśmy do Polski, a wróciliśmy dopiero 4 marca wieczorem. Modlitwa natomiast miała się odbyć już nazajutrz 5 marca o godz. 17.00. Do kraju jechałam nieco uspokojona tym, że w ostatnim momencie znalazła się osoba, która miała przejąć przygotowania tego dnia pod naszą nieobecność. Po powrocie okazało się jednak, że osoba ta wyjechała na jakiś czas. Na szybko więc "łataliśmy" dziury w programie.

Światowy Dzień Modlitwy możemy jednak zaliczyć do udanych spotkań. Zdążyliśmy nieco ustroić kaplicę, głównie ołtarz, którego dekoracja była naprędce wymyśloną wariacją o kolorowym Kamerunie, kraju obfitującym w kawę, kakao, egzotyczne owoce, orzeszki ziemne i wiele innych bogactw naturalnych. Tutejsza parafianka z artystycznym polotem w duszy (za to bardzo ją polubiłam) upiekła chrust według kameruńskiego przepisu i namówiła jedną z dziewczyn współtworzących program do przebrania się w "kameruński strój". Oglądaliśmy slajdy, słuchaliśmy o sytuacji mieszkańców tego odległego kraju, śpiewaliśmy często dość skomplikowane rytmicznie kameruńskie pieśni i refreny no i oczywiście modliliśmy się piękną liturgią przygotowaną przez kameruńskie kobiety.
No i aż zadziwieni byliśmy, że frekwencja nawet całkiem spora była, co cieszy. Słowo "spora" w naszych parafialnych realiach oznacza około 20 osób, co jak na piątek jest świetnym wynikiem. Na koniec oczywiście, jak się przy takich okazjach należy, usiedliśmy przy kawie, herbacie i afrykańskim chruście lub, jak kto woli, faworkach i innych lokalnych słodkościach.
Zadaję sobie jedynie pytanie, czy coś ze słów tej modlitwy, z historii i świadectw życia w trudnych kameruńskich warunkach, z zachęcenia do wielbienia Boga w każdym czasie i w każdych realiach życia zostało w sercach i umysłach uczestników tego spotkania.