czwartek, 3 grudnia 2009

Wzięte za bardzo dosłownie...

Wróciłem dziś z Odessy. Przyjechałem do Berdiańska ok. 2:30 nad ranem. Miałem jeszcze spory kawał do przejścia po mieście. Niestety nie mogłem wezwać taksówki, bo bateria w komórce mi padła. Mimo wszystko jednak taka nocna przechadzka była dość ciekawa. Na szczęście nie było tak bardzo ciemno, wiec nie wpadłem do żadnej dziury. Choć i tak napotkałem otwarte studzienki i inne atrakcje.O tym co było na konferencji opowiem kiedy indziej.
Powrócę jeszcze teraz do gazetki, którą ostatnio wydałem. Siedziałem dziś na parafii na dyżurze i Artur opowiedział mi śmieszny komentarz, który usłyszał odnośnie tej gazetki. Zadzwoniła do niego jedna z parafianek, kobieta ponad osiemdziesięcioletnia, która nie może już, ze względu na chorobę, przychodzić do kościoła. Gazetkę do domu dostarczyła jej wnuczka. Staruszka pochwaliła ten nowy "wyrób". Powiedziała, że bardzo się jej ta gazetka podoba, że jest interesująca, ale niestety nie może zrozumieć, dlaczego znalazł się w niej artykuł o łowieniu ryb. To mnie niezmiernie rozśmieszyło, bo rzeczywiście zamieściłem tam opowiadanie Bruno Ferrero o sieci rybackiej, ale tak naprawdę był to tylko pewien metaforyczny obraz, który odnosił się do tematyki adwentowej - wieczności. Nie chciałem wszystkiego tłumaczyć i wolałem, żeby czytelnicy się trochę zastanowili. No cóż, ta kochana starsza pani wzięła to opowiadanie za bardzo dosłownie. Rozśmieszyło mnie to, ale z drugiej strony ucieszyłem się, że ludzie czytają, a gazetka trafia nawet do tych, którzy nie potrafią już przyjść do kościoła. Zamieszczam opowiadanie, tylko proszę, nie bierzcie go zbyt dosłownie!

Fiord pogrążony był w głębokiej ciszy nocy arktycznej. Woda pluskała lekko na plaży. Rybak Hans, w ciepłym, pachnącym drewnem domu, wiązał oczka sieci szykując się na nadchodzący sezon połowów. Był sam w pobliżu kominka. Jego ukochana żona Ingrid spoczywała na małym cmentarzyku przy kościele... Nagle dały się słyszeć radosne śmiechy. W otwartych drzwiach stanęła jego ukochana córka Guendalina trzymając za rękę braciszka Eryka. 
- Guandelino, masz teraz wakacje. Może zajmiesz moje miejsce i zaczniesz wiązać oczka sieci na nowy połów, ja tymczasem pójdę naprawić łódź. 
- Dobrze tatusiu! 
Godziny mijały. Guandelina pracowała wytrwale, oczko po oczku, węzeł po węźle. Ale dni płynęły jeden za drugim. Sznurek był chropowaty a apretura powodująca nieprzemakalność była szorstka, ręce bolały. Małe koleżanki wołały od drzwi: 
- Guandelino, chodź pobawić się z nami! 
Oczka rozluźniały się coraz bardziej, węzły były coraz słabsze, sznurek coraz mniej wytrzymały. 
Nadeszła wiosna. Fiord rozświecił się pierwszymi promieniami słońca. Zaczęły się połowy. Dumny z pracy swej ukochanej córki Hans-rybak załadował swoją nową sieć na starą wierną łódź. 
- Chodź ze mną, mały Eryku, na pierwszy połów. 
Uradowany chłopczyk wskoczył na pokład. Łódź spłynęła na wodę. Sieć zagłębiła się w zielono-niebieskich falach. Eryk klaskał w ręce, jak srebrzyste ryby wskakiwały do sieci. 
- Cudowny połów! Pomóż mi wyciągnąć sieci, synku! Eryk ciągnął, ciągnął ze wszystkich sił. Ale zwyciężony ciężarem, wpadł do wody w sam środek sieci. 
- To nic - pomyślał Hans-ryba szybko wciągając sieć do łodzi. - Moja sieć jest mocna! To moja Guandelina zrobiła ją swoimi rękoma. Wyciągnę Eryka razem z rybami. 
Sieć wyszła z wody lekka. Pośrodku miała wielką dziurę. Źle powiązane węzły rozluźniły się. Oczka otwarły się. A mały Eryk spoczywał na dnie fiordu. 
- Ach! Gdybym każde oczko wiązała z miłością! - płakała Guandelina. 

Każdego dnia człowiek wiąże sieć wieczności. Każdy dzień stanowi jeden węzeł. Możesz o tym nie myśleć, ale nadejdzie dzień połowu i zależeć on będzie również od tego, co zwiążesz dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz