czwartek, 31 grudnia 2009

Dokarmianie



Od kilku dni zaczęliśmy Maciusia dokarmiać. Na razie były to soczki i piure jabłkowe oraz jabłkowo-marchewkowe. Nasz maluszek spisuje się bardzo dobrze. Zajada się i pochłania całe porcje. Mnie w dużym stopniu przypadło dokarmianie. Jestem bardzo dumny, że Maciuś wczoraj i dzisiaj zjadł po całym słoiku pożywienia i w zasadzie nic nie znalazło się na śliniaczku. Dzielny jest ten nasz zuch. Może jednak coś odziedziczył po tatusiu?!

środa, 30 grudnia 2009

Środowo


Wczoraj prezenty dojechały do parafii. Cieszę się, że dojechał cały zamówiony ładunek. Niestety wiele parafii nie otrzymało całego zamówienia ze względu na brak dostatecznej ilości prezentów. Cóż, być może to sygnał, że akcja się powoli wypala, a może jest to tylko kryzys w tym roku. Odwieźliśmy dziś prezenty do Caritasu. Siostra Agnieszka była bardzo zadowolona. Zaprosiła nas na uroczystość ich rozdania 16 stycznia. To co prawda już po świętach, ale atmosfera świąteczna powinna się jeszcze "unosić w powietrzu".
Byliśmy dziś z Maciusiem na szczepieniu. Przy okazji poszliśmy do pani masażystki, żeby nam pokazała gimnastykę stosowną dla naszego synka. Pani stwierdziła, że rozwija się on prawidłowo i jest bardzo ruchliwym dzieckiem. A gimnastyka, którą nam pokazała, kolejny raz nas zaskoczyła. Cóż, wygląda to trochę ekstremalnie.




Wieczorem mieliśmy w kaplicy modlitwę wieczorną. Ponieważ w tej parafii nie było wcześniej księdza, ludzie nie przyzwyczaili się jeszcze do chodzenia do kościoła przez tydzień. Na środowych spotkaniach jest nas mało - ok. 5 osób. Dziś było nas siedmioro. Zazwyczaj są to te same osoby. Dziś podziękowaliśmy Bogu za kończący się rok. Następne nabożeństwo dopiero 3 stycznia. Jutro już Sylwestra. My ze względu na Maćka zostajemy w domu. Tobie zaś, gościu naszego bloga, życzymy fajnego sylwestra i błogosławionego Nowego Roku.

wtorek, 29 grudnia 2009

Rozczarowanie

Dziś jestem nieco sfrustrowana. Miał nas po południu odwiedzić jeden parafianin ze swoją rodziną. Po wczorajszej uczcie u Wiery uznaliśmy, że wypada gości miło przyjąć. Pół dnia więc spędziłam na przygotowaniach - zakupach, szybkim sprzątaniu, kucharzeniu. Mieli być o 16.00. Stół nakryty, wszystko gotowe, czekamy. I czekamy... W końcu ok. 17.00 Wiesiek zadzwonił do Romana i okazało się, że nie przyjdą. Zapomnieli czy jakoś tak, nie wiadomo. A przecież umawialiśmy się i z nim i z jego żoną. Jak mogli zapomnieć?
Szkoda, miałam nadzieję na miłe spotkanie. To para mniej więcej w naszym wieku i mają kilkuletniego syna.  No cóż, przynajmniej my zjedliśmy sobie smaczną kolację.
Jest i pozytywna wiadomość. Wczoraj dojechały paczki z akcji "Prezent pod choinkę" i w końcu będą mogły trafić w ręce tych, do których zostały przygotowane!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Prawdziwa uczta


Wstałem dziś wcześniej, żeby pojechać na parafię po kazanie. Dwa dni temu napisałem go dla wszystkich parafii Kościoła i oddałem wczoraj do korekty. To kazanie na niedzielę 3 stycznia. Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół Ukrainy składa się z 32 parafii (taki był stan na zeszły rok), ale pracuje w nim tylko ok. 15 księży. To zaś oznacza, że w wielu parafiach odbywają się kazania lektorskie. Na nabożeństwach prowadzonych przez lektorów (tzw. "predykantów") są odczytywane kazania rozesłane wcześniej do wszystkich parafii. W najbliższym roku mam do napisania aż 6 takich kazań (nie licząc tego już napisanego). Dziś ucieszyłem się, że mogłem wysłać to jedno. Kolejne zadanie wykonane. Modlę się, żeby napisane przeze mnie słowa były błogosławieństwem dla wielu słuchających.
Do południa miałem do załatwienia jeszcze kilka spraw, a po południu nasza rodzinka pojechała w odwiedziny do jednej z parafianek. W ostatnich miesiącach starałem się odwiedzić wszystkich parafian i poznać warunki, w jakich żyją. Często zapraszają całą naszą trójkę. Dziś pojechaliśmy do sąsiedniej wioski, żeby odwiedzić parafiankę łotewskiego pochodzenia, Wierę. Byliśmy zaskoczeni tym, jak nas przyjęto. O tym, że za wschodnią granicą ludzie są jeszcze bardziej gościnni niż w Polsce, przekonaliśmy się już niejeden raz. Dziś jednak trafiliśmy na prawdziwą ucztę. Była rybka, kurczak, placki rybne, kilka sałatek, ciasto dyniowe i sałatka owocowa - mniam, pyszności. Odczuliśmy również wielkie ciepło i serdeczność. Były też śpiewy i gra na akordeonie. Tym razem mogliśmy usłyszeć coś po łotewsku i bułgarsku.
Gwiazdorem był nasz synek. Często robi za małą "maskotkę". Trafia z rąk do rąk i "ożywia atmosferę". Najwyraźniej lubi być w centrum uwagi, bo za żadne skarby nie chciał zasnąć, gdy tam byliśmy. Śmieję się, że również on wnosi swój wkład w naszą służbę. Służymy przecież w trójkę. Właśnie Maciuś często zbliża nas od innych ludzi. Tak było i dzisiaj. Wiera bardzo lubi dzieci, zresztą przez 16 lat pracowała jako przedszkolanka. Ostatecznie nasz synek trafił nawet na ręce 86-letniej sąsiadki gospodarzy.
Było bardzo miło. Cieszę się, że Wiera zaczęła ostatnio regularnie chodzić na nabożeństwa, mimo że nie mieszka w Berdiańsku.

niedziela, 27 grudnia 2009

Wigilia 2009


Święta już za nami, ale ja chciałbym opisać, jak wyglądała u nas Wigilia. W czwartek wstaliśmy wczesnym rankiem, żeby zabrać się do końcowych przygotowań. Ja pobiegłem zrobić zakupy. Potem przygotowywaliśmy jeszcze świąteczne potrawy. W ostatnim momencie zdecydowałem się zrobić makówki. Było ich sporo, więc dużą porcję wziąłem po południu na parafię.
Wczesnym popołudniem udałem się jeszcze na spotkanie z Arturem. Wspólnie przygotowaliśmy nabożeństwo. Później stworzyłem jeszcze gazetkę ścienną. O 16:00 rozpoczęło się uroczyste nabożeństwo wigilijne. Sala była właściwie wypełniona. Było 26 osób. Przyszli nawet ludzie, których wcześniej nie spotkałem. Było kilkoro dzieci. Zostały zaproszone, bo po nabożeństwie rozdawaliśmy niewielkie prezenty. Najmłodsi dali później popis tego, co nauczyli się w szkole - były śpiewy, gra na instrumencie, recytacja. Było bardzo uroczyście. Szkoda, że wielu z tych, którzy przyszli, nie chodzi regularnie do kościoła. Po nabożeństwie udaliśmy się na wspólną kolację. My mogliśmy się pochwalić polskimi tradycjami. Przynieśliśmy opłatki, drobne ciasteczka, makówki, sałatkę jarzynową. Wspólny posiłek był jak zwykle czasem rozmów.
Po zakończeniu tego spotkania ok. 19:00 wróciliśmy do domu. Mieliśmy jeszcze sporo pracy i ostatnich przygotowań. Ok. 21:00 wyprawiliśmy Maciusia spać i sami zasiedliśmy do stołu wigilijnego. To była nasza pierwsza samodzielna wigilia. Nie obyło się bez małych wpadek - mocno przepieprzyłem (dosłownie) barszcz. Było bardzo miło, tak naturalnie. Po kolacji otworzyliśmy prezenty. Były piękne, trafione. Najbardziej ucieszyły mnie gry, które dostałem od żony - Totem i Dżanga. Już dwa dni później mogliśmy je wykorzystać na spotkaniu z Żaną i Nataszą. Tak właśnie minął nam ten wigilijny dzień.

środa, 23 grudnia 2009

Przygotowania


U nas w domu wielkie przygotowania. Wigilia już jutro, a tak wiele jeszcze do zrobienia. Choinka już przystrojona. W tym roku mamy sosenkę. Ciężko było kupić coś sensownego. Świerki były tylko małe, a o jodle nie ma co marzyć. Dla ludzi tutaj choinka to symbol noworoczny. Właśnie Nowy Rok obchodzony jest najbardziej uroczyście. Rozmawiałem wczoraj z jedną z parafianek. Powiedziała mi, że poprzedni system skutecznie wykorzenił tradycje bożonarodzeniowe. Co prawda w ostatnich latach te tradycje znów są przypominane, ale i tak święta stoją w cieniu Nowego Roku. Wszyscy więc ostatnio składają nam już życzenia noworoczne.
W czasie przygotowań do świąt jeszcze bardziej zauważam różnice kulturowe. To co jest normalne w Polsce tutaj w sklepach jest nie do kupienia. Nigdzie nie mogłem znaleźć korzenia pietruszki i selera. Ukraińcy te części roślin wyrzucają. Jarzynowa sałatka świąteczna będzie więc bez tych warzyw. Nigdzie też nie mogłem znaleźć mielonego maku. Cóż makówki... do zobaczenia w przyszłym roku.
Dla nas z Natalią te święta są pierwszymi "samodzielnymi", a na przygotowanie mieliśmy tak mało czasu. Cóż, może brak pewnych świątecznych dodatków pozwoli nam jeszcze lepiej odkryć sens tych świąt.
W związku ze zbliżającymi się świętami, życzymy Tobie, czytelniku naszego bloga, Bożego błogosławieństwa i odkrycia na nowo istoty tych świąt.

wtorek, 22 grudnia 2009

Zima w Berdiańsku

Wyjeżdżając z Polski byliśmy wystraszeni przez doniesienia o zimie na Ukrainie. Zima rzeczywiście tutaj zapanowała i wiele miejsc zostało zasypanych. W Berdiańsku też napadało, ale tylko troszkę. Mrozów wielkich nie ma. Wczoraj było ok. -6 °C (wieczoram do -8). Chociaż temperatury nie są aż tak niskie, to jednak ze względu na wiatr od morza chłód jest zazwyczaj bardziej odczuwalny. Niestety warunki drogowe, które tutaj panują, są znacznie bardziej nieprzyjazne niż w Polsce. Chodniki i drogi są oblodzone i nikt nic z tym nie robi. Nie ma mowy o posypaniu solą czy innymi środkami. Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Cóż, mimo największych starań zachowania ostrożności ja też "wywinąłem dziś orła". Aż strach pomyśleć, jak w tych warunkach radzą sobie osoby starsze i niepełnosprawne. Bardzo ciekawe jest to, jak drogowcy radzą sobie z nadmiarem śniegu i lodu na drogach. Do oczyszczenia ulic używają koparek i młotów pneumatycznych. Niestety narzędzia te nie tylko oczyszczają drogi, ale je też niszczą. Trudno się więc nie dziwić, że ulice w miastach są tak dziurawe. Wtorki i czwartki to dni, w którym pełnię dyżur na parafii. Niestety w kancelarii jest zazwyczaj zimno. Kancelaria to duże i wysokie (ok. 5 m wysokości) pomieszczenie. Bardzo trudno go więć ogrzać. Nie mamy centralnego ogrzewania i jedyne ciepło płynie z małego piecyka elektrycznego. W czasie dyżurów siedzę więc zazwyczaj w kurtce i ogrzewam się ciepłą herbatą. Bardzo cieszę się zatem, gdy mogę wrócić do ciepłego mieszkania. Tutaj akurat mamy centralne ogrzewanie. Sami decydujemy, kiedy włączyć nasz gazowy piec i jak intensywnie powinien on grzać.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dotarliśmy

W końcu jesteśmy w domu, w Berdiańsku. To była długa podróż. Z Polski wylecieliśmy w piątek późnym wieczorem, a do Berdiańska przyjechaliśmy dopiero dziś po południu. Normalnie bylibyśmy już na miejscu w sobotę wieczorem. Jednakże niedzielę spędziliśmy na nabożeństwie w Zaporożu, drugiej parafii, którą Wiesiek się opiekuje. Wczorajszy deszcz i obawa przed gołoledzią na drogach przytrzymała nas tam nieco dłużej.
Za nami dobry, choć jak zwykle intensywny czas w Polsce, który spędziliśmy na różnych załatwieniach i spotkaniach. Dziękujemy wszystkim, którzy modlili się o nasz bezpieczny wyjazd i powrót.
Przed nami szybkie i intensywne przygotowania do świąt. Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążymy.

niedziela, 13 grudnia 2009

Milcząco...

Obecnie jesteśmy w Ustroniu. Postanowiliśmy na kilka dni "zamilknąć". Czas, który poświęcaliśmy na zamieszczanie postów, chcemy poświęcić bliskim. Pozdrawiamy wszystkich czytelników i zapraszamy do odwiedzania naszego bloga po 20 grudnia.

wtorek, 8 grudnia 2009

W drodze...

Jesteśmy już prawie spakowani. Przed nami ok. 30 godzin podróży. Najpierw do Malitopola autobusem. Potem nocnym pociągiem do Kijowa. Rano będziemy już w Kijowie. Ok. 11:00 spotykamy się tam z księdzem parafii luterańskiej. Po południu pojedziemy na lotnisko i jeśli będzie wszystko dobrze, to ok. 20:50 wylądujemy w Pyrzowicach. Potem jeszcze podróż samochodem do Ustronia. To nasze plany na najbliższe godziny. To znaczy, że następny wpis ukaże się, jeśli Pan pozwoli, dopiero w czwartek. Proszę módlcie się, żeby wszystko przebiegło dobrze i bezpiecznie.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Polak katolik

Bardzo rozbawiła mnie krótka rozmowa z jedną z parafianek w ostatnią niedzielę. Wspominaliśmy o tym, że jedziemy na krótki czas do Polski. W związku z tym w rozmowie starsza pani pyta mnie, czy może jedziemy chrzcić Maćka. Na co ja odpowiadam, że był chrzczony w październiku podczas naszej ostatniej wizyty w kraju. W tym momencie pada pytanie: "A w jakiej wierze, w katolickiej, tak?" Oczywiście zapewniłam ją, że jesteśmy luteranami i w takim też kościele ochrzciliśmy naszego syna. Była bardzo zdziwiona.
Długo zachodziłam w głowę, jak ta pani wpadła na to, żeby pastor i jego żona, którzy przecież służą u nich w luterańskiej parafii, mogliby być katolikami. Dopiero mój mąż uświadomił mi, że ta skądinąd zabawna wymiana zdań pokazuje jednak dość smutną prawdę. Wiele ludzi w tutejszym kościele wyznanie łączy z narodowością. Stąd Niemcy to luteranie (jakoś pomija się fakt, że przecież Niemcy są podzielone wyznaniowo), a Polacy to katolicy. Ot, taka często jest świadomość wyznaniowa wielu naszych parafian.
To mi przypomniało też inną zabawną historię, którą opowiedział nam pastor opiekujący się tutejszą diecezją. Jedna zatroskana parafianka przyszła do niego i pyta, czy Kościół stracił parafię w Berdiańsku. Ks. Sander w pierwszej chwili nie wiedział, o co chodzi. Pani wyjaśniła jednak zaraz swoje obawy. Chodziło jej o to, że zapewne skoro pastorem w Berdiańsku jest Polak to parafia stała się katolicka.
Często jest nam z tym ciężko. Próbujemy uświadamiać naszym parafianom, że wyznanie nie musi wiązać się z narodowością i że nie trzeba stawać się Niemcem będąc luteraninem. W wielu jednak głowach jest to nierozerwalnie związane, a pewne rytuały i elementy "kultury" w tej parafii jeszcze to przekonanie wzmacniają. Delikatnie próbujemy z tymi stereotypami walczyć, ale to bardzo długotrwały proces.

sobota, 5 grudnia 2009

Przed wyjazdem

Zacząłem dziś pracę nad nową gazetką. Tym razem na Boże Narodzenie. Ponieważ jedziemy do Polski na 10 dni, to trzeba wszystko wcześniej przygotować. Teksty powinny być już w poniedziałek przetłumaczone i sprawdzone. Chciałbym czas w Polsce wykorzystać jak najlepiej. Załatwić potrzebne sprawy służbowe, spędzić czas z rodziną, zrobić potrzebne zakupy (sklepy w Polsce są o wiele lepiej zaopatrzone). Bardzo cieszymy się oboje, że jeszcze przed świętami odwiedzimy nasze rodzinne strony. Dla mnie to już drugie święta poza Polską, dla Natalii pierwsze. Tęsknię do tych rodzinnych pięknych świąt. Mimo wszystko na Ukrainie to już nie to samo. Wiem, bo dwa lata temu spędzałem je w Łucku. Święta według porządku prawosławnego wypadają 7 i 8 stycznia, więc 25 i 26 grudnia są tutaj normalnymi, roboczymi dniami. Ludzie nawet nie mogą przyjść do południa do kościoła. Mamy tylko jedno świąteczne nabożeństwo 24 grudnia. Cóż, może ta inna atmosfera pozwoli nam na nowo odkryć głębię i istotę Bożego Narodzenia.
Dziś tak krótko. Ostatnio bowiem odkrywamy, jak ważne jest to, żeby spędzać więcej czasu ze sobą.

piątek, 4 grudnia 2009

Ach ta biurokracja...

Byłem dziś w Zaporożu w siedzibie władz wojewódzkich. Potrzebowałem pismo, które stanowi podstawę do wydania wizy dla Natalii i Maciusia. Dwa lata temu dostałem wizę na trzy lata i jest ona jeszcze rok ważna. Natalia dostała w styczniu wizę tylko na jeden rok. Maciuś takiej wizy w ogóle nie posiada. To wszystko jest dość skomplikowane. Zwracaliśmy się do różnych instytucji z pytaniem o wizę i otrzymywaliśmy różne odpowiedzi. W Berdiańsku władze oświadczyły, że Natalia może otrzymać przedłużenie wizy na miejscu w Berdiańsku, a Maciuś jej w ogóle nie potrzebuje. Konsul natomiast oświadczył, że dobrze żeby Maciuś miał wizę. Cały problem polega na różnicy prawnej. Na Ukrainie dziecko jest wpisane w paszport rodziców, w Polsce zaś nie ma takiej możliwości. Wyrobienie wizy to 240$. Nie chcemy przepłacać, a z drugiej strony nie chcemy mieć problemów na granicy. Mamy rozterki. Chyba jednak zdecydujemy się wyrobić wizę dla świętego spokoju. Co prawda bez wizy można przebywać na Ukrainie 90 dni, ale potem trzeba wyjechać i wrócić dopiero za 90 kolejne dni (na 180 dni można przebywać tutaj tylko 90). Niestety Ukraina to taki dziki wschód. Nikt nic nie wie, a biurokracja jest bardzo rozbudowana. Pamiętam jak ksiądz z parafii katolickiej opowiadał, jakie miał problemy na granicy, tylko z powodu kształtu pieczątki. W jego paszporcie jakiś urzędnik wbił pieczątkę prostokątną, a potrzebna była okrągła (albo na odwrót). Celnicy robili mu wtedy bardzo wielkie problemy. Dziś na szczęście urzędnik z komitetu do spraw religijnych był bardzo miły i szybko odpowiedział na nasze petycje. Niestety często można spotkać się na Ukrainie z wielką "biurokratyczną niegościnnością" - żeby coś załatwić trzeba przejść dużo instancji. Dodatkowo prawo jest dość niejasne i urzędnicy bojąc się popełnić błąd odsyłają od "Annasza do Kajfasza". Oni sami czekają często zaś na łapówkę. To tak zwana opłata za przyśpieszenie procedur. Wydaje mi się, że władza uderza tutaj do głowy o wiele bardziej niż w naszym kraju. Cóż, niestety ślady historii (carskiej Rosji i komunizmu) widać i w tych papierkowych sprawach.

czwartek, 3 grudnia 2009

Wzięte za bardzo dosłownie...

Wróciłem dziś z Odessy. Przyjechałem do Berdiańska ok. 2:30 nad ranem. Miałem jeszcze spory kawał do przejścia po mieście. Niestety nie mogłem wezwać taksówki, bo bateria w komórce mi padła. Mimo wszystko jednak taka nocna przechadzka była dość ciekawa. Na szczęście nie było tak bardzo ciemno, wiec nie wpadłem do żadnej dziury. Choć i tak napotkałem otwarte studzienki i inne atrakcje.O tym co było na konferencji opowiem kiedy indziej.
Powrócę jeszcze teraz do gazetki, którą ostatnio wydałem. Siedziałem dziś na parafii na dyżurze i Artur opowiedział mi śmieszny komentarz, który usłyszał odnośnie tej gazetki. Zadzwoniła do niego jedna z parafianek, kobieta ponad osiemdziesięcioletnia, która nie może już, ze względu na chorobę, przychodzić do kościoła. Gazetkę do domu dostarczyła jej wnuczka. Staruszka pochwaliła ten nowy "wyrób". Powiedziała, że bardzo się jej ta gazetka podoba, że jest interesująca, ale niestety nie może zrozumieć, dlaczego znalazł się w niej artykuł o łowieniu ryb. To mnie niezmiernie rozśmieszyło, bo rzeczywiście zamieściłem tam opowiadanie Bruno Ferrero o sieci rybackiej, ale tak naprawdę był to tylko pewien metaforyczny obraz, który odnosił się do tematyki adwentowej - wieczności. Nie chciałem wszystkiego tłumaczyć i wolałem, żeby czytelnicy się trochę zastanowili. No cóż, ta kochana starsza pani wzięła to opowiadanie za bardzo dosłownie. Rozśmieszyło mnie to, ale z drugiej strony ucieszyłem się, że ludzie czytają, a gazetka trafia nawet do tych, którzy nie potrafią już przyjść do kościoła. Zamieszczam opowiadanie, tylko proszę, nie bierzcie go zbyt dosłownie!

Fiord pogrążony był w głębokiej ciszy nocy arktycznej. Woda pluskała lekko na plaży. Rybak Hans, w ciepłym, pachnącym drewnem domu, wiązał oczka sieci szykując się na nadchodzący sezon połowów. Był sam w pobliżu kominka. Jego ukochana żona Ingrid spoczywała na małym cmentarzyku przy kościele... Nagle dały się słyszeć radosne śmiechy. W otwartych drzwiach stanęła jego ukochana córka Guendalina trzymając za rękę braciszka Eryka. 
- Guandelino, masz teraz wakacje. Może zajmiesz moje miejsce i zaczniesz wiązać oczka sieci na nowy połów, ja tymczasem pójdę naprawić łódź. 
- Dobrze tatusiu! 
Godziny mijały. Guandelina pracowała wytrwale, oczko po oczku, węzeł po węźle. Ale dni płynęły jeden za drugim. Sznurek był chropowaty a apretura powodująca nieprzemakalność była szorstka, ręce bolały. Małe koleżanki wołały od drzwi: 
- Guandelino, chodź pobawić się z nami! 
Oczka rozluźniały się coraz bardziej, węzły były coraz słabsze, sznurek coraz mniej wytrzymały. 
Nadeszła wiosna. Fiord rozświecił się pierwszymi promieniami słońca. Zaczęły się połowy. Dumny z pracy swej ukochanej córki Hans-rybak załadował swoją nową sieć na starą wierną łódź. 
- Chodź ze mną, mały Eryku, na pierwszy połów. 
Uradowany chłopczyk wskoczył na pokład. Łódź spłynęła na wodę. Sieć zagłębiła się w zielono-niebieskich falach. Eryk klaskał w ręce, jak srebrzyste ryby wskakiwały do sieci. 
- Cudowny połów! Pomóż mi wyciągnąć sieci, synku! Eryk ciągnął, ciągnął ze wszystkich sił. Ale zwyciężony ciężarem, wpadł do wody w sam środek sieci. 
- To nic - pomyślał Hans-ryba szybko wciągając sieć do łodzi. - Moja sieć jest mocna! To moja Guandelina zrobiła ją swoimi rękoma. Wyciągnę Eryka razem z rybami. 
Sieć wyszła z wody lekka. Pośrodku miała wielką dziurę. Źle powiązane węzły rozluźniły się. Oczka otwarły się. A mały Eryk spoczywał na dnie fiordu. 
- Ach! Gdybym każde oczko wiązała z miłością! - płakała Guandelina. 

Każdego dnia człowiek wiąże sieć wieczności. Każdy dzień stanowi jeden węzeł. Możesz o tym nie myśleć, ale nadejdzie dzień połowu i zależeć on będzie również od tego, co zwiążesz dzisiaj.

środa, 2 grudnia 2009

Słodkie przygotowania

Właśnie pierwszy raz w życiu zarobiłam ciasto na piernik i pierniczki. Nie mam jednak dobrego przeczucia. No cóż, zobaczymy, jak wyjdą. Pierniczki już nieraz piekłam i lukrowałam, ale ciasto zawsze zarabiała mama. Przyszła jednak pora na samodzielność :)
Zabrałam się za to tak wcześnie, ponieważ w przyszłym tygodniu jedziemy do Polski i wrócimy dopiero kilka dni przed świętami. Nie będzie więc czasu na wielkie wypieki, a przecież coś słodkiego w święta byłoby mile widziane.
Podstawowy cel naszej podróży to załatwienie wiz dla mnie i Maćka. Niestety okazuje się, że nasz synek również musi mieć ten dokument, więc jesteśmy zmuszeni załatwić to szybciej niż pierwotnie sądziliśmy. Ukraińcy wiedzą jak łatać dziurę budżetową. 240 dolarów za wizę na rok to zawsze jest jakiś grosz.
W najbliższych dniach czeka mnie więc sporo spraw do załatwienia, a przygotowanie świąt odbędzie się w przyspieszonym tempie. Dobrze, że przynajmniej prezenty już kupione.
Teraz jednak zmykam już do spania. Nie wiem, ile razy tej nocy Maciuś mnie obudzi. Napewno jednak przynajmniej raz obudzi mnie mój mąż, który powinien wrócić nad ranem z Odessy, gdzie uczestniczył w konferencji księży.

wtorek, 1 grudnia 2009

Inny adwent

Tradycje bywają różne. Przyzwyczajona do stonowanych adwentowych dekoracji z pewnym zaskoczeniem przyjęłam wygląd naszej kaplicy i sali parafialnej w ostatnią niedzielę.
O porządek i wystrój kaplicy dba Artur - kurator, organista i kościelny w jednej osobie. Z pomocą kilku osób wprowadził w sali iście bożonarodzeniowy nastrój. Choinka ustrojona kolorowymi bombkami i migającymi światełkami, gwiazda betlejemska pod sufitem, wieńce adwentowe, świece, kalendarz adwentowy - tutaj wszystkie te dekoracje pojawiają się już w pierwszą niedzielę adwentu. To oczywiście też ma swój urok. Ja jednak wychowałam się w domu, w którym przez całe dzieciństwo choinka pojawiała się dopiero w wigilijny poranek i podoba mi się różnica między czasem adwentu a bożonarodzeniowym. Choć może już dziś w pogoni za prezentami i "magią świąt" zupełnie to zagubiliśmy.
Z radością przyjęłam jednak inny tutejszy zwyczaj. Już teraz śpiewa się kolędy na zakończenie nabożeństwa. A że śpiewania kolęd nigdy dość, przynajmniej moim zdaniem, to miło będzie nacieszyć się nim dłużej.
Zachwycałam się również unikatowym kalendarzem adwentowym z pięknymi symbolami i misternymi rysunkami. Każde okienko zawiera także wiersz biblijny. Niestety kalendarz jest po niemiecku. Szkoda, że tak niewielu parafian zna ten język.

Gdy w końcu dotarliśmy w niedzielę do domu, przy blasku pierwszej adwentowej świecy w naszym wieńcu zaśpiewaliśmy kilka adwentowych pieśni. Kalendarz wypełniony słodyczami czeka na swoich amatorów i będzie cierpliwie odliczał dni do Bożego Narodzenia i do momentu, gdy w naszym mieszkaniu stanie ustrojona choinka.
Jednakże niezależnie od tradycji i miejsca, w którym spędza się przedświąteczny czas, przesłanie pozostaje to samo. Więc czuwajmy i czekajmy na Jezusa.