poniedziałek, 16 listopada 2009

Wyciąganie trupa z szafy

Wróciłem już z Polski. Podróż trwała ponad 24 godziny. Troszkę spałem. W Kijowie na dworcu kolejowym musiałem spędzić noc i zdecydowałem się, że pójdę do sali wypoczynku. Sala ta znajduje się na górze dużego dworca w Kijowie. Wyglądała jak hotel. Za ok. 30 zł wykupiłem miejsce do spania - łóżko w pokoju czteroosobowym, pościel, dostęp do łazienki. Troszkę wypocząłem. Później czekał mnie jeszcze cały dzień podróży. Najpierw w pociągu ekspresowym, a następnie w autobusie. W pociągu w każdym przedziale znajduje się telewizor. Puszczano filmy rosyjskie, więc oglądałem. Bardzo dużo myślałem. Analizowałem różne sytuacje, które miały miejsce na kursie duszpasterskim. Po każdym kursie sporo myślę, analizuję, "wsłuchuje się w swoje uczucia". Ostatnie dni bardzo dużo przyniosły. Kurs ten to nie wykłady, ale nauka przez doświadczenie. To zresztą nie tylko nauka, ale odkrywanie nowych przestrzeni, poznawanie samego siebie, często leczenie zranień z przeszłości. Myślę, że przez doświadczenia tych kilku dni (to była kolejna sesja tego kursu) staję się lepszym człowiekiem, duszpasterzem, może również kaznodzieją i teologiem. Co przez to rozumiem? Człowiekiem - bo łatwiej mi nawiązywać głębsze relacje i po prostu być z drugą osobą. Wpływ tego kursu widoczny jest chociażby w naszym małżeństwie. Ja nie lubię mówić o swoich negatywnych emocjach (tzn. np. o złości, gniewie). Wcześniej zazwyczaj się w takich momentach wycofywałem i milczałem. To zaś negatywnie wpływało na Natalię. Od jakiegoś czasu uczę się, żeby nie zrywać w takich momentach relacji, ale starać się werbalizować swoje uczucia. To nam bardzo pomaga wzajemnie się zrozumieć w małżeństwie. Czasami gdy się blokuję, Natalia po prostu mówi do mnie: "Kochanie, powiedz mi co czujesz". Taka prośba zazwyczaj pomaga i dalej już umiemy zmierzyć się z problemem. Kurs uczy mnie być lepszym duszpasterzem. Jeszcze sporo muszę się uczyć, ale już dużo się nauczyłem. Ostatnio zrozumiałem ważną rzecz. W duszpasterstwie nie chodzi o to, żeby rozwiązać problem osoby, z którą rozmawiam, ale żeby z nią być, nawiązać głębszą więź, towarzyszyć jej w odkrywaniu, rozumieniu, przeżywaniu, czasami również rozwiązywaniu problemu. Dla mnie ta nauka jest trudna, bo często zamiast po prostu "być" zadaję sobie pytanie: "co mogę zrobić?". Na kursie często mówimy o rzeczach dla nas wstydliwych. Nigdy nie jesteśmy do tego zmuszani. Mam jednak świadomość, jak chyba i inni, że nie sposób być dobrym duszpasterzem, jeśli nie przerobiło się i zrozumiało własnej historii życia. Często takie opowiadanie historii ze swojego życia to jak "wyciąganie trupa z szafy". Każdy z nas ma takiego. Tym "trupem" są wstydliwe i skrywane przez nas, czasami latami, trudne doświadczenia. Wstyd skłania nas do ukrywania się i zamyka nas często w swoim więzieniu, utrudniając nam relacje z innymi. Kiedy sam przezwyciężam ten wstydu to doświadczam poczucia wolności. Jeśli chodzi o głoszenie kazań to myślę, że nauka wyrażania emocji i rozumienie historii swojego życia pomaga mi (mam nadzieję) w byciu bardziej naturalnym w głoszeniu Słowa. Zmienia się również moje rozumienie Boga i przeżywanie Jego obecności. Ale o tym kiedy indziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz