wtorek, 3 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. I)

Za oknami śnieg, a za nami Pamiątka Umarłych. Ostatnie miesiące to czas, w którym dużo myślałem o przemijaniu. Do takich przemyśleń skłoniły mnie wydarzenia związane ze służbą i życiem osobistym. Rozpocznę może od tych służbowych.
Na wiosnę musiałem zmierzyć się z trudnym zadaniem. Pierwszy raz stałem nad łóżkiem umierającej osoby. To była parafianka z Zaporoża mająca ponad siedemdziesiąt lat, matka i babcia. Pojechałem do szpitala, bo chciała się wyspowiadać i przyjąć komunię. Była już po kolejnej operacji. Miała raka. Lekarze nie dawali już żadnych szans. Prawie oczywistym było to, na ile śmierć może być oczywista i do końca przewidziana, że to jej ostatnie dni. Z drżeniem na ramieniu poszedłem do szpitala. Wcześniej jeszcze rozmawiałem z jej rodziną, synem i synową. Zastanawiałem się, co powiedzieć i jak pomóc tej kobiecie i jej rodzinie. Widziałem ją wcześniej tylko raz. Nawet nie pamiętałem jej twarzy. Było mi bardzo przykro, że umiera. Podczas naszego spotkania dopadła ją gorączka. Trzęsła się cała z zimna. Pamiętam, że chciałem przeczytać jej Psalm 23, ale ona wcześniej sama powiedziała, że chce go zmówić. Z uśmiechem wypowiadała te słowa biblijne. Sama wyraziła później pewność tego, że Bóg jest z nią jako jej Dobry Pasterz. Nie wiem, na ile była świadoma tego, że umiera. Podczas spotkania zadawałem sobie ciągle pytanie: czy mogę zrobić coś więcej? Wiem, że dla niej tak ważne było to, że byli przy niej bliscy. Ona tak bardzo potrzebowała ciepła…
Kiedy opuszczałem salę szpitalną, chciałem zapamiętać twarz tej osoby. Trudno mi było się pożegnać, wiedząc, że już jej raczej nie zobaczę. Do dziś pamiętam tę niską kobietę. Choroba dość mocno zniekształciła jej twarz. Na jej rysach malował się strach (choć było można zobaczyć i radość, kiedy mówiła o tym, że odczuwa bliskość Boga). Strach był związany chyba z tym, że nie do końca wiedziała, co się z nią dzieje.
Dochodzę do wniosku, że bardzo ważne jest to, żeby bliscy do końca towarzyszyli umierającym. Rodzina może obdarzyć ciepłem i zmniejszyć lęk. Śmierć to coś nieznanego i dlatego wywołuje strach. Śmierć wiąże się jednak zawsze z samotnością odchodzącego, chociaż wokół może być tak wiele osób.
Myśląc o tym, co nieuchronne dla każdego z nas (chyba że Chrystus przyjdzie wcześniej), życzę sobie pewności, że Dobry Pasterz będzie blisko mnie, nawet w tej chwili największej samotności. Przypominam sobie też opowiadanie i wiersz Bruno Ferrero „Most” (z książeczki „Życie jest wszystkim, co posiadamy”):
Wieśniak i jego syn wędrowali w kierunku pobliskiej wioski na doroczny targ. Droga przebiegała przez kamienny mostek, spękany i chwiejący się nad wezbraną rzeką. Dziecko wystraszyło się. – Ojcze, myślisz że mostek wytrzyma? — spytało. Ojciec odpowiedział: — Będę trzymał cię za rękę, mój synu. – I chłopiec wsunął rękę w dłoń ojca. Z wielką ostrożnością przekroczył most u boku swojego ojca i doszli do miejsca przeznaczenia.
Wracali, gdy zapadał zmrok. Gdy wędrowali, malec zapytał: - A rzeka, ojcze? Jak zdołamy przekroczyć ten niebezpieczny most? Boję się!
Mężczyzna, silny i masywny, wziął na ręce małego i powiedział do niego: - Zostań tu, w moich ramionach, a będziesz bezpieczny.
Kiedy wieśniak szedł naprzód ze swoim cennym ciężarem, chłopczyk głęboko zasnął.
Następnego ranka mały obudził się, cały i zdrowy, w swoim łóżeczku. Światło słoneczne wpadało przez okno. Malec nawet nie zauważył, kiedy został przeniesiony nad rozszalałym strumieniem i znalazł się z dala od mostu. Taka jest śmierć chrześcijanina.
Wydaje się wam...
że zbliżacie się do brzegu —
i odkrywacie, że jesteście w Raju:
że chwytacie dłoń –
i widzicie, że jest to dłoń Boga,
że oddychacie nowym powietrzem —
i czujecie, że to woń nieba,
że zostaliście odmłodzeni —
i pojmujecie, że to nieśmiertelność,
że przechodzicie
ze straszliwego sztormu do niezwykłej ciszy,
że budzicie się —
i okazuje się, że jesteście w Domu!

1 komentarz:

  1. hi, czytalam to entry duzo wczesniej -i bardzo mnie wzruszylo...
    zee

    OdpowiedzUsuń