czwartek, 19 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. III)


Ciocia Ania była jedną z najbliższych osób z rodziny mojej mamy. Mama nie ma bliskiej rodziny, a Anna była jej dalszą kuzynką. Łączyły nas dobre stosunki. Choć mieszkała niedaleko, to właśnie do niej pierwszy raz wyjechałem na wakacje (miałem wtedy 8 lat). Pamiętam, że była bardzo ciepłą i kochaną osobą. Odwiedzaliśmy ją czasami, a ona, jeśli mogła, okazywała nam pomoc. Na przyjęciu weselnym w zeszłym roku towarzyszyła nam aż do końca. Choć nie tańczyła i chyba nie była to dla niej wielka atrakcja, to jednak była z nami. Natalia i ja odebraliśmy to jako wielki przejaw miłości. Jeszcze w tym roku na krótko ją odwiedziłem, żeby przekazać zdjęcia z naszego wesela. Nie miałem wtedy zbyt wiele czasu i obiecałem, że następnym razem, jak będę w kraju, to przyjadę na dłużej.
Do kraju następnym razem przyjechałem wraz z rodziną dopiero 21 września. Dowiedziałem się, że ciocia trafiła niedawno do szpitala. Miała jakieś problemy z trzustką. Chyba następnego dnia doszła do mnie wiadomość, że ma raka. Jej stan był beznadziejny. Nie wiedziałem, że choroba jest tak bardzo zaawansowana. W tym czasie byłem bardzo zajęty. Miałem różne spotkania itd. Postanowiliśmy z Natalią, że pójdziemy do szpitala w następny wtorek. We wtorek rano zadzwonił mój kuzyn i prosił o komunię dla mamy. Załatwiłem naczynia komunijne i po południu ok. 16 udaliśmy się z Natalią do szpitala. Kiedy wszedłem do sali o numerze, który mi podał mój kuzyn, nie znalazłem tam cioci. Poszedłem do pielęgniarek i chciałem się dowiedzieć, gdzie ona leży. Pielęgniarka spytała wtedy, czy jestem z rodziny i czy przyjechałem po rzeczy. Dopiero w tym momencie zrozumiałem, co się stało. Spóźniliśmy się 2 godziny. Ciocia umarła o 14:15. Krew podeszła mi aż do głowy. Byłem bardzo zaskoczony. Spóźniłem się. Nie zdążyłem podziękować mojej kochanej cioci za jej miłość. Nie zdążyłem się pożegnać. Przypomniał mi się wtedy wiersz ks. Jana Twardowskiego „Śpieszmy się”. Zrozumiałem też, jak ważne jest dbanie o relacje z najbliższymi.  
Na pogrzebie było bardzo dużo osób. Ja miałem przemówienie nad grobem. Patrząc na te tłumy, pomyślałem, że ciocia śpieszyła się kochać ludzi...


Śpieszmy się  

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego


Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno


Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny


Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


ks. Jan Twardowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz