poniedziałek, 30 listopada 2009

Trudno czasem...

Ech... ostatnio ze snem Maćka do samego ranka są pewne kłopoty. Czy takie głodne dzieciątko, czy tak zęby przeszkadzają w spaniu - kto go tam wie? Pierwszy ząb przedarł się już na świat, a drugi idzie w jego ślady, więc nic dziwnego, że może to nieco przeszkadzać w spokojnym śnie. Wszystko też ląduje w buzi - zabawki, książki, rączki, nawet stópki.
Kłopoty były również z dzisiejszym dniem, a raczej z tym, że Maciek został zaszczepiony przeciwko kilku chorobom. Był niezwykle dzielny i przy samym szczepieniu nie płakał, jednak popołudnie i wieczór trudno zaliczyć do udanych. W końcu jednak udał się do słodkiej krainy snów. Takie to czasem bywa trudne życie nawet tych najmłodszych, a przy nich też i dorosłych.

sobota, 28 listopada 2009

Gazetka numer dwa

Dziś za nami tworzenie, tym razem ściennej, gazetki na okoliczność adwentu. Jest na tyle późno, że czas przyszedł na zasłużony odpoczynek. Tym bardziej, że wcześniejsze wstawanie nas czeka, jak to w niedzielę. Trzeba ze wszystkim zdążyć, żeby na czas znaleźć się w kościele.
Cieszę się, że udało nam się dziś wyskoczyć na pizzę. Staramy się zawsze w okolicach 25-tego każdego miesiąca zrobić razem coś fajnego - obejrzeć film czy pójść w jakieś miłe miejsce. 25-tego ponieważ wtedy mija kolejna "miesięcznica" naszego spotykania się (25.01.2008) i ślubu (25.10.2008). Ot, żeby zwyczajnie choć na chwilę nieco wyrwać się z codzienności. Ostatnio jednak nie zawsze udaje nam się to dokładnie w danym dniu, ale ważne że w ogóle.
Tę sobotę można chyba zaliczyć do udanych. I nawet Maciek powinien się cieszyć, bo rodzicom udało się mu kupić jakiś drobny prezent na Mikołajki :) Mam nadzieję, że odwdzięczy nam się twardym snem do samiutkiego ranka. Dobranoc...

piątek, 27 listopada 2009

Chorobowo...

Obudziłem się dziś w nocy i stwierdziłem, że mi się w głowie kręci. To straszne uczucie. A ja nic nie piłem! Pomyślałem, że to od kręgosłupa. Męczę się tak już cały dzień. Zadzwoniłem do masażysty z prośbą o zabieg. Przyszła terapeutka. Stwierdziła, że z kręgosłupem jest raczej wszystko ok. Sam już nie wiem, co to mi jest. Mam nadzieję, że to kręcenie minie i nie będę się musiał męczyć więcej. Odwołałem wyjazd do Zaporoża. Nie chciałem tego robić, bo umówiłem się już z dwoma paniami na odwiedziny. Cóż, stwierdziłem jednak, że nie chcę tam jechać w takim stanie.
Moja żonka wyżywa się teraz artystycznie - robi wieniec adwentowy. Ma talent i chęci dziewczyna. Nasz maluszek leży sobie obok i bawi się. Jakiś czas temu wyszedł mu pierwszy ząbek. Pozostałe też się chyba przeżynają. On bardzo się ślini i nie chce spać.
20 gazetek parafialnych wydrukowanych i poskładanych. Pozostałe wydrukuję, gdy pojadę do Zaporoża. Skończył mi się zresztą tusz. Fajnie, że cartridge można napełnić za ok. 5 zł każdy. Ciężko byłoby bez drukarki.
Na parafii były ostatnio wielkie porządki - już przedświąteczne. Ciekawe jest to, że choinkę stroją już na pierwszą niedzielę Adwentu. Wtedy też po nabożeństwie zaczynają śpiewać sobie kolędy. Jakoś szybko, ale stwierdziłem, że nie będę walczył z tą tradycją. Będąc na misji w innej rzeczywistości często zastanawiam się, jak odnieść się do lokalnych zwyczajów. One są bardzo różne i część z nich mi się nie podoba. Przykładem może być zapalanie małych świeczek w kaplicy. Niby jest to dla lokalnych luteran symbol modlitwy, ale za umarłych też zapalają. Dużą cześć oddaje się też Marii. Będąc w różnych kościołach luterańskich widziałem obrazy Marii, czy wręcz ikony. Ostatnio na nabożeństwie w Berdiańsku zaproszona solistka zaśpiewała "Ave Maria" (to co ma śpiewać było wcześniej ustalone, tylko nie ze mną) .To jest dla mnie czymś obcym. W Polsce takie rzeczy są nie do pomyślenia. W takich momentach zastanawiam się, co mam zrobić. Walka z tymi rzeczami i burzenie takich tradycji często prowadzi do konfliktów. Niestety często nawet małe zmiany, które chcę wprowadzić, są odczytywane jako przejaw burzenia całości tradycji. Jeśli zaczynam walczyć z tradycją, to zrażam do siebie tych, którzy są do niej przywiązani. To zaś prowadzi do zamknięcia drzwi na wiele dobrych rzeczy, jak na przykład duszpasterstwo i głoszone Słowo Boże. Walcząc (a może zmieniając) z pewnymi tradycjami, które są ważne dla tych ludzi, prowadzę do tego, że ludzie zamykają uszy na głoszone przeze mnie Słowo. Często też po czasie zauważam, że nie miałem racji w danej sprawie lub że ta druga strona też tę rację miała. Myślę, że przez różne doświadczenia ostatnich miesięcy nauczyłem się ostrożności Staram się też być pokorny. Z drugiej strony często nie mogę i chyba nie powinienem pewnych rzeczy spokojnie znosić. Dlatego modlę się o mądrość, pokorę i odwagę.

czwartek, 26 listopada 2009

Zmęczonego redaktora słów kilka


Skończyłem pierwszy etap pracy nad adwentową gazetką parafialną. Przygotowanie jej zajęło sporo czasu i energii. Dużą pomocą były dla mnie materiały po rosyjsku, które znalazłem w Internecie. Wczoraj też napisałem krótkie kazanie do tej gazetki. Dziś z Arturem (kuratorem) robiliśmy korektę tego tłumaczenia. Z gazetki parafianie z obu moich parafii będą mogli się dowiedzieć o znaczeniu i wymowie Adwentu, różnych tradycjach, takich jak kalendarz i wieniec adwentowy. Zamieściłem też w tej gazetce opowiadanie Bruno Ferrero "Sieć rybacka". Jutro czeka mnie jeszce drukowanie i zszywanie. Na szczęście potrzebuję tylko ok. 40 egzemplarzy. Gazetka nie jest obszerna, zawiera tylko 8 stron, ale i tak było sporo roboty. Następny numer planuję na Święta Bożego Narodzenia.
Nigdy nie pisałem tego, ale dziś chciałem to publicznie wyrazić. Pan Bóg dał mi wspaniałą kobietę. Moja żona oprócz wielu innych walorów ma jeszcze fajny gust. Bardzo mi pomaga w pracy. Cieszę się, że mogę liczyć na radę i konstruktywną krytykę kochającej mnie osoby. Wczoraj na przykład w gazetce zamieściłem ponad 2 strony kolejnej części biografii naszego Reformatora. Moja kochana żona uświadomiła mi jednak, że oprócz tego, że tekst ten zapełnia puste strony, to nijak ma się do tematu adwentowego. Niestety ja czasami w tym co robię wpadam w "księżowski" i "teologiczny" ton. Myślę, że coś jest ważne, ale to takim nie jest - (w sumie chyba mało ludzi z parafii w Berdiańsku zainteresowałoby to, co robił Luter między rokiem 1517 a 1521). Na szczęście moja żona sprowadza mnie w takich chwilach do poziomu normalności. Panie, dzięki Ci za nią!

środa, 25 listopada 2009

W sklepach już świątecznie



Supermarkety Ukrainy nie różnią się wiele od tych w Polsce. I to nie tylko ze względu na ilość i wybór towarów. Również i tutaj już na początku listopada "są święta". Wtedy zawitały tutaj bombki, choinki i inne ozdoby. Jedno mnie tylko zaskoczyło, o czym wcześniej nie pomyślałam i nie wiedziałam - kartki świąteczne. Tutaj najhuczniej świętuje się Nowy Rok, a Boże Narodzenie, które obchodzi się we wschodnim chrześcijaństwie 7 stycznia, nie jest już tak istotne. Zresztą Dziadek Mróz prezenty też przynosi na Nowy Rok. W związku z tym i życzenia wysyłane bliskim są z okazji Nowego Roku. Nie spotkałam więć takich kartem z napisem Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku, ograniczają się one do Szczęśliwego Nowego Roku.

wtorek, 24 listopada 2009

Berło dla głupca

Ostatnia niedziela była Niedzielą Wieczności. Na nabożeństwie wspominaliśmy osoby, które umarły w poprzednim roku. Z tego powodu też w kaplicy zjawiło się dość dużo osób. Tekstem kazalnym była przypowieść o dziesięciu pannach. Przygotowując się do kazania przypomniało mi się opowiadanie Bruno Ferrero „Królewski błazen”. Często w kazaniach wykorzystuję opowiadania tego autora.

To ciekawe, jak bardzo miejsce i zbór wpływa na formę kazań. Na Ukrainie już niejeden raz udało mi się nawiązać dialog podczas kazania. Czasami używam różnych przedmiotów, żeby zobrazować jakaś prawdę duchową. Na tym nabożeństwie dodatkowo zaśpiewała solistka i usłyszeliśmy utwór na organy i flet. To jeszcze bardziej wytworzyło nastrój zadumy. Po nabożeństwie dość długo jeszcze pozostałem na spotkaniu niemieckiego towarzystwa „Przyjaźń”. Spora grupa parafian należy do tego towarzystwa. Zazwyczaj w niedzielę członkowie spotykają się i razem spożywają obiad, rozmawiają, śpiewają. Jakiś czas temu postanowiliśmy, że będziemy starać się być na tych spotkaniach. Chcemy w ten sposób dać im odczuć, że jesteśmy z nimi i dla nich.

Dziś zamieszczam opowiadanie, które ostatnio wykorzystałem.

Królewski błazen


Pewien Król miał swego nadwornego błazna, który umilał mu dni swoimi powiedzonkami i żartami. Któregoś dnia król powierzył błaznowi swe berło, mówiąc:
     - Zatrzymaj je do czasu, aż znajdziesz kogoś głupszego od siebie. Wtedy będziesz mógł mu je podarować.
Kilka lat później król poważnie zachorował. Czując zbliżającą się śmierć, przywołał błazna, do którego w gruncie rzeczy był bardzo przywiązany i powiedział:
     - Wyruszam w długą podróż.
     - Kiedy wrócisz? Za miesiąc?
     - Nie - odparł król. - Nie powrócę już nigdy.
     - A jakie przygotowania poczyniłeś przed tą wyprawą? - zapytał błazen.
     - Żadnych - brzmiała smutna odpowiedź.
     - Wyjeżdżasz na zawsze - powiedział błazen - i wcale się do tego nie przygotowałeś? Proszę, weź to berło. Znalazłem wreszcie głupszego ode mnie!
Jest bardzo wielu ludzi, którzy nie przygotowują się do tej "wielkiej podróży", która czeka każdego z nas. Dlatego ten moment wiąże się dla nich z wielką trwogą. "Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny", mówi Jezus (Mt 25, 13). Czy naprawdę przygotowujesz się do tego?

poniedziałek, 23 listopada 2009

Tęsknimy...


Chciałbym się dziś podzielić z Wami jedną z naszych tęsknot i marzeń. Oboje z Natalią kochamy góry. To właśnie od wspólnych wypraw w góry wszystko się między nami zaczęło.
Pamiętam jak dziesięć lat temu umówiliśmy się z grupką znajomych, że pojedziemy na listopadowy weekend w Karkonosze. Jakoś tak się poukładało, że wszystkim coś wypadło i na dworcu w Katowicach z całej grupy zjawiliśmy się tylko my (Natalia i ja). Zastanawialiśmy się wtedy, co robić - czy wypada, żebyśmy pojechali tylko w dwójkę, czy powinniśmy. Miłość do gór jednak zwyciężyła. Było pięknie. Tak bardzo kolorowo.
Potem nasze drogi się rozeszły. Dopiero praca w CME sprawiła, że znowu się zaprzyjaźniliśmy. Tutaj też dużą rolę odegrały góry. Byliśmy tylko kumplami, ale sporo czasu spędziliśmy na wycieczkach górskich w Beskidach, Tatrach, Pieninach. Tych różnych wypraw było troszkę.
Już jako narzeczeni zobaczyliśmy Karpaty po stronie ukraińskiej, wspinaliśmy się w Frankenjurze (Niemcy). Na podróż poślubną również wybraliśmy się w góry. Zaszyliśmy się na kilka dni w Karpaczu.
No cóż, teraz marzymy o takich wycieczkach. Ja bardzo chciałbym znów zobaczyć Tatry. Niestety okolice, w których mieszkamy, są po prostu płaskie. Marzę o jakiejś wyprawie, o tym, żeby zobaczyć wszystko z góry i być "bliżej" Boga. Góry bardzo nastrajają mnie do refleksji. Cóż, pozostaje cierpliwie poczekać do lata. Może wtedy uda nam się zobaczyć góry na Krymie.
Zapraszam do galerii, tam kilka starych zdjęć z naszych wspólnych wypraw.

sobota, 21 listopada 2009

Ostrożnie, dziura

Wczoraj po południu Wiesiek zaopiekował się Maciusiem, a mnie udało się wyrwać na zakupy. Wychodziłam z domu po 16.00. O tej porze jest już właściwie ciemno. Na nowo więc uświadomiłam sobie jak "ciekawie" może być w Berdiańsku po zmroku. Na pieszego i kierowcę czekają różne "atrakcje". Ulice rzadko są oświetlone. Nietrudno więc o wypadek, gdyż w drogach i chodnikach pełno jest dziur i wybojów. 

Zdarzają się również takie niespodzianki, jak ta na zdjęciu. Przedstawia ono studzienkę ściekową, w której brak włazu. Był on zapewne z metalu, a ten przecież można sprzedać na złom i tym sposobem uzyskać kilka hrywien. Nikt jednak, najwyraźniej, zbytnio się tym nie przejmuje. Podobnie "oznakowanych" studzienek w naszej okolicy jest jeszcze sporo. W całości przetrwały tylko te, które mają włazy z betonu.
Na początku, widząc takie otwarte studzienki z wetkniętymi w nich dla ostrzeżenia gałęziami (niektóre nawet mają jeszcze dodatkowo przywieszone czerwone szmatki), byłam zbulwersowana i nieco przerażona, z czasem jednak zaczęło mnie to bawić. Tylko po zmroku przestaje to być zabawne, bo nawet po własnym podwórku, które niby dobrze znam, muszę chodzić bardzo ostrożnie, żeby nie wpaść w jakąś dziurę. Zdarzają się, o zgrozo, również takie nieoznakowane studzienki. Wczorajsze zakupy skończyły się jednak pomyślnie i z dobrym efektem.

piątek, 20 listopada 2009

Zaproszenie do posłuchania

W ostatnią niedzielę miałem 2 nabożeństwa w Dzięgielowie. Pierwsze w domu pomocy. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Były tam w większości staruszki, kilka osób niepełnosprawnych. Bardzo dawno nie miałem styczności z osobami na wózkach. Nie bardzo umiałem ich przewieźć. Musiałem się troszkę potrudzić. Pomaganie tym ludziom było dla mnie dobrym doświadczeniem. Czułem się z tym dobrze. Pomyślałem tylko, że są oni troszkę odgrodzeni od świata i często my zdrowi i młodsi o nich zapominamy. Tekst biblijny wyznaczony na tę niedzielę był bardzo ciekawy. Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście Mt 25,31-46 (tutaj tylko fragment). Dla mnie ten tekst przeczytany w domu pomocy był wyzwaniem, żebym nie zapominał o osobach starszych i schorowanych. Bardzo chciałbym, jeśli byłaby taka możliwość, częściej odwiedzać i rozmawiać z pensjonariuszami takich ośrodków.
Później miałem nabożeństwo w kościele. Mówiłem o sytuacji na Ukrainie. To wszystko bardzo dobrze się zbiegło, bo ten tekst biblijny i moje ostatnie przemyślenia o diakonii dobrze się ze sobą komponowały.
Jeśli chcecie posłuchać kazania i dowiedzieć się też coś więcej o sytuacji na Ukrainie, to zapraszam. Poniżej podaję link:
http://www.powolani.nazwa.pl/parafia/slowo/nk_2009_11_15b.mp3
Niech Pan Bóg działa w Waszych sercach.

czwartek, 19 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. III)


Ciocia Ania była jedną z najbliższych osób z rodziny mojej mamy. Mama nie ma bliskiej rodziny, a Anna była jej dalszą kuzynką. Łączyły nas dobre stosunki. Choć mieszkała niedaleko, to właśnie do niej pierwszy raz wyjechałem na wakacje (miałem wtedy 8 lat). Pamiętam, że była bardzo ciepłą i kochaną osobą. Odwiedzaliśmy ją czasami, a ona, jeśli mogła, okazywała nam pomoc. Na przyjęciu weselnym w zeszłym roku towarzyszyła nam aż do końca. Choć nie tańczyła i chyba nie była to dla niej wielka atrakcja, to jednak była z nami. Natalia i ja odebraliśmy to jako wielki przejaw miłości. Jeszcze w tym roku na krótko ją odwiedziłem, żeby przekazać zdjęcia z naszego wesela. Nie miałem wtedy zbyt wiele czasu i obiecałem, że następnym razem, jak będę w kraju, to przyjadę na dłużej.
Do kraju następnym razem przyjechałem wraz z rodziną dopiero 21 września. Dowiedziałem się, że ciocia trafiła niedawno do szpitala. Miała jakieś problemy z trzustką. Chyba następnego dnia doszła do mnie wiadomość, że ma raka. Jej stan był beznadziejny. Nie wiedziałem, że choroba jest tak bardzo zaawansowana. W tym czasie byłem bardzo zajęty. Miałem różne spotkania itd. Postanowiliśmy z Natalią, że pójdziemy do szpitala w następny wtorek. We wtorek rano zadzwonił mój kuzyn i prosił o komunię dla mamy. Załatwiłem naczynia komunijne i po południu ok. 16 udaliśmy się z Natalią do szpitala. Kiedy wszedłem do sali o numerze, który mi podał mój kuzyn, nie znalazłem tam cioci. Poszedłem do pielęgniarek i chciałem się dowiedzieć, gdzie ona leży. Pielęgniarka spytała wtedy, czy jestem z rodziny i czy przyjechałem po rzeczy. Dopiero w tym momencie zrozumiałem, co się stało. Spóźniliśmy się 2 godziny. Ciocia umarła o 14:15. Krew podeszła mi aż do głowy. Byłem bardzo zaskoczony. Spóźniłem się. Nie zdążyłem podziękować mojej kochanej cioci za jej miłość. Nie zdążyłem się pożegnać. Przypomniał mi się wtedy wiersz ks. Jana Twardowskiego „Śpieszmy się”. Zrozumiałem też, jak ważne jest dbanie o relacje z najbliższymi.  
Na pogrzebie było bardzo dużo osób. Ja miałem przemówienie nad grobem. Patrząc na te tłumy, pomyślałem, że ciocia śpieszyła się kochać ludzi...


Śpieszmy się  

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego


Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno


Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny


Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


ks. Jan Twardowski

środa, 18 listopada 2009

Rozmowa duszpasterska po rosyjsku

Jestem dziś po dwóch rozmowach duszpasterskich. To dla mnie bardzo trudne. Dlaczego? Ciągle zmagam się z problemami językowymi. Często nie rozumiem, co mówi druga osoba tzw. klient. Tymczasem podczas rozmowy, kiedy rozmówca otwiera się ze swoimi problemami, ciągłe przerywanie i dopytywanie się, czy dobrze zrozumiałem daną wypowiedź i słowo, po prostu przeszkadza. Bardzo trudno wychodzi mi również wyrażanie uczuć w języku rosyjskim. To tak nienaturalne. Bardzo rzadko słyszę, żeby ludzie mówili tutaj o swoich uczuciach. Czasami moje duszpasterzowanie to po prostu bycie z drugą osobą. Pozwolenie jej się wygadać. Milczenie i słuchanie. Myślę, że czasami to jest właśnie to, czego potrzebuje rozmówca. Takie wsłuchiwanie się często bardzo na mnie oddziałuje. Wydawać by się mogło, że to tylko słuchanie, ale ja uważam, że to aż słuchanie. Po takich rozmowach jestem emocjonalnie i umysłowo zmęczony. Cieszę się jednak, że takie rozmowy mają miejsce. Chciałbym, żeby duszpasterskie towarzyszenie tym ludziom było dla mnie najważniejszym zadaniem.

wtorek, 17 listopada 2009

NIE ZABIJAJ!


Dziś krótko, ale na temat... aborcji. Odwiedziliśmy ostatnio s. Agnieszkę z Caritasu i ona troszkę nam o tym opowiedziała. Niestety aborcja na Ukrainie to bardzo spotykana praktyka. Dowiedzieliśmy się, że są kobiety, które tej operacji poddawały się nawet kilkanaście razy. Nie wiem, czy to się zmieniło, ale jeszcze niedawno prawo pozwalało zabić dziecko do piątego miesiąca. DO PIĄTEGO MIESIĄCA!!! Kiedy s. Agnieszka to mówiła, popatrzyłem na swojego małego synka i doznałem szoku. Jak można zabić takie małe, kochane dzieciątko? Widziałem zdjęcia przedstawiające przebieg tej operacji. To straszne. Niestety sytuacja rodzinna na Ukrainie też jest straszna. Bardzo często mężczyzna dowiedziawszy się, że jego partnerka zaszła w ciążę po prostu ją opuszcza. Ona zaś zdesperowana, bez środków do życia decyduje się unicestwić rozwijające się w niej dziecko. O podejściu do poczętego i narodzonego życia może świadczyć również ilość dzieci w domach dziecka. W Berdiańsku jest jeden, w którym znajduje się ok. 300 dzieci!

poniedziałek, 16 listopada 2009

Wyciąganie trupa z szafy

Wróciłem już z Polski. Podróż trwała ponad 24 godziny. Troszkę spałem. W Kijowie na dworcu kolejowym musiałem spędzić noc i zdecydowałem się, że pójdę do sali wypoczynku. Sala ta znajduje się na górze dużego dworca w Kijowie. Wyglądała jak hotel. Za ok. 30 zł wykupiłem miejsce do spania - łóżko w pokoju czteroosobowym, pościel, dostęp do łazienki. Troszkę wypocząłem. Później czekał mnie jeszcze cały dzień podróży. Najpierw w pociągu ekspresowym, a następnie w autobusie. W pociągu w każdym przedziale znajduje się telewizor. Puszczano filmy rosyjskie, więc oglądałem. Bardzo dużo myślałem. Analizowałem różne sytuacje, które miały miejsce na kursie duszpasterskim. Po każdym kursie sporo myślę, analizuję, "wsłuchuje się w swoje uczucia". Ostatnie dni bardzo dużo przyniosły. Kurs ten to nie wykłady, ale nauka przez doświadczenie. To zresztą nie tylko nauka, ale odkrywanie nowych przestrzeni, poznawanie samego siebie, często leczenie zranień z przeszłości. Myślę, że przez doświadczenia tych kilku dni (to była kolejna sesja tego kursu) staję się lepszym człowiekiem, duszpasterzem, może również kaznodzieją i teologiem. Co przez to rozumiem? Człowiekiem - bo łatwiej mi nawiązywać głębsze relacje i po prostu być z drugą osobą. Wpływ tego kursu widoczny jest chociażby w naszym małżeństwie. Ja nie lubię mówić o swoich negatywnych emocjach (tzn. np. o złości, gniewie). Wcześniej zazwyczaj się w takich momentach wycofywałem i milczałem. To zaś negatywnie wpływało na Natalię. Od jakiegoś czasu uczę się, żeby nie zrywać w takich momentach relacji, ale starać się werbalizować swoje uczucia. To nam bardzo pomaga wzajemnie się zrozumieć w małżeństwie. Czasami gdy się blokuję, Natalia po prostu mówi do mnie: "Kochanie, powiedz mi co czujesz". Taka prośba zazwyczaj pomaga i dalej już umiemy zmierzyć się z problemem. Kurs uczy mnie być lepszym duszpasterzem. Jeszcze sporo muszę się uczyć, ale już dużo się nauczyłem. Ostatnio zrozumiałem ważną rzecz. W duszpasterstwie nie chodzi o to, żeby rozwiązać problem osoby, z którą rozmawiam, ale żeby z nią być, nawiązać głębszą więź, towarzyszyć jej w odkrywaniu, rozumieniu, przeżywaniu, czasami również rozwiązywaniu problemu. Dla mnie ta nauka jest trudna, bo często zamiast po prostu "być" zadaję sobie pytanie: "co mogę zrobić?". Na kursie często mówimy o rzeczach dla nas wstydliwych. Nigdy nie jesteśmy do tego zmuszani. Mam jednak świadomość, jak chyba i inni, że nie sposób być dobrym duszpasterzem, jeśli nie przerobiło się i zrozumiało własnej historii życia. Często takie opowiadanie historii ze swojego życia to jak "wyciąganie trupa z szafy". Każdy z nas ma takiego. Tym "trupem" są wstydliwe i skrywane przez nas, czasami latami, trudne doświadczenia. Wstyd skłania nas do ukrywania się i zamyka nas często w swoim więzieniu, utrudniając nam relacje z innymi. Kiedy sam przezwyciężam ten wstydu to doświadczam poczucia wolności. Jeśli chodzi o głoszenie kazań to myślę, że nauka wyrażania emocji i rozumienie historii swojego życia pomaga mi (mam nadzieję) w byciu bardziej naturalnym w głoszeniu Słowa. Zmienia się również moje rozumienie Boga i przeżywanie Jego obecności. Ale o tym kiedy indziej.

sobota, 14 listopada 2009

Mały "zdolniacha"

A co tam, pochwalę się. Wczoraj odkryłam, że u Maciusia pojawił się pierwszy ząb na horyzoncie. Na razie to tylko jakby dziurka w dziąsełku, ale można już wyczuć ostry jak brzytwa ząbek. Najwyraźniej synek szykuje się do tego, żeby zadziwić tatę, jak wróci z Polski. A powodów do tego będzie kilka, gdyż codziennie ćwiczy do upadłego obroty z plecków na brzuszek i odwrotnie, pełzanie, piszczenie, chwytanie... Nasz radosny, zdolny szkrab :)

piątek, 13 listopada 2009

"Babcine" wsparcie

Ostatnio herbata jakoś zrobiła się nie do picia. Dopiero po spacerze dotarło do mnie, co się stało. Wszyscy biegają z bańkami i butelkami. No tak, znowu w kranie leci berdiańska woda. Zwykle Berdiańsk korzysta z lepszej wody, sprowadzanej, o ironio!, z Zaporoża (Zaporoże to duże, przemysłowe miasto, a Berdiańsk nie ma w ogóle przemysłu, jednak wodę ma ohydną). Jednakże od czasu do czasu, ponoć gdy wodociągi w długach, włączają miejscową wodę, w której nawet nieprzyjemnie zęby myć, a co dopiero herbatę z niej robić. Nie ma więc rady, trzeba wybrać się po wodę do sklepu. Oczywiście z dzieckiem na ręku łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Na pomoc jednak przyszła mi przybrana "babcia".

W klatce obok mieszka starszy od Maćka o 1,5 miesiąca Maxim. Właściwie codziennie wpadają do niego jego babcie głównie po to, by wyprowadzić go na spacer, a raczej siedzieć z nim kilka godzin na podwórku, podczas gdy on smacznie sobie śpi. Z jedną z nich udało mi się nawiązać dobry kontakt. Swego czasu zaoferowała się, że w razie czego może popilnować Maciusia. I tak od czasu do czasu biedaczka marznie, a przy niej stoją dwa wózki, podczas gdy ja nadrabiam domowe obowiązki lub, tak jak dzisiaj, biegnę do sklepu po wodę. Dobrze jest mieć czasem takie wsparcie.

czwartek, 12 listopada 2009

Trudna nauka

Za mną pierwsze zajęcia kursu duszpasterskiego w tym cyklu. Dzień był bardzo trudny. Kolejny raz przekonuję się, jak ważna jest dla mnie akceptacja. Cóż, czasami jest to hamulcem powstrzymującym mnie przed dobrymi rzeczami. Często nie umiem wyjść przed szereg i pozostać wierny temu, w co wierzę, ponieważ obawiam się o to, co pomyślą inni. Czasami rozpaczliwie szukam uznania i boję się, że zostanę odrzucony. Strachowi towarzyszy wstyd. Przecież moje życie nie jest przejrzyste. Nie jestem doskonały. Popełniłem i ciągle popełniam wiele błędów. Wstyd jest jak więzienie. Ukrywam przed innymi te wstydliwe sprawy swojego życia, boję się i sam się przed innymi odgradzam. Kiedy przezwyciężam wstyd staję się wolny. Już nie muszę się ukrywać. Mogę być sobą.
Dziś odkryłem też, że lubię szukać dziury w całym. Lubię być perfekcyjny. Często zaś małe wady i błędy potrafią mi przysłonić radość ze wszystkiego co dobre. Cóż, myślę, że po części to wynika z wychowania i fałszywej skromności. Zostałem tak wychowany, że nie należy się chwalić. Może wynika to też z jakieś przesądności, z tak zwanego "żeby nie zapeszyć".
A może te dwie rzeczy, o których pisałem, po prostu się ze sobą łączą? Ten pesymizm często wynika z braku akceptacji samego siebie. No cóż, ja też się leczę z kompleksów. Ale chyba nie jestem w tych doświadczeniach osamotniony, no nie?
Nie wiem, jak Wy, ale dla mnie takie odkrycia nie są proste. Wierzę jednak, że czynią mnie lepszym i chyba bardziej szczęśliwym w końcowym efekcie. A Ty czytelniku, co myślisz o wstydzie i cieszeniu się z życia?

Byle się nie bać...

Kolejny dzień z mego życia minął bezpowrotnie. Jestem w Polsce. Jutro zaczynam kolejną sesję kursu duszpasterskiego. Ciekawe co będzie tym razem. Dla mnie ten kurs jest dużym wyzwaniem, pracą nad sobą i warsztatem duszpasterskim. Na każdej sesji dowiaduję się o sobie czegoś nowego. Czasami są to dość trudne do przełknięcia prawdy. Wierzę jednak, że Pan Bóg używa tego czasu, żeby mnie zmieniać. Nie chcę się bać tych zmian.
Ostatnio odkrywam na nowo, że odwaga to rzecz kluczowa w życiu chrześcijanina. Tak przynajmniej jest w moim życiu. Nie żebym był najbardziej odważną osobą. Często lęk hamuje mnie przed podjęciem ważnych kroków. Mimo wszystko uczę się, bo miłość i wiara to przezwyciężenie lęku, to wyjście poza swój bezpieczny świat, to odsłonięcie się. Bez tego opuszczenia sfery bezpieczeństwa nowe światy nigdy nie zostałyby odkryte. A jak pisał apostoł Jan: W tym miłość do nas doszła do doskonałości, że możemy mieć niezachwianą ufność w dzień sądu, gdyż jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości (1 J 4,17-18).
A propos odwagi, to często od innych słyszę słowa: "jesteście odważni, że zdecydowaliście się wyjechać na misję". Nie wiem czy powodowała nami odwaga. Myślę, że nie. Raczej głębokie przeświadczenie, że Bóg powołuje nas do tego dzieła, tak jak kogoś innego do tego, żeby został w kraju i świadczył swym przyjaciołom. Jestem pewny, że najlepsze co możemy zrobić, to być posłuszni naszemu powołaniu i Powołującemu. Nie ma również bardziej bezpiecznego miejsca, jak bycie w centrum Jego woli. Głupio i niebezpiecznie byłoby wierzgać i sprzeciwiać się Najwyższemu. Czyż nie?
A Ty czytelniku co myślisz o odwadze? Bądź odważny i podziel się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami!

wtorek, 10 listopada 2009

Boleśnie proste marzenia


W ubiegły piątek odwiedziliśmy berdiański Caritas. Chcielibyśmy, żeby również tam dotarły paczki z akcji "Prezent pod choinkę" (więcej o akcji na www.prezent.cme.org.pl). To był główny powód naszej wizyty. Zresztą Wiesiek jeszcze nie miał okazji zobaczyć tego ośrodka, więc tym chętniej tam pojechaliśmy. Caritas prowadzi tu stację diakonijną "Quo vadis?", w której obecnie mieści się noclegownia oraz coś na kształt przedszkola i świetlicy środowiskowej. W tej chwili opieką objętych jest ok. 35 dzieciaków w wieku od 3 do nawet 19 lat. Większość pochodzi z niepełnych rodzin naznaczonych różnymi patologiami. Ośrodek jest otwarty dla dzieci od rana do godziny 17.00 od poniedziałku do piątku. Młodsza grupa (3-6 lat) przebywa tam przez cały dzień. Mają różnorodne zajęcia, otrzymują posiłki, jeśli zachodzi potrzeba (a często tak bywa) są też kąpane. Starsze dzieci i młodzież przychodzi tam przed i po szkole. Dla nich również stworzono ciekawą ofertę zajęć sportowych, muzycznych, innych.
Z siostrą Agnieszką, Polką, szefową tego ośrodka spotkaliśmy się w styczniu przy okazji wprowadzenia Wieśka do parafii. Tłumaczyła wtedy jego kazanie. Ja spotkałam się z nią ponownie dzięki temu, że pomagała mi znaleźć dobrego lekarza i wtedy odwiedziłam "Quo vadis?". Na mnie więc wizyta i rozmowa z s. Agnieszką nie wywarła aż takiego wrażenia, jak na Wieśku. On historie z życia dzieciaków z ośrodka i innych "przypadków", z jakimi spotyka się siostra Agnieszka słyszał po raz pierwszy. Ja mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jednakże oboje wyszliśmy stamtąd z nienajlepszymi nastrojami i z ciężkim sercem.
Najbardziej chyba z tego spotkania zapamiętałam opowieść o marzeniach. S. Agnieszka prowadziła jakieś zajęcia z dzieciakami w Polsce i zapytała o ich marzenia. Dzieci wymieniały różne rzeczy, jej nieco włos się zjeżył na głowie, były tak inne od marzeń "jej" dzieciaków. Dzieci z "Quo vadis?" marzą przede wszystkim o trzech sprawach: żeby mieć ojca (prawie wszystkie rodziny są go pozbawione), żeby mieć własne łóżko (bardzo często śpią po kilka w jednym łóżku, a starsze dzieci na podłodze) i żeby nie być głodnym. Zakonnica mówiła , że niektóre gdy przychodzą do nich w poniedziałek po weekendzie, to wyjadają jedzenie zwierzętom, tak są głodne.
To spotkanie jest kolejnym impulsem dla nas. Zastanawiamy się, jak moglibyśmy pomagać w tym oceanie biedy - materialnej, ale też duchowej. Ciągle "prześladuje" mnie słowo z 1 Listu Jana, który ostatnio wspólnie z Wieśkiem czytaliśmy: Jeśli ktoś ma dobra tego świata i widzi swojego brata w potrzebie, a zamknąłby przed nim serce swoje, to jak może przebywać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą (1 J 3,17-18). Modlimy się o odpowiedź na to pytanie.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Można się przejechać

No i zostaliśmy sami z Maciusiem. Wiesiek jest w drodze do Polski. Pojechał tam na kolejną sesję szkolenia duszpasterskiego, w którym uczestniczy od października 2008.
Jadąc do Polski korzystamy w różnych środków lokomocji - mikrobusu, pociągu, autobusu, samolotu, wreszcie samochodu osobowego. Latamy tanimi liniami z Kijowa. Do Kijowa jeździmy nocnymi pociągami. Nie ma jednak dogodnego połączenia wprost z Berdiańska, trzeba dojechać do Melitopola albo do Zaporoża, czasem nawet do oddalonego o ok. 300 km Dniepropietrowska. Bywa jednak tak, że kosztuje to sporo nerwów. Czasami zdarza się tak, jak to było wczoraj. Wiesiek zaplanował, że pojedzie do Melitopola (ok. 120 km) tzw. marszrutką (mikrobusem) o 16.00 i spokojnie zdąży na pociąg. Okazało się jednak, że autobus z niewyjaśnionych przyczyn nie jechał. W Polsce nie do pomyślenia, tutaj i owszem. Czasami więc na rozkładach jazdy można się nieźle przejechać. Wiesiek musiał więc jechać prosto do Zaporoża (ok. 200 km), żeby złapać tamten pociąg. Wszystko jednak skończyło się pomyślnie.
Latanie samolotami też czasami wiąże się z niespodziankami. Wiesiu już dawno powinien był wylądować w Pyrzowicach. Zamiast tego czeka w Kijowie na lotnisku. Powód - okropna mgła nad Katowicami. No cóż, często przypominamy sobie o tym, że tak naprawdę niewiele od nas zależy pomimo naszych starań. Pozostaje nam ufać, że Bóg wszystko dobrze uczyni i że On się nami opiekuje w każdy czas.

niedziela, 8 listopada 2009

"Niedzisiejsza" Żana


Wczoraj znów odwiedziła nas Żana, nasza młoda parafianka. Pracuje w pizzerii w systemie zmianowym, więc ma sporo wolnego czasu, szczególnie po sezonie. Często przychodzi na parafię. Czasem idzie coś załatwić, kupić, pomaga sprzątać, jest takim radosnym, dobrym duchem tego miejsca, zawsze chętna do tego, by wypić z kimś herbatę, ot choćby dla towarzystwa. A jeśli nie ma nikogo to ćwiczy grę na pianinie. Od czasu do czasu odwiedza nas również w domu i, jeśli tylko Maciuś nam pozwala, gramy wspólnie w jakąś grę. Tym razem nie tak jak ostatnio (patrz post z 27 X) Maciuś nie chciał spać, więc "grał" z nami.
Żana to wyjątkowa dziewczyna, ciepła, skromna, bezinteresowna, chętna do pomocy, nie maluje się, nie stroi, można jej zaufać, zapewne w powszechnym rozumieniu "niedzisiejsza". Czasem zabawnie się z nią gra, bo ona nawet nie chce zaszkodzić innym graczom. Stąd niestety rzadko wygrywa. Jak to mówią "gołębie serce". Wiele można się od niej uczyć.
Czuję, że gdzieś tam nosi jednak w sobie jakieś doświadczenia, pytania, zmaga się z różnymi trudnościami. Jest otwarta. Wiem też, że zastanawia się niejednokrotnie nad tym, co o różnych sprawach mówi Boże Słowo. Bardzo chciałabym, żeby Bóg użył nas do dotarcia do Żany. Prosimy, módlcie się, by otworzyła ona swoje serce dla Pana i w pełni Mu zaufała.

sobota, 7 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. II)

Kolejnym wydarzeniem, które zmusiło mnie do refleksji o przemijaniu był pogrzeb, który prowadziłem 3 lipca. Żegnaliśmy wtedy panią Ludmiłę. Miała ona 65 lat, była notariuszem, osobą bardzo zasłużoną dla parafii. Znała zawiłości prawa ukraińskiego i użyła tej wiedzy, przyczyniając się do odzyskania przez luteran w Berdiańsku budynków kościelnych. Pamiętam jej wypowiedzi na ostatnim Zgromadzeniu Parafialnym. Miała duże poczucie sprawiedliwości i umiała wyrazić swoje odczucia bez względu na to, że większość myślała inaczej. Ta cecha bardzo mi się spodobała. Poczucie sprawiedliwości i odwaga. Osoba ta została wiosną wybrana przez Zgromadzenie Parafialne do Synodu Kościoła. Pamiętam, jak umawialiśmy się, że pojedziemy razem na następny Synod.
Jej śmierć była dla nas totalnym szokiem. Ja w tym okresie przeżywałem jedne z najbardziej radosnych i szczęśliwych chwil mojego życia. Był to akurat dzień po narodzinach naszego syneczka. Mimo szczęścia i w moim życiu osobistym wcześniej już pojawił się cień smutku i zmartwienia. Dowiedzieliśmy się, że mój ojciec ma chorobę nowotworową (o tym w innym poście).
Myśląc o przeżyciach tamtych dni przypominają mi się słowa Kaznodziei: Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: Jest czas rodzenia i czas umierania (Kaz 3,1-2).
Troszkę trudno było mi przeżywać w krótkim czasie radość i smutek. Śmierć Ludmiły pokazała mi, że możemy planować, ale i tak jesteśmy ulotnym pyłkiem, który dziś jest, ale nie wie, co będzie jutro.

piątek, 6 listopada 2009

Do drzwi puka Chrystus…

Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Jeśli zaś ktoś posiada dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamyka przed nim serce swoje, jakże w nim może mieszkać miłość Boża? Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą.

Dwa dni temu do naszych drzwi zapukała pewna pani z dzieckiem. Prosiła o coś do jedzenia dla jej małego, może pięcioletniego dziecka, i dla niej samej. Prosiła o chleb i coś do niego. Okazało się, że my nie byliśmy przygotowani na taką okoliczność. Akurat nie było już chleba, sera ani żadnej wędliny. Jedyne czym mogliśmy ich obdarować to tabliczka czekolady i dwie pomarańcze. Pani spytała jeszcze, czy mamy jakieś obuwie, które moglibyśmy jej dać. Na dworze akurat była straszna plucha, wszędzie pełno wody, a kobieta na nogach miała stare zniszczone adidasy. My nie mogliśmy zaradzić i tej potrzebie. Cóż, byliśmy nieprzygotowani. Mamy nadzieję, że ktoś inny, może jakiś sąsiad pomógł tej nieznajomej i jej dziecku. Nie wiem, kim była i dlaczego znalazła się w takim położeniu. Nie chciała pieniędzy, tylko kawałek chleba i buty. Obraz tej dwójki nie daje mi spokoju. Zastanawiam się, w jaki sposób nasza mała parafia może pomóc takim osobom.
Opiszę jeszcze jeden przypadek, który dotyczy naszego parafianina. Człowiek ten jest po poważnej operacji onkologicznej. Na szczęście okazało się, że to nie nowotwór złośliwy. Jego rany jeszcze się do końca nie zagoiły, ale on już musi działać na pełnych obrotach. Jego 87-letnia matka miała wylew do mózgu i jej sytuacja jest bardzo poważna. Byłem u niej, żeby się o nią pomodlić. To, co zobaczyłem i usłyszałem, było straszne. Leżała już jakiś czas i na jej ciele zrobiły się odleżyny. W zasadzie nie było warunków, żeby ją pielęgnować, brak dobrego łóżka, opatrunków antyodleżynowych. Nasz parafianin musiał zapomnieć o własnej chorobie i zająć się swoją matką. Był już bardzo zmęczony. Ja sam zaś nie wiedziałem, jak mu pomóc.
Na ostatnim Synodzie naszego Kościoła (NELCU) tematem przewodnim była diakonia. Ostatnio Bóg zaczyna nam otwierać oczy na biedę, która tutaj panuje. Potrzeby są ogromne. Czujemy się przytłoczeni słysząc o różnych przejawach ubóstwa materialnego, moralnego i duchowego. Wierzymy, że Bóg nie chce, żebyśmy przeszli obok tych różnych potrzeb obojętnie. Zastanawiamy się tylko, co możemy zrobić, żeby rzeczywistość wokół nas zaczęła się zmieniać. Chrystus puka do naszych drzwi, a w uszach coraz głośniej brzmią słowa: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście (Mt 25,20). Proszę módlcie się o to, żeby nasza parafia i my sami nie zamykaliśmy uszu na to pukanie.

czwartek, 5 listopada 2009

Proszę...

Dziś już deszcz, plucha i wielkie kałuże na każdym kroku. Ale jeszcze niedawno, we wtorek, mieliśmy w Berdiańsku piękną, białą zimę. Jak co dzień wybrałam się z Maćkiem na spacer. Chodnikiem niezwykle ostrożnie i wolniutko szedł pewien dziadunio z laseczką. Było bardzo ślisko. Dziadek zaczął więc prosić przechodzących ludzi o pomoc.
- Proszę, pomóżcie. - zwrócił się do przechodzącej właśnie pary w średnim wieku - Idę do sklepu...
Mniej więcej tyle udało mi się usłyszeć z tej rozmowy. Reszty mogłam się domyśleć. Para z pewnym wahaniem podeszła, by pomóc mężczyźnie. Po chwili jednak dziadek szedł już sam. Zapewne bał się przejść ten odcinek drogi, który był najbardziej śliski. Dalej chyba już nie oczekiwał pomocy, gdyż był w stanie sam sobie poradzić.

Ten drobny epizod skłonił mnie do refleksji na temat proszenia. Osobiście trudno jest mi prosić. Zwykle wolę radzić sobie sama. Dopiero jak już sobie nie radzę, to biegnę z prośbą o pomoc, o ratunek. Niestety niejednokrotnie przekłada się to również na moje życie z Panem Bogiem. Czasami biegnę do Niego dopiero wtedy, jak wszelkie ludzkie możliwości się wyczerpują. Teraz jednak, w Berdiańsku, uczę się na Nim polegać i przychodzić do Boga z najróżniejszymi sprawami, nawet tymi drobnymi.

Proszenie czasem wymaga pokory i odwagi. Ten dziadunio mógł próbować sam przejść ten kawałek drogi, może nic by mu się nie stało. Zdecydował się jednak prosić zupełnie obcych ludzi na ulicy o pomoc. O ile bardziej warto prosić o pomoc Wszechmocnego.

środa, 4 listopada 2009

Dumny tata


Jestem dziś niezmiernie dumny ze swojego syna. On bardzo wcześnie zaczął przewracać się z brzuszka na plecki (już w drugim miesiącu), jednak długo nie wykazywał zainteresowania przewrotami na brzuszek. Przy okazji ostatniej wizyty u lekarza zostaliśmy skierowani również do masażysty. Tutaj w przychodni pracuje taka pani, która pokazuje rodzicom, jak powinni masować i robić ćwiczonka swoim pociechom. Jesteśmy z tego wielce zadowoleni, bo to fantastycznie rozwija naszego Skrzata. Ćwiczymy z nim i on bardzo to lubi. W wyniku tych ćwiczeń nasz synek odkrywa nowe możliwości. Ostatnio zaczął próbować sam przekręcać się na brzuszek. Do tej pory bez sukcesów. Dopiero dziś wieczorem osiągnął wyznaczony przez siebie cel. Bardzo cieszę się, że nie odszedłem do swojej pracy po kąpaniu Maciusia, bo byłbym przegapił to, jak synek dwa razy sam przekręcił się na brzuszek. On niesamowicie cieszył się z tego wyczynu. Objawił to od razu radosnym machaniem rączek i nóżek. Jestem bardzo dumny ze swojego synka! Myślę, że Bóg też się cieszy, kiedy Jego dzieci pokonują przysłowiowego Goliata. Robią to, do czego wcześniej nie byli zdolni, na przykład przeciwstawiają się pokusie, której wcześniej ulegali. Ostatnimi czasy odkrywam, co to znaczy, że Bóg jest naszym Ojcem. Chociaż ja nie jestem doskonały, to kocham swojego synka. O ile bardziej Nasz Tata w niebie kocha nas, swoje dzieci. ...dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię.

wtorek, 3 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. I)

Za oknami śnieg, a za nami Pamiątka Umarłych. Ostatnie miesiące to czas, w którym dużo myślałem o przemijaniu. Do takich przemyśleń skłoniły mnie wydarzenia związane ze służbą i życiem osobistym. Rozpocznę może od tych służbowych.
Na wiosnę musiałem zmierzyć się z trudnym zadaniem. Pierwszy raz stałem nad łóżkiem umierającej osoby. To była parafianka z Zaporoża mająca ponad siedemdziesiąt lat, matka i babcia. Pojechałem do szpitala, bo chciała się wyspowiadać i przyjąć komunię. Była już po kolejnej operacji. Miała raka. Lekarze nie dawali już żadnych szans. Prawie oczywistym było to, na ile śmierć może być oczywista i do końca przewidziana, że to jej ostatnie dni. Z drżeniem na ramieniu poszedłem do szpitala. Wcześniej jeszcze rozmawiałem z jej rodziną, synem i synową. Zastanawiałem się, co powiedzieć i jak pomóc tej kobiecie i jej rodzinie. Widziałem ją wcześniej tylko raz. Nawet nie pamiętałem jej twarzy. Było mi bardzo przykro, że umiera. Podczas naszego spotkania dopadła ją gorączka. Trzęsła się cała z zimna. Pamiętam, że chciałem przeczytać jej Psalm 23, ale ona wcześniej sama powiedziała, że chce go zmówić. Z uśmiechem wypowiadała te słowa biblijne. Sama wyraziła później pewność tego, że Bóg jest z nią jako jej Dobry Pasterz. Nie wiem, na ile była świadoma tego, że umiera. Podczas spotkania zadawałem sobie ciągle pytanie: czy mogę zrobić coś więcej? Wiem, że dla niej tak ważne było to, że byli przy niej bliscy. Ona tak bardzo potrzebowała ciepła…
Kiedy opuszczałem salę szpitalną, chciałem zapamiętać twarz tej osoby. Trudno mi było się pożegnać, wiedząc, że już jej raczej nie zobaczę. Do dziś pamiętam tę niską kobietę. Choroba dość mocno zniekształciła jej twarz. Na jej rysach malował się strach (choć było można zobaczyć i radość, kiedy mówiła o tym, że odczuwa bliskość Boga). Strach był związany chyba z tym, że nie do końca wiedziała, co się z nią dzieje.
Dochodzę do wniosku, że bardzo ważne jest to, żeby bliscy do końca towarzyszyli umierającym. Rodzina może obdarzyć ciepłem i zmniejszyć lęk. Śmierć to coś nieznanego i dlatego wywołuje strach. Śmierć wiąże się jednak zawsze z samotnością odchodzącego, chociaż wokół może być tak wiele osób.
Myśląc o tym, co nieuchronne dla każdego z nas (chyba że Chrystus przyjdzie wcześniej), życzę sobie pewności, że Dobry Pasterz będzie blisko mnie, nawet w tej chwili największej samotności. Przypominam sobie też opowiadanie i wiersz Bruno Ferrero „Most” (z książeczki „Życie jest wszystkim, co posiadamy”):
Wieśniak i jego syn wędrowali w kierunku pobliskiej wioski na doroczny targ. Droga przebiegała przez kamienny mostek, spękany i chwiejący się nad wezbraną rzeką. Dziecko wystraszyło się. – Ojcze, myślisz że mostek wytrzyma? — spytało. Ojciec odpowiedział: — Będę trzymał cię za rękę, mój synu. – I chłopiec wsunął rękę w dłoń ojca. Z wielką ostrożnością przekroczył most u boku swojego ojca i doszli do miejsca przeznaczenia.
Wracali, gdy zapadał zmrok. Gdy wędrowali, malec zapytał: - A rzeka, ojcze? Jak zdołamy przekroczyć ten niebezpieczny most? Boję się!
Mężczyzna, silny i masywny, wziął na ręce małego i powiedział do niego: - Zostań tu, w moich ramionach, a będziesz bezpieczny.
Kiedy wieśniak szedł naprzód ze swoim cennym ciężarem, chłopczyk głęboko zasnął.
Następnego ranka mały obudził się, cały i zdrowy, w swoim łóżeczku. Światło słoneczne wpadało przez okno. Malec nawet nie zauważył, kiedy został przeniesiony nad rozszalałym strumieniem i znalazł się z dala od mostu. Taka jest śmierć chrześcijanina.
Wydaje się wam...
że zbliżacie się do brzegu —
i odkrywacie, że jesteście w Raju:
że chwytacie dłoń –
i widzicie, że jest to dłoń Boga,
że oddychacie nowym powietrzem —
i czujecie, że to woń nieba,
że zostaliście odmłodzeni —
i pojmujecie, że to nieśmiertelność,
że przechodzicie
ze straszliwego sztormu do niezwykłej ciszy,
że budzicie się —
i okazuje się, że jesteście w Domu!

Ooo, śnieg



Nasze podwórko dziś o poranku. Śnieg to rzadkość tutaj o tej porze roku.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Również na wschodzie

Wszyscy o grypie to my też, ale krótko i bez paniki. Przede wszystkim uspokajamy - jesteśmy zdrowi.
Poza tym potwierdzamy - panika trwa i rozszerza się na wschodnią część Ukrainy. Nawet w Berdiańsku można zobaczyć kolejki w aptekach i osoby w maseczkach na twarzy. Wprowadzono również kwarantannę, zamknięto szkoły na jakiś czas, wstępnie na tydzień, ale może się to przedłużyć do trzech tygodni. Jednakże Ukraina jest raczej do takich działań przyzwyczajona. W tym roku w zimie już się z tym spotkaliśmy. Bodajże w styczniu zamknięto szkoły na jakieś dwa tygodnie ze względu na atak grypy. Mamy nadzieję, że ta sytuacja długo nie potrwa.

My póki co delektujemy się ciszą i spokojem nadmorskich deptaków, które pomimo chłodnej już aury świetnie nadają się do spacerów.

Bo w lecie wszędzie dziki tłum, kiosk na kiosku, jedna "atrakcja" obok drugiej, hit za hitem, czyli tak zwany sezon. Ja tam wolę mimo wszystko spokojny Berdiańsk. Choć oczywiście trochę mi szkoda tego letniego ciepełka.

Dziś pogoda nie zachęcała do spacerów, jedynie 3 stopnie i zimny wiatr. Ale może i lepiej, przynajmniej więcej osób zostanie w domach, a z nimi ich wirusy i zarazki.

niedziela, 1 listopada 2009

Mały lapsus

Wróciłem już z Zaporoża. Można by dużo opowiadać, ale jestem zmęczony i będzie krótko. Opiszę śmieszną sytuację, która łączy się z jedną z tamtejszych parafianek. Zaporoską parafię odwiedzam regularnie co miesiąc. Pewnego dnia podeszła do mnie pani Aza z prośbą: Pastorze, mam mieszkanie w Berdiańsku, ostatnio go odzyskałam. Chodzi o to, że bardzo trudno mi otworzyć tam drzwi. Czy kiedy przyjadę, mogę zadzwonić i prosić pastora o pomoc w otwarciu? Zgodziłem się i wyraziłem nawet chęć pomocy w innych pracach fizycznych w tym mieszkaniu. Za kilka miesięcy dzwoni pani Aza i prosi: Pastorze, czy mógłby pastor przyjechać i "aswjatit" (освятить) moje mieszkanie? Pomyślałem, że chodzi jej o pomoc fizyczną, że ma jakieś problemy ze światłem i prosi o naprawę oświetlenia w jej mieszkaniu. Chociaż byłem w tym dniu bardzo zajęty (akurat się przeprowadzaliśmy, a ja wieczorem wyjeżdżałem jeszcze do Polski), to zgodziłem się. Prosiłem o podanie adresu i umówiłem się na konkretną godzinę. Zadzwoniłem jeszcze do kuratora, bo pomyślałem, że łatwiej w dwójkę zmierzyć się z tą pracą. W końcu co dwie głowy to nie jedna. Na chwilkę oderwałem się od przewożenia rzeczy i w szortach (było już ciepło) pojechałem po kuratora, a potem do pani Azy. Troszkę zdziwiło mnie, że kurator był odświętnie ubrany, ale pomyślałem, że on tak ma. Kiedy przyjechałem na wskazany adres, okazało się, że pani Aza chciała "aswjatit" (освятить), a nie "aswjetit" (осветить) swoje mieszkanie. To znaczy poświęcić, a nie oświecić. Językowo to tylko różnica jednej litery. W dodatku szybko wymówione te słowa brzmią prawie identycznie. Cóż miałem robić. Przeprosiłem za swój roboczy strój, a potem pomodliłem się o błogosławieństwo domu i jego mieszkańców. Było mi głupio, bo Aza bardzo przeżywała to wydarzenie i odświętnie przystroiła dom na tę okazję.
Kiedy potem rozmawiałem z kuratorem, to spytałem go, czy był świadomy wcześniej o co chodzi, a jeśli tak, to dlaczego mi nic nie powiedział widząc mnie w spodenkach. On stwierdził, że oczywiście od początku rozumiał o co chodzi, ale stwierdził też, że ja jako pastor wiem dobrze, co jest stosowne i co należy robić w takich przypadkach.