sobota, 31 października 2009

Reformacyjne przemyślenia

Za jakieś 2 godziny pojadę do Zaporoża. Przed odjazdem chciałbym jednak słów kilka skrobnąć. Chyba wyjaśniło się, dlaczego nasz Skarbuś nie chciał spać. Natalia była wczoraj rano bardzo niewyspana i napiła się kawy. To zaś zadziałało na malucha jak "Redbull".
Dziś Pamiątka Reformacji. Przygotowaliśmy ostatnio gazetkę parafialną i kilka różnych informacji na tablicę ogłoszeń, którą zawiesiliśmy przed wejściem do kaplicy. Przygotowanie tych materiałów zajęło nam sporo czasu i energii. Mam nadzieję, że przez takie materiały ludzie będą mogli czegoś więcej dowiedzieć się o naszym Kościele. Planujemy już też następny numer gazetki z kilkoma artykułami na Adwent. Widzimy wielką potrzebę edukowania naszych parafian. Kiedy byliśmy dziś na parafii, spytaliśmy jedną z młodych parafianek (która była niedawno konfirmowana) o to, jaką dziś mamy pamiątkę. Niestety nie umiała odpowiedzieć. Nie wiedziała nawet, czym była Reformacja. To przerażające. Niestety wiedza dotycząca Biblii też jest u parafian znikoma. 
Z pewnością w dużym stopniu jest to wynik poprzednio rządzącego tutaj systemu komunistycznego. Jeśli spojrzę na swoje życie, to stwierdzam, że od  początku byłem wychowywany i edukowany po chrześcijańsku. Moja mama uczyła mnie modlitwy. W dzieciństwie mogłem czytać Biblię dla dzieci. Chodziłem na zajęcia szkółki niedzielnej, a potem religii. Niestety większość ludzi, którzy tutaj mieszkają, była tego pozbawiona. Byli uczeni, że religia to opium dla ludu, opowieści biblijne zaś to zbiór bajek dla dzieci. Pamiętam, że kiedyś jedna z osób, która tylko formalnie jest członkiem Kościoła, powiedział mi: Pastorze, ja jestem ateistką i mówię o tym otwarcie. Jak miałabym wierzyć, kiedy całe życie uczono mnie, że Boga nie ma. Czy miałabym teraz zmienić w starości wszystko na czym budowałam swoje życie?
System komunistyczny bardzo mocno ukształtował tych ludzi. Świadectwa tego możemy zobaczyć na każdym kroku, nawet w Kościołach (o tym coś więcej kiedy indziej). Modlimy się, żeby Bóg przemówił do tych ludzi i żeby nie bali się zmienić swoich poglądów i życia.        

piątek, 30 października 2009

Śmieszne

Maciek dziś ogłosił strajk, postanowił nie spać cały dzień. Również w nocy kilka razy się budził, więc jesteśmy strasznie niewyspani. W końcu postanowiłam uśpić go na spacerze i przy okazji napełnić tusz do drukarki, bo się skończył. Po tusz byłam z Maćkiem, więc pani, która również czekała przed punktem usługowym na swój cartridge, nie omieszkała zapytać: Ile ma?, wskazując na synka. Wywiązała się rozmowa. Na wieść o tym, że przyjechaliśmy tutaj z Polski roześmiała się i uznała to zapewne za głupotę. Bo przecież wiadomo, że w Polsce lepiej się żyje. Bo przecież któż z Ukraińców, można było wyczytać z tonu jej głosu, nie wolałby mieszkać w naszym kraju. Z perspektywy tutejszych mieszkańców Polska to Zachód, o którym niektórzy marzą. Zresztą w Polsce też wielu się dziwi, po co nam "ta Ukraina". Tak, to fakt, idąc za Bożym głosem czasem robi się rzeczy powszechnie uważane za nielogiczne, głupie, może naiwne. I tak jest dobrze, bo najlepiej jest żyć zgodnie z Bożą wolą.

czwartek, 29 października 2009

Maluszki pod ochroną

Taki bobas jak Maciuś wzbudza zainteresowanie. Ot, choćby dzisiaj. Był piękny, słoneczny dzień, więc z ochotą popędziliśmy na spacer. Na chwilkę zaparkowałam wózek przed sklepikiem. Kupiłam to, co było mi potrzebne i już mieliśmy jechać dalej, gdy zaczepiła mnie pewna starsza pani. Z troską zaczęła mnie przekonywać, żebym nie zostawiała dziecka samego nawet na chwilę. Słyszała bowiem historię, jak to pewnej pani skradziono dziecko, gdy weszła na moment do fryzjera. Na co ja zaczęłam ją utwierdzać w tym, że zakupy robiłam razem z maluchem i nie zostawiłam go samego. Zresztą ona też tam była, ale najwyraźniej nas nie zauważyła. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o sam fakt, że mnie zaczepiła. Rzecz, można powiedzieć, na porządku dziennym. Bardzo często zupełnie obce osoby, na ulicy, w sklepie, w pociągu, gdziekolwiek pytają: Chłopczyk czy dziewczynka? A ile ma (w domyśle miesięcy)? Jak ma na imię? A karmi pani piersią? A jak śpi? A używa smoczka? A nie chłodno mu? Zwykle są to bardzo miłe wymiany zdań, choć bywają też irytujące. Ilość tych rozmów zwykle rośnie, gdy nosimy synka w chustach, czy to wiązanej czy kółkowej. Jednakże podoba nam się taka otwartość tutejszych mieszkańców.

To także niezwykłe, jaką troską jest na Ukrainie otoczona osoba z małym dzieckiem. W autobusie, metrze ustępuje się jej miejsca, przepuszcza się w kolejce do kasy czy odprawy paszportowej. Ostatnio, gdy wracaliśmy do Berdiańska, od razu po wylądowaniu w Kijowie, poczuliśmy, że jesteśmy znów na Ukrainie. Wiesiek wypełniał jeszcze "papierki wizowe", ja w tym czasie spacerowałam z Maćkiem po sali. Najpierw podszedł do mnie jeden celnik, potem celniczka, wszyscy kierowali mnie do okienka odprawy paszportowej bez kolejki. I nikt z oczekujących nie okazał najmniejszego poirytowania. Podobnie przy odprawie biletowej na lotnisku. Wielokrotnie też spotkaliśmy się z tego typu uprzejmością np. w supermarkecie, gdzie przepuszczano nas do kasy, nawet jeśli Maciuś nie wykazywał żadnych oznak zniecierpliwienia, ani my o to nie prosiliśmy. Na Ukrainie więc fajnie mieszkać z takim brzdącem. Dziecko otwiera tutaj często drzwi do ludzkich serc.

środa, 28 października 2009

Dziecięca bezradność

Dzień minął bardzo pracowicie. Od rana siedziałem nad gazetką parafialną. Na Pamiatkę Reformacji przygotowałem kilka artykułów z biografii i teologii Reformatora. Do południa przyszedł Gjenadij, żeby zrobić nam "kladowkę". Kladowka to takie pomieszczenie na kształt spiżarni czy schowka. Długo zastanawiałem się, jak zrobić półki, na których można położyć słoiki z przetworami i inne rzeczy. Nigdzie nie mogłem znaleźć specjalnych metalowych konstrukcji. Inni też nie wiedzieli, jak tę sprawę rozwiązać. W końcu z pomocą przyszedł Gjena. Szybko pomógł mi kupić potrzebne materiały, a potem sam zabrał się do roboty. Ja niestety nie dysponuję tutaj takimi narzędziami jak szlifierka (nie kupiłem też jeszcze wiertarki, o zgrozo). Gjenadija poznałem już podczas drugiego nabożeństwa, które tutaj odprawiłem. To wojskowy, który przebywał jakiś czas w Polsce, człowiek cichy, ale też bardzo przyjacielski i serdeczny. Dla nas bardzo przyjemne jest to, że stara się rozmawiać z nami po polsku. Fajnie, jeśli można z kimś porozmawiać w ojczystym języku. Osoba ta od razu staje się bliższa. Zapytałem go, ile należy się za zrobienie tych półek. Gjena jednak kategorycznie odmówił przyjęcia pieniędzy, wzruszył tylko ramionami i powiedział: "przecież jesteśmy przyjaciółmi". Wcześniej podarowaliśmy mu płytę z przebojami Maryli Rodowicz. Jak się okazuje, jej piosenki były tutaj bardzo popularne.
W Berdiańsku często odczuwamy dziecięcą bezradność. Żeby coś załatwić musimy się zwracać do osób trzecich. Niestety obcokrajowcy często są tutaj naciągani na wyższe ceny. Dodatkowym problemem są trudności komunikacyjne. Czasami trudno nam się zorientować, jak daną rzecz  załatwić. Pomocy potrzebujemy w rożnych dziedzinach życia. Żeby na przykład napisać prosty tekst (nie mówiąc już o jakimś artykule czy kazaniu) muszę prosić kogoś o korektę językową. Może dlatego też wszystko zabiera więcej czasu. To, co w Polsce możemy załatwić od ręki, tutaj wydaje się całym przedsięwzięciem i wyzwaniem.

wtorek, 27 października 2009

Taki zwykły dzień

- Napiszesz coś jutro na bloga? - pyta mąż.
- Pomyślę o tym jutro...
(...)
- Napiszesz coś dzisiaj na bloga? - znowu mąż.
Wstaję, a raczej w końcu zwlekam się z łóżka i marzę o kawie, która postawiłaby mnie na nogi. To była ciężka noc. Maciek jakoś zbyt często się budził, moim zdaniem. Zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje i co zrobić, żeby to zmienić. Znów przydałaby się mądrość "z góry". Rano majster przyszedł naprawić cieknący kaloryfer, w końcu. Przypominam sobie, że dziś odwiedzi nas Żana. Postanawiam więc doprowadzić dom do ładu i przelatuję z odkurzaczem przez mieszkanie. W takich momentach tęsknię za kawalerką, w której mieszkaliśmy po przyjeździe tutaj. W głowie ciągle brzmi pytanie męża: "Napiszesz..." Mąż popędził na parafię na kancelaryjny dyżur (nasze mieszkanie nie znajduje się na parafii, tylko jest od niej oddalone o jakieś 15 min. piechotą). Ja po raz kolejny karmię Maćka, i karmię, i karmię. Nie chce spać do południa, więc w końcu wychodzimy na dwór, na spacer. Maciek już ubrany i gotowy do wyjścia. Wyciągam wózek przed dom. A niech to, z jednego z kół wózka znów "kapeć". Nici ze spaceru. Wszystko na co możemy sobie pozwolić to wietrzenie się na podwórku. Maćkowi to właściwie nie robi większej różnicy, po jakimś czasie zasypia, ale ja "przymarzam" do ławki. Jest ok. 10 stopni i niezbyt przyjemny wiatr, choć słońce wyziera zza chmur, tak jak wczoraj. Jesień najwyraźniej zawitała do Berdiańska na dobre. Dzwoni mąż: "Będę wcześniej, z Żaną. A co z obiadem?". Maciek łaskawie akurat się budzi. Wrzucam obiad do piekarnika, a w międzyczasie karmię głodnego synka. Zasypia. Przychodzi Wiesiek z Żaną, naszą 100-procentową młodzieżą parafialną. To bardzo fajna dziewczyna, która czasem wpada do nas pogadać, pograć w gry. Powoli, choć systematycznie zdobywamy jej zaufanie. O dziwo Maciek śpi i śpi, a nam udaje się zagrać w pociągi i w 'katana'. W końcu syn się budzi. Dopomina się o towarzyszenie mu w zabawie. Gimnastyka, masaż, kąpiel, jedzenie, jedzenie, jedzenie, zwykłe wieczorne procedury... W końcu zasypia.
- Napiszesz coś na bloga? - pada pytanie po raz kolejny, a ja się zastanawiam co. W końcu to był zwykły dzień, nic specjalnego się nie wydarzyło, choć w każdym z takich dni potrzebuję mądrości z góry.

poniedziałek, 26 października 2009

nie troszczcie się o nic...

Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia. Mt 6,34
Dziś postanowiłem wrócić do wydarzeń, które miały miejsce jakieś 2 tygodnie temu (a może i wcześniej). Jak wiecie, byliśmy ostatnio w Polsce. Miałem mieć kurs duszpasterski. Chcieliśmy wykorzystać nasz urlop i w tym czasie zrobić potrzebne badania lekarskie Maciusia, spędzić troszkę czasu z bliskimi oraz ochrzcić naszego syna. Długo zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądać ta podróż. Największe nasze obawy dotyczyły drogi powrotnej na Ukrainę. Z Berdiańska do Ustronia jest jakieś 1700 km. Jedyny tani lot z Katowic do Kijowa przylatuje na miejsce ok. 23:30. Sprawdzając w Berdiańsku połączenia kolejowe z Kijowa, otrzymaliśmy informację, że pierwszy pociąg wyjeżdża dopiero ok. 16:00 następnego dnia. O tej porze nie było już żadnego autobusu. To zaś oznaczało, że musimy przeczekać noc i połowę następnego dnia na lotnisku lub dworcu kolejowym. Zastanawialiśmy się przede wszystkim jak wytrzyma to nasz syn. Podróż w takim układzie trwałaby ok. 40 godzin (do Zaporoża pociągiem, a potem jeszcze do Berdiańska ok. 3 godziny autobusem). Nie umieliśmy sobie tego wyobrazić. Długo się o to modliliśmy. Mimo różnych obaw wiedzieliśmy, że Bóg się o nas troszczy. Wyruszyliśmy do Polski.
Już w Kijowie, jeszcze przed wylotem do Katowic, okazało się, że możemy wracać rannym pociągiem do Dniepropietrowska (to jakieś 290 od Berdiańska). To był już dla nas pierwszy dowód wysłuchanych modlitw.
W drodze powrotnej mieliśmy doświadczyć jeszcze niejednego dowodu Bożego prowadzenia. Po południu 14. października wyjechaliśmy samochodem do Pyrzowic. Polska żegnała nas "śniegowo". Z powodu złych warunków samolot miał ponad godzinne spóźnienie. My jednak siedzieliśmy sobie już wygodnie w samolocie i czekaliśmy w ciepełku na wylot. Po przylocie do Kijowa, udaliśmy się autobusem na dworzec kolejowy, aby tam przeczekać do rana. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję i opiszę udogodnienia, które można spotkać na ukraińskich dworcach. Są tutaj na przykład sale o podwyższonym komforcie, gdzie za niewielką opłatą można się wygodnie rozłożyć na sofie. Są również sale dla rodziców z dziećmi. My właśnie na taką trafiliśmy. Tam również były miękkie i wygodnie sofy do siedzenia. Nasza trójka mogła przeczekać do rana w całkiem dobrych warunkach. Troszkę się przy okazji zdrzemnęliśmy.
O 7:00 wyjeżdżał ekspres z miejscami do siedzenia. Mieliśmy bilety na drugą klasę. A jednak... i tu właśnie zobaczyliśmy kolejny dowód Bożej troski, konduktor, widząc Natalię z małym dzieckiem na rękach, zaproponował nam bezpłatnie zmianę miejsca na pierwszą klasę. Do naszej dyspozycji była cała kuszetka, gdzie mogliśmy się położyć i spokojnie pospać.
Przed nami była jeszcze potem 7-godzinna podróż autobusem z Dniepropietrowska do Berdiańska. Kiedy dotarliśmy na miejsce byliśmy bardzo zmęczeni. Nie wyobrażam sobie co by było, gdyby całą drogę z Kijowa (ok. 13 godzin) musielibyśmy siedzieć z dzieckiem na rękach. To byłaby katorga.
Bóg jednak oszczędził nam tego. Zaopiekował się nami. Wróciliśmy cali i zdrowi do domu. To dla nas jeszcze jedna lekcja, że warto ufać Panu Bogu i być mu posłusznym.

niedziela, 25 października 2009

nasza rocznica...


Dzień zaczął się dość ciekawie. Maciek w nocy skutecznie przeszkadzał nam w spaniu (nie było tak źle, obudził się tylko 2 razy, ale potem nie chciał zasnąć). Ja po śniadaniu pobiegłem do kościoła, żeby nauczyć się czytać tekst biblijny po rosyjsku. Nabożeństwa rozpoczynają się o godz. 10:00 i ludzie zazwyczaj zaczynają się schodzić już ok. 9:00. Dziś jednak była inaczej. Była już 9:45, a w kościele nie było jeszcze nikogo. Co się mogło stać...? Łyżbiccy nie przestawili sobie zegarków. To wynik tego, że nie oglądamy telewizji i czasami przegapiamy ważne ogłoszenia. Później oboje stwierdziliśmy, że dobrze, że czas przesuwano do tyłu, a nie do przodu.
Tekst kazalny był z Mk 10,2-16 (o rozwodzie i przyjmowaniu dzieci przez Jezusa). Wcześniej zastanawiałem się czy nie wybrać innego, ale postanowiłem trzymać się naznaczonego. Wygłoszenie tego kazania nie było łatwe. Na nabożeństwie było ok. 12 osób. Były to osoby w większości w podeszłym wieku, niektóre po rozwodzie lub w trudnej sytuacji rodzinnej. Uświadomiłem sobie, że trudno nauczać kogoś na temat małżeństwa i rodziny, jeśli ma się tak małe doświadczenie, zaledwie rok stażu małżeńskiego...
Właśnie dziś obchodzimy swoją rocznice.
Po nabożeństwie ludzie z kościoła złożyli nam życzenia (przede wszystkim urodzinowe - ja miałem urodziny 21. 10). Zjedliśmy potem kawałek tortu i ciasta. Wszyscy zachwalali oczywiście wypieki mojej cudownej żonki. Maciuś zaś spał sobie przez jakiś czas na stole (na chuście) - tak jakby nic obok się nie działo.
W południe postanowiliśmy zjeść uroczysty obiad. Wcześniej jeszcze poszliśmy nad zatokę. Już dawno tam nie byliśmy i fajnie było znowu zobaczyć te miejsca.
Teraz siedzimy w domu i odpoczywamy, a raczej staramy się, przy pudełku 1500 puzzli.

sobota, 24 października 2009

poszukiwanie przyjaciół

Byliśmy dziś na chwileczkę zobaczyć konferencję chrześcijańską w Domu Kultury w Berdiańsku. Ona zasadniczo różniła się od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszym Kościele. Pomyślałem, że jeśli trafiłby tam ktoś z naszej małej wspólnoty, to raczej nie czułby się najlepiej. Głośno i brak porządku. Choć może to tylko ja tak odebrałem.
Ostatnio uświadamiamy sobie z Natalią, czym jest samotność daleko od domu. Modlimy się, o znalezienie przyjaciół, o ludzi w podobnym wieku, młodych chrześcijan, z którymi moglibyśmy porozmawiać na temat wiary i wspólnie się pomodlić.
Misja niestety często łączy się z samotnością i wyobcowaniem. Ostatnio mocno tęsknimy za krajem, rodziną, przyjaciółmi. Tęsknimy za rozmowami, społecznością, wspólną modlitwą.
Byliśmy 2 tygodnie temu w naszym domu w Ustroniu i tam czuliśmy się bardzo dobrze. Rodzina, bliscy, piękne krajobrazy. Tęsknimy też za małymi rzeczami. W Ustroniu rozkoszujemy się przestrzenią i zielenią. Tutaj w zasadzie jej nie ma. W Berdiańsku nie ma parków. Jest natomiast szarość, stare kamienice, dziury w drogach i na chodnikach.
A jednak jesteśmy tutaj, ponieważ do tego miejsca powołał nas Bóg. Chcemy być wierni temu powołaniu i jak najlepiej wykorzystać pozostały czas. Wierzymy, że Bóg chce nas nauczyć wielu rzeczy i kształtować nasz charakter.

piątek, 23 października 2009

Właśnie zakładam tego bloga. Chciałbym, żeby można było przeczytać na nim, co u nas się dzieje, co przeżywamy, z jaki problemami się borykamy, co nas cieszy itd. Mam nadzieję, że po przeczytaniu kolejnych postów, goście naszego bloga, będą zachęceni do modlitwy i wspierania nas. Życzę wszystkim miłej lektury! Wiesiek