czwartek, 31 grudnia 2009

Dokarmianie



Od kilku dni zaczęliśmy Maciusia dokarmiać. Na razie były to soczki i piure jabłkowe oraz jabłkowo-marchewkowe. Nasz maluszek spisuje się bardzo dobrze. Zajada się i pochłania całe porcje. Mnie w dużym stopniu przypadło dokarmianie. Jestem bardzo dumny, że Maciuś wczoraj i dzisiaj zjadł po całym słoiku pożywienia i w zasadzie nic nie znalazło się na śliniaczku. Dzielny jest ten nasz zuch. Może jednak coś odziedziczył po tatusiu?!

środa, 30 grudnia 2009

Środowo


Wczoraj prezenty dojechały do parafii. Cieszę się, że dojechał cały zamówiony ładunek. Niestety wiele parafii nie otrzymało całego zamówienia ze względu na brak dostatecznej ilości prezentów. Cóż, być może to sygnał, że akcja się powoli wypala, a może jest to tylko kryzys w tym roku. Odwieźliśmy dziś prezenty do Caritasu. Siostra Agnieszka była bardzo zadowolona. Zaprosiła nas na uroczystość ich rozdania 16 stycznia. To co prawda już po świętach, ale atmosfera świąteczna powinna się jeszcze "unosić w powietrzu".
Byliśmy dziś z Maciusiem na szczepieniu. Przy okazji poszliśmy do pani masażystki, żeby nam pokazała gimnastykę stosowną dla naszego synka. Pani stwierdziła, że rozwija się on prawidłowo i jest bardzo ruchliwym dzieckiem. A gimnastyka, którą nam pokazała, kolejny raz nas zaskoczyła. Cóż, wygląda to trochę ekstremalnie.




Wieczorem mieliśmy w kaplicy modlitwę wieczorną. Ponieważ w tej parafii nie było wcześniej księdza, ludzie nie przyzwyczaili się jeszcze do chodzenia do kościoła przez tydzień. Na środowych spotkaniach jest nas mało - ok. 5 osób. Dziś było nas siedmioro. Zazwyczaj są to te same osoby. Dziś podziękowaliśmy Bogu za kończący się rok. Następne nabożeństwo dopiero 3 stycznia. Jutro już Sylwestra. My ze względu na Maćka zostajemy w domu. Tobie zaś, gościu naszego bloga, życzymy fajnego sylwestra i błogosławionego Nowego Roku.

wtorek, 29 grudnia 2009

Rozczarowanie

Dziś jestem nieco sfrustrowana. Miał nas po południu odwiedzić jeden parafianin ze swoją rodziną. Po wczorajszej uczcie u Wiery uznaliśmy, że wypada gości miło przyjąć. Pół dnia więc spędziłam na przygotowaniach - zakupach, szybkim sprzątaniu, kucharzeniu. Mieli być o 16.00. Stół nakryty, wszystko gotowe, czekamy. I czekamy... W końcu ok. 17.00 Wiesiek zadzwonił do Romana i okazało się, że nie przyjdą. Zapomnieli czy jakoś tak, nie wiadomo. A przecież umawialiśmy się i z nim i z jego żoną. Jak mogli zapomnieć?
Szkoda, miałam nadzieję na miłe spotkanie. To para mniej więcej w naszym wieku i mają kilkuletniego syna.  No cóż, przynajmniej my zjedliśmy sobie smaczną kolację.
Jest i pozytywna wiadomość. Wczoraj dojechały paczki z akcji "Prezent pod choinkę" i w końcu będą mogły trafić w ręce tych, do których zostały przygotowane!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Prawdziwa uczta


Wstałem dziś wcześniej, żeby pojechać na parafię po kazanie. Dwa dni temu napisałem go dla wszystkich parafii Kościoła i oddałem wczoraj do korekty. To kazanie na niedzielę 3 stycznia. Niemiecki Ewangelicko-Luterański Kościół Ukrainy składa się z 32 parafii (taki był stan na zeszły rok), ale pracuje w nim tylko ok. 15 księży. To zaś oznacza, że w wielu parafiach odbywają się kazania lektorskie. Na nabożeństwach prowadzonych przez lektorów (tzw. "predykantów") są odczytywane kazania rozesłane wcześniej do wszystkich parafii. W najbliższym roku mam do napisania aż 6 takich kazań (nie licząc tego już napisanego). Dziś ucieszyłem się, że mogłem wysłać to jedno. Kolejne zadanie wykonane. Modlę się, żeby napisane przeze mnie słowa były błogosławieństwem dla wielu słuchających.
Do południa miałem do załatwienia jeszcze kilka spraw, a po południu nasza rodzinka pojechała w odwiedziny do jednej z parafianek. W ostatnich miesiącach starałem się odwiedzić wszystkich parafian i poznać warunki, w jakich żyją. Często zapraszają całą naszą trójkę. Dziś pojechaliśmy do sąsiedniej wioski, żeby odwiedzić parafiankę łotewskiego pochodzenia, Wierę. Byliśmy zaskoczeni tym, jak nas przyjęto. O tym, że za wschodnią granicą ludzie są jeszcze bardziej gościnni niż w Polsce, przekonaliśmy się już niejeden raz. Dziś jednak trafiliśmy na prawdziwą ucztę. Była rybka, kurczak, placki rybne, kilka sałatek, ciasto dyniowe i sałatka owocowa - mniam, pyszności. Odczuliśmy również wielkie ciepło i serdeczność. Były też śpiewy i gra na akordeonie. Tym razem mogliśmy usłyszeć coś po łotewsku i bułgarsku.
Gwiazdorem był nasz synek. Często robi za małą "maskotkę". Trafia z rąk do rąk i "ożywia atmosferę". Najwyraźniej lubi być w centrum uwagi, bo za żadne skarby nie chciał zasnąć, gdy tam byliśmy. Śmieję się, że również on wnosi swój wkład w naszą służbę. Służymy przecież w trójkę. Właśnie Maciuś często zbliża nas od innych ludzi. Tak było i dzisiaj. Wiera bardzo lubi dzieci, zresztą przez 16 lat pracowała jako przedszkolanka. Ostatecznie nasz synek trafił nawet na ręce 86-letniej sąsiadki gospodarzy.
Było bardzo miło. Cieszę się, że Wiera zaczęła ostatnio regularnie chodzić na nabożeństwa, mimo że nie mieszka w Berdiańsku.

niedziela, 27 grudnia 2009

Wigilia 2009


Święta już za nami, ale ja chciałbym opisać, jak wyglądała u nas Wigilia. W czwartek wstaliśmy wczesnym rankiem, żeby zabrać się do końcowych przygotowań. Ja pobiegłem zrobić zakupy. Potem przygotowywaliśmy jeszcze świąteczne potrawy. W ostatnim momencie zdecydowałem się zrobić makówki. Było ich sporo, więc dużą porcję wziąłem po południu na parafię.
Wczesnym popołudniem udałem się jeszcze na spotkanie z Arturem. Wspólnie przygotowaliśmy nabożeństwo. Później stworzyłem jeszcze gazetkę ścienną. O 16:00 rozpoczęło się uroczyste nabożeństwo wigilijne. Sala była właściwie wypełniona. Było 26 osób. Przyszli nawet ludzie, których wcześniej nie spotkałem. Było kilkoro dzieci. Zostały zaproszone, bo po nabożeństwie rozdawaliśmy niewielkie prezenty. Najmłodsi dali później popis tego, co nauczyli się w szkole - były śpiewy, gra na instrumencie, recytacja. Było bardzo uroczyście. Szkoda, że wielu z tych, którzy przyszli, nie chodzi regularnie do kościoła. Po nabożeństwie udaliśmy się na wspólną kolację. My mogliśmy się pochwalić polskimi tradycjami. Przynieśliśmy opłatki, drobne ciasteczka, makówki, sałatkę jarzynową. Wspólny posiłek był jak zwykle czasem rozmów.
Po zakończeniu tego spotkania ok. 19:00 wróciliśmy do domu. Mieliśmy jeszcze sporo pracy i ostatnich przygotowań. Ok. 21:00 wyprawiliśmy Maciusia spać i sami zasiedliśmy do stołu wigilijnego. To była nasza pierwsza samodzielna wigilia. Nie obyło się bez małych wpadek - mocno przepieprzyłem (dosłownie) barszcz. Było bardzo miło, tak naturalnie. Po kolacji otworzyliśmy prezenty. Były piękne, trafione. Najbardziej ucieszyły mnie gry, które dostałem od żony - Totem i Dżanga. Już dwa dni później mogliśmy je wykorzystać na spotkaniu z Żaną i Nataszą. Tak właśnie minął nam ten wigilijny dzień.

środa, 23 grudnia 2009

Przygotowania


U nas w domu wielkie przygotowania. Wigilia już jutro, a tak wiele jeszcze do zrobienia. Choinka już przystrojona. W tym roku mamy sosenkę. Ciężko było kupić coś sensownego. Świerki były tylko małe, a o jodle nie ma co marzyć. Dla ludzi tutaj choinka to symbol noworoczny. Właśnie Nowy Rok obchodzony jest najbardziej uroczyście. Rozmawiałem wczoraj z jedną z parafianek. Powiedziała mi, że poprzedni system skutecznie wykorzenił tradycje bożonarodzeniowe. Co prawda w ostatnich latach te tradycje znów są przypominane, ale i tak święta stoją w cieniu Nowego Roku. Wszyscy więc ostatnio składają nam już życzenia noworoczne.
W czasie przygotowań do świąt jeszcze bardziej zauważam różnice kulturowe. To co jest normalne w Polsce tutaj w sklepach jest nie do kupienia. Nigdzie nie mogłem znaleźć korzenia pietruszki i selera. Ukraińcy te części roślin wyrzucają. Jarzynowa sałatka świąteczna będzie więc bez tych warzyw. Nigdzie też nie mogłem znaleźć mielonego maku. Cóż makówki... do zobaczenia w przyszłym roku.
Dla nas z Natalią te święta są pierwszymi "samodzielnymi", a na przygotowanie mieliśmy tak mało czasu. Cóż, może brak pewnych świątecznych dodatków pozwoli nam jeszcze lepiej odkryć sens tych świąt.
W związku ze zbliżającymi się świętami, życzymy Tobie, czytelniku naszego bloga, Bożego błogosławieństwa i odkrycia na nowo istoty tych świąt.

wtorek, 22 grudnia 2009

Zima w Berdiańsku

Wyjeżdżając z Polski byliśmy wystraszeni przez doniesienia o zimie na Ukrainie. Zima rzeczywiście tutaj zapanowała i wiele miejsc zostało zasypanych. W Berdiańsku też napadało, ale tylko troszkę. Mrozów wielkich nie ma. Wczoraj było ok. -6 °C (wieczoram do -8). Chociaż temperatury nie są aż tak niskie, to jednak ze względu na wiatr od morza chłód jest zazwyczaj bardziej odczuwalny. Niestety warunki drogowe, które tutaj panują, są znacznie bardziej nieprzyjazne niż w Polsce. Chodniki i drogi są oblodzone i nikt nic z tym nie robi. Nie ma mowy o posypaniu solą czy innymi środkami. Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Cóż, mimo największych starań zachowania ostrożności ja też "wywinąłem dziś orła". Aż strach pomyśleć, jak w tych warunkach radzą sobie osoby starsze i niepełnosprawne. Bardzo ciekawe jest to, jak drogowcy radzą sobie z nadmiarem śniegu i lodu na drogach. Do oczyszczenia ulic używają koparek i młotów pneumatycznych. Niestety narzędzia te nie tylko oczyszczają drogi, ale je też niszczą. Trudno się więc nie dziwić, że ulice w miastach są tak dziurawe. Wtorki i czwartki to dni, w którym pełnię dyżur na parafii. Niestety w kancelarii jest zazwyczaj zimno. Kancelaria to duże i wysokie (ok. 5 m wysokości) pomieszczenie. Bardzo trudno go więć ogrzać. Nie mamy centralnego ogrzewania i jedyne ciepło płynie z małego piecyka elektrycznego. W czasie dyżurów siedzę więc zazwyczaj w kurtce i ogrzewam się ciepłą herbatą. Bardzo cieszę się zatem, gdy mogę wrócić do ciepłego mieszkania. Tutaj akurat mamy centralne ogrzewanie. Sami decydujemy, kiedy włączyć nasz gazowy piec i jak intensywnie powinien on grzać.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Dotarliśmy

W końcu jesteśmy w domu, w Berdiańsku. To była długa podróż. Z Polski wylecieliśmy w piątek późnym wieczorem, a do Berdiańska przyjechaliśmy dopiero dziś po południu. Normalnie bylibyśmy już na miejscu w sobotę wieczorem. Jednakże niedzielę spędziliśmy na nabożeństwie w Zaporożu, drugiej parafii, którą Wiesiek się opiekuje. Wczorajszy deszcz i obawa przed gołoledzią na drogach przytrzymała nas tam nieco dłużej.
Za nami dobry, choć jak zwykle intensywny czas w Polsce, który spędziliśmy na różnych załatwieniach i spotkaniach. Dziękujemy wszystkim, którzy modlili się o nasz bezpieczny wyjazd i powrót.
Przed nami szybkie i intensywne przygotowania do świąt. Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążymy.

niedziela, 13 grudnia 2009

Milcząco...

Obecnie jesteśmy w Ustroniu. Postanowiliśmy na kilka dni "zamilknąć". Czas, który poświęcaliśmy na zamieszczanie postów, chcemy poświęcić bliskim. Pozdrawiamy wszystkich czytelników i zapraszamy do odwiedzania naszego bloga po 20 grudnia.

wtorek, 8 grudnia 2009

W drodze...

Jesteśmy już prawie spakowani. Przed nami ok. 30 godzin podróży. Najpierw do Malitopola autobusem. Potem nocnym pociągiem do Kijowa. Rano będziemy już w Kijowie. Ok. 11:00 spotykamy się tam z księdzem parafii luterańskiej. Po południu pojedziemy na lotnisko i jeśli będzie wszystko dobrze, to ok. 20:50 wylądujemy w Pyrzowicach. Potem jeszcze podróż samochodem do Ustronia. To nasze plany na najbliższe godziny. To znaczy, że następny wpis ukaże się, jeśli Pan pozwoli, dopiero w czwartek. Proszę módlcie się, żeby wszystko przebiegło dobrze i bezpiecznie.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Polak katolik

Bardzo rozbawiła mnie krótka rozmowa z jedną z parafianek w ostatnią niedzielę. Wspominaliśmy o tym, że jedziemy na krótki czas do Polski. W związku z tym w rozmowie starsza pani pyta mnie, czy może jedziemy chrzcić Maćka. Na co ja odpowiadam, że był chrzczony w październiku podczas naszej ostatniej wizyty w kraju. W tym momencie pada pytanie: "A w jakiej wierze, w katolickiej, tak?" Oczywiście zapewniłam ją, że jesteśmy luteranami i w takim też kościele ochrzciliśmy naszego syna. Była bardzo zdziwiona.
Długo zachodziłam w głowę, jak ta pani wpadła na to, żeby pastor i jego żona, którzy przecież służą u nich w luterańskiej parafii, mogliby być katolikami. Dopiero mój mąż uświadomił mi, że ta skądinąd zabawna wymiana zdań pokazuje jednak dość smutną prawdę. Wiele ludzi w tutejszym kościele wyznanie łączy z narodowością. Stąd Niemcy to luteranie (jakoś pomija się fakt, że przecież Niemcy są podzielone wyznaniowo), a Polacy to katolicy. Ot, taka często jest świadomość wyznaniowa wielu naszych parafian.
To mi przypomniało też inną zabawną historię, którą opowiedział nam pastor opiekujący się tutejszą diecezją. Jedna zatroskana parafianka przyszła do niego i pyta, czy Kościół stracił parafię w Berdiańsku. Ks. Sander w pierwszej chwili nie wiedział, o co chodzi. Pani wyjaśniła jednak zaraz swoje obawy. Chodziło jej o to, że zapewne skoro pastorem w Berdiańsku jest Polak to parafia stała się katolicka.
Często jest nam z tym ciężko. Próbujemy uświadamiać naszym parafianom, że wyznanie nie musi wiązać się z narodowością i że nie trzeba stawać się Niemcem będąc luteraninem. W wielu jednak głowach jest to nierozerwalnie związane, a pewne rytuały i elementy "kultury" w tej parafii jeszcze to przekonanie wzmacniają. Delikatnie próbujemy z tymi stereotypami walczyć, ale to bardzo długotrwały proces.

sobota, 5 grudnia 2009

Przed wyjazdem

Zacząłem dziś pracę nad nową gazetką. Tym razem na Boże Narodzenie. Ponieważ jedziemy do Polski na 10 dni, to trzeba wszystko wcześniej przygotować. Teksty powinny być już w poniedziałek przetłumaczone i sprawdzone. Chciałbym czas w Polsce wykorzystać jak najlepiej. Załatwić potrzebne sprawy służbowe, spędzić czas z rodziną, zrobić potrzebne zakupy (sklepy w Polsce są o wiele lepiej zaopatrzone). Bardzo cieszymy się oboje, że jeszcze przed świętami odwiedzimy nasze rodzinne strony. Dla mnie to już drugie święta poza Polską, dla Natalii pierwsze. Tęsknię do tych rodzinnych pięknych świąt. Mimo wszystko na Ukrainie to już nie to samo. Wiem, bo dwa lata temu spędzałem je w Łucku. Święta według porządku prawosławnego wypadają 7 i 8 stycznia, więc 25 i 26 grudnia są tutaj normalnymi, roboczymi dniami. Ludzie nawet nie mogą przyjść do południa do kościoła. Mamy tylko jedno świąteczne nabożeństwo 24 grudnia. Cóż, może ta inna atmosfera pozwoli nam na nowo odkryć głębię i istotę Bożego Narodzenia.
Dziś tak krótko. Ostatnio bowiem odkrywamy, jak ważne jest to, żeby spędzać więcej czasu ze sobą.

piątek, 4 grudnia 2009

Ach ta biurokracja...

Byłem dziś w Zaporożu w siedzibie władz wojewódzkich. Potrzebowałem pismo, które stanowi podstawę do wydania wizy dla Natalii i Maciusia. Dwa lata temu dostałem wizę na trzy lata i jest ona jeszcze rok ważna. Natalia dostała w styczniu wizę tylko na jeden rok. Maciuś takiej wizy w ogóle nie posiada. To wszystko jest dość skomplikowane. Zwracaliśmy się do różnych instytucji z pytaniem o wizę i otrzymywaliśmy różne odpowiedzi. W Berdiańsku władze oświadczyły, że Natalia może otrzymać przedłużenie wizy na miejscu w Berdiańsku, a Maciuś jej w ogóle nie potrzebuje. Konsul natomiast oświadczył, że dobrze żeby Maciuś miał wizę. Cały problem polega na różnicy prawnej. Na Ukrainie dziecko jest wpisane w paszport rodziców, w Polsce zaś nie ma takiej możliwości. Wyrobienie wizy to 240$. Nie chcemy przepłacać, a z drugiej strony nie chcemy mieć problemów na granicy. Mamy rozterki. Chyba jednak zdecydujemy się wyrobić wizę dla świętego spokoju. Co prawda bez wizy można przebywać na Ukrainie 90 dni, ale potem trzeba wyjechać i wrócić dopiero za 90 kolejne dni (na 180 dni można przebywać tutaj tylko 90). Niestety Ukraina to taki dziki wschód. Nikt nic nie wie, a biurokracja jest bardzo rozbudowana. Pamiętam jak ksiądz z parafii katolickiej opowiadał, jakie miał problemy na granicy, tylko z powodu kształtu pieczątki. W jego paszporcie jakiś urzędnik wbił pieczątkę prostokątną, a potrzebna była okrągła (albo na odwrót). Celnicy robili mu wtedy bardzo wielkie problemy. Dziś na szczęście urzędnik z komitetu do spraw religijnych był bardzo miły i szybko odpowiedział na nasze petycje. Niestety często można spotkać się na Ukrainie z wielką "biurokratyczną niegościnnością" - żeby coś załatwić trzeba przejść dużo instancji. Dodatkowo prawo jest dość niejasne i urzędnicy bojąc się popełnić błąd odsyłają od "Annasza do Kajfasza". Oni sami czekają często zaś na łapówkę. To tak zwana opłata za przyśpieszenie procedur. Wydaje mi się, że władza uderza tutaj do głowy o wiele bardziej niż w naszym kraju. Cóż, niestety ślady historii (carskiej Rosji i komunizmu) widać i w tych papierkowych sprawach.

czwartek, 3 grudnia 2009

Wzięte za bardzo dosłownie...

Wróciłem dziś z Odessy. Przyjechałem do Berdiańska ok. 2:30 nad ranem. Miałem jeszcze spory kawał do przejścia po mieście. Niestety nie mogłem wezwać taksówki, bo bateria w komórce mi padła. Mimo wszystko jednak taka nocna przechadzka była dość ciekawa. Na szczęście nie było tak bardzo ciemno, wiec nie wpadłem do żadnej dziury. Choć i tak napotkałem otwarte studzienki i inne atrakcje.O tym co było na konferencji opowiem kiedy indziej.
Powrócę jeszcze teraz do gazetki, którą ostatnio wydałem. Siedziałem dziś na parafii na dyżurze i Artur opowiedział mi śmieszny komentarz, który usłyszał odnośnie tej gazetki. Zadzwoniła do niego jedna z parafianek, kobieta ponad osiemdziesięcioletnia, która nie może już, ze względu na chorobę, przychodzić do kościoła. Gazetkę do domu dostarczyła jej wnuczka. Staruszka pochwaliła ten nowy "wyrób". Powiedziała, że bardzo się jej ta gazetka podoba, że jest interesująca, ale niestety nie może zrozumieć, dlaczego znalazł się w niej artykuł o łowieniu ryb. To mnie niezmiernie rozśmieszyło, bo rzeczywiście zamieściłem tam opowiadanie Bruno Ferrero o sieci rybackiej, ale tak naprawdę był to tylko pewien metaforyczny obraz, który odnosił się do tematyki adwentowej - wieczności. Nie chciałem wszystkiego tłumaczyć i wolałem, żeby czytelnicy się trochę zastanowili. No cóż, ta kochana starsza pani wzięła to opowiadanie za bardzo dosłownie. Rozśmieszyło mnie to, ale z drugiej strony ucieszyłem się, że ludzie czytają, a gazetka trafia nawet do tych, którzy nie potrafią już przyjść do kościoła. Zamieszczam opowiadanie, tylko proszę, nie bierzcie go zbyt dosłownie!

Fiord pogrążony był w głębokiej ciszy nocy arktycznej. Woda pluskała lekko na plaży. Rybak Hans, w ciepłym, pachnącym drewnem domu, wiązał oczka sieci szykując się na nadchodzący sezon połowów. Był sam w pobliżu kominka. Jego ukochana żona Ingrid spoczywała na małym cmentarzyku przy kościele... Nagle dały się słyszeć radosne śmiechy. W otwartych drzwiach stanęła jego ukochana córka Guendalina trzymając za rękę braciszka Eryka. 
- Guandelino, masz teraz wakacje. Może zajmiesz moje miejsce i zaczniesz wiązać oczka sieci na nowy połów, ja tymczasem pójdę naprawić łódź. 
- Dobrze tatusiu! 
Godziny mijały. Guandelina pracowała wytrwale, oczko po oczku, węzeł po węźle. Ale dni płynęły jeden za drugim. Sznurek był chropowaty a apretura powodująca nieprzemakalność była szorstka, ręce bolały. Małe koleżanki wołały od drzwi: 
- Guandelino, chodź pobawić się z nami! 
Oczka rozluźniały się coraz bardziej, węzły były coraz słabsze, sznurek coraz mniej wytrzymały. 
Nadeszła wiosna. Fiord rozświecił się pierwszymi promieniami słońca. Zaczęły się połowy. Dumny z pracy swej ukochanej córki Hans-rybak załadował swoją nową sieć na starą wierną łódź. 
- Chodź ze mną, mały Eryku, na pierwszy połów. 
Uradowany chłopczyk wskoczył na pokład. Łódź spłynęła na wodę. Sieć zagłębiła się w zielono-niebieskich falach. Eryk klaskał w ręce, jak srebrzyste ryby wskakiwały do sieci. 
- Cudowny połów! Pomóż mi wyciągnąć sieci, synku! Eryk ciągnął, ciągnął ze wszystkich sił. Ale zwyciężony ciężarem, wpadł do wody w sam środek sieci. 
- To nic - pomyślał Hans-ryba szybko wciągając sieć do łodzi. - Moja sieć jest mocna! To moja Guandelina zrobiła ją swoimi rękoma. Wyciągnę Eryka razem z rybami. 
Sieć wyszła z wody lekka. Pośrodku miała wielką dziurę. Źle powiązane węzły rozluźniły się. Oczka otwarły się. A mały Eryk spoczywał na dnie fiordu. 
- Ach! Gdybym każde oczko wiązała z miłością! - płakała Guandelina. 

Każdego dnia człowiek wiąże sieć wieczności. Każdy dzień stanowi jeden węzeł. Możesz o tym nie myśleć, ale nadejdzie dzień połowu i zależeć on będzie również od tego, co zwiążesz dzisiaj.

środa, 2 grudnia 2009

Słodkie przygotowania

Właśnie pierwszy raz w życiu zarobiłam ciasto na piernik i pierniczki. Nie mam jednak dobrego przeczucia. No cóż, zobaczymy, jak wyjdą. Pierniczki już nieraz piekłam i lukrowałam, ale ciasto zawsze zarabiała mama. Przyszła jednak pora na samodzielność :)
Zabrałam się za to tak wcześnie, ponieważ w przyszłym tygodniu jedziemy do Polski i wrócimy dopiero kilka dni przed świętami. Nie będzie więc czasu na wielkie wypieki, a przecież coś słodkiego w święta byłoby mile widziane.
Podstawowy cel naszej podróży to załatwienie wiz dla mnie i Maćka. Niestety okazuje się, że nasz synek również musi mieć ten dokument, więc jesteśmy zmuszeni załatwić to szybciej niż pierwotnie sądziliśmy. Ukraińcy wiedzą jak łatać dziurę budżetową. 240 dolarów za wizę na rok to zawsze jest jakiś grosz.
W najbliższych dniach czeka mnie więc sporo spraw do załatwienia, a przygotowanie świąt odbędzie się w przyspieszonym tempie. Dobrze, że przynajmniej prezenty już kupione.
Teraz jednak zmykam już do spania. Nie wiem, ile razy tej nocy Maciuś mnie obudzi. Napewno jednak przynajmniej raz obudzi mnie mój mąż, który powinien wrócić nad ranem z Odessy, gdzie uczestniczył w konferencji księży.

wtorek, 1 grudnia 2009

Inny adwent

Tradycje bywają różne. Przyzwyczajona do stonowanych adwentowych dekoracji z pewnym zaskoczeniem przyjęłam wygląd naszej kaplicy i sali parafialnej w ostatnią niedzielę.
O porządek i wystrój kaplicy dba Artur - kurator, organista i kościelny w jednej osobie. Z pomocą kilku osób wprowadził w sali iście bożonarodzeniowy nastrój. Choinka ustrojona kolorowymi bombkami i migającymi światełkami, gwiazda betlejemska pod sufitem, wieńce adwentowe, świece, kalendarz adwentowy - tutaj wszystkie te dekoracje pojawiają się już w pierwszą niedzielę adwentu. To oczywiście też ma swój urok. Ja jednak wychowałam się w domu, w którym przez całe dzieciństwo choinka pojawiała się dopiero w wigilijny poranek i podoba mi się różnica między czasem adwentu a bożonarodzeniowym. Choć może już dziś w pogoni za prezentami i "magią świąt" zupełnie to zagubiliśmy.
Z radością przyjęłam jednak inny tutejszy zwyczaj. Już teraz śpiewa się kolędy na zakończenie nabożeństwa. A że śpiewania kolęd nigdy dość, przynajmniej moim zdaniem, to miło będzie nacieszyć się nim dłużej.
Zachwycałam się również unikatowym kalendarzem adwentowym z pięknymi symbolami i misternymi rysunkami. Każde okienko zawiera także wiersz biblijny. Niestety kalendarz jest po niemiecku. Szkoda, że tak niewielu parafian zna ten język.

Gdy w końcu dotarliśmy w niedzielę do domu, przy blasku pierwszej adwentowej świecy w naszym wieńcu zaśpiewaliśmy kilka adwentowych pieśni. Kalendarz wypełniony słodyczami czeka na swoich amatorów i będzie cierpliwie odliczał dni do Bożego Narodzenia i do momentu, gdy w naszym mieszkaniu stanie ustrojona choinka.
Jednakże niezależnie od tradycji i miejsca, w którym spędza się przedświąteczny czas, przesłanie pozostaje to samo. Więc czuwajmy i czekajmy na Jezusa.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Trudno czasem...

Ech... ostatnio ze snem Maćka do samego ranka są pewne kłopoty. Czy takie głodne dzieciątko, czy tak zęby przeszkadzają w spaniu - kto go tam wie? Pierwszy ząb przedarł się już na świat, a drugi idzie w jego ślady, więc nic dziwnego, że może to nieco przeszkadzać w spokojnym śnie. Wszystko też ląduje w buzi - zabawki, książki, rączki, nawet stópki.
Kłopoty były również z dzisiejszym dniem, a raczej z tym, że Maciek został zaszczepiony przeciwko kilku chorobom. Był niezwykle dzielny i przy samym szczepieniu nie płakał, jednak popołudnie i wieczór trudno zaliczyć do udanych. W końcu jednak udał się do słodkiej krainy snów. Takie to czasem bywa trudne życie nawet tych najmłodszych, a przy nich też i dorosłych.

sobota, 28 listopada 2009

Gazetka numer dwa

Dziś za nami tworzenie, tym razem ściennej, gazetki na okoliczność adwentu. Jest na tyle późno, że czas przyszedł na zasłużony odpoczynek. Tym bardziej, że wcześniejsze wstawanie nas czeka, jak to w niedzielę. Trzeba ze wszystkim zdążyć, żeby na czas znaleźć się w kościele.
Cieszę się, że udało nam się dziś wyskoczyć na pizzę. Staramy się zawsze w okolicach 25-tego każdego miesiąca zrobić razem coś fajnego - obejrzeć film czy pójść w jakieś miłe miejsce. 25-tego ponieważ wtedy mija kolejna "miesięcznica" naszego spotykania się (25.01.2008) i ślubu (25.10.2008). Ot, żeby zwyczajnie choć na chwilę nieco wyrwać się z codzienności. Ostatnio jednak nie zawsze udaje nam się to dokładnie w danym dniu, ale ważne że w ogóle.
Tę sobotę można chyba zaliczyć do udanych. I nawet Maciek powinien się cieszyć, bo rodzicom udało się mu kupić jakiś drobny prezent na Mikołajki :) Mam nadzieję, że odwdzięczy nam się twardym snem do samiutkiego ranka. Dobranoc...

piątek, 27 listopada 2009

Chorobowo...

Obudziłem się dziś w nocy i stwierdziłem, że mi się w głowie kręci. To straszne uczucie. A ja nic nie piłem! Pomyślałem, że to od kręgosłupa. Męczę się tak już cały dzień. Zadzwoniłem do masażysty z prośbą o zabieg. Przyszła terapeutka. Stwierdziła, że z kręgosłupem jest raczej wszystko ok. Sam już nie wiem, co to mi jest. Mam nadzieję, że to kręcenie minie i nie będę się musiał męczyć więcej. Odwołałem wyjazd do Zaporoża. Nie chciałem tego robić, bo umówiłem się już z dwoma paniami na odwiedziny. Cóż, stwierdziłem jednak, że nie chcę tam jechać w takim stanie.
Moja żonka wyżywa się teraz artystycznie - robi wieniec adwentowy. Ma talent i chęci dziewczyna. Nasz maluszek leży sobie obok i bawi się. Jakiś czas temu wyszedł mu pierwszy ząbek. Pozostałe też się chyba przeżynają. On bardzo się ślini i nie chce spać.
20 gazetek parafialnych wydrukowanych i poskładanych. Pozostałe wydrukuję, gdy pojadę do Zaporoża. Skończył mi się zresztą tusz. Fajnie, że cartridge można napełnić za ok. 5 zł każdy. Ciężko byłoby bez drukarki.
Na parafii były ostatnio wielkie porządki - już przedświąteczne. Ciekawe jest to, że choinkę stroją już na pierwszą niedzielę Adwentu. Wtedy też po nabożeństwie zaczynają śpiewać sobie kolędy. Jakoś szybko, ale stwierdziłem, że nie będę walczył z tą tradycją. Będąc na misji w innej rzeczywistości często zastanawiam się, jak odnieść się do lokalnych zwyczajów. One są bardzo różne i część z nich mi się nie podoba. Przykładem może być zapalanie małych świeczek w kaplicy. Niby jest to dla lokalnych luteran symbol modlitwy, ale za umarłych też zapalają. Dużą cześć oddaje się też Marii. Będąc w różnych kościołach luterańskich widziałem obrazy Marii, czy wręcz ikony. Ostatnio na nabożeństwie w Berdiańsku zaproszona solistka zaśpiewała "Ave Maria" (to co ma śpiewać było wcześniej ustalone, tylko nie ze mną) .To jest dla mnie czymś obcym. W Polsce takie rzeczy są nie do pomyślenia. W takich momentach zastanawiam się, co mam zrobić. Walka z tymi rzeczami i burzenie takich tradycji często prowadzi do konfliktów. Niestety często nawet małe zmiany, które chcę wprowadzić, są odczytywane jako przejaw burzenia całości tradycji. Jeśli zaczynam walczyć z tradycją, to zrażam do siebie tych, którzy są do niej przywiązani. To zaś prowadzi do zamknięcia drzwi na wiele dobrych rzeczy, jak na przykład duszpasterstwo i głoszone Słowo Boże. Walcząc (a może zmieniając) z pewnymi tradycjami, które są ważne dla tych ludzi, prowadzę do tego, że ludzie zamykają uszy na głoszone przeze mnie Słowo. Często też po czasie zauważam, że nie miałem racji w danej sprawie lub że ta druga strona też tę rację miała. Myślę, że przez różne doświadczenia ostatnich miesięcy nauczyłem się ostrożności Staram się też być pokorny. Z drugiej strony często nie mogę i chyba nie powinienem pewnych rzeczy spokojnie znosić. Dlatego modlę się o mądrość, pokorę i odwagę.

czwartek, 26 listopada 2009

Zmęczonego redaktora słów kilka


Skończyłem pierwszy etap pracy nad adwentową gazetką parafialną. Przygotowanie jej zajęło sporo czasu i energii. Dużą pomocą były dla mnie materiały po rosyjsku, które znalazłem w Internecie. Wczoraj też napisałem krótkie kazanie do tej gazetki. Dziś z Arturem (kuratorem) robiliśmy korektę tego tłumaczenia. Z gazetki parafianie z obu moich parafii będą mogli się dowiedzieć o znaczeniu i wymowie Adwentu, różnych tradycjach, takich jak kalendarz i wieniec adwentowy. Zamieściłem też w tej gazetce opowiadanie Bruno Ferrero "Sieć rybacka". Jutro czeka mnie jeszce drukowanie i zszywanie. Na szczęście potrzebuję tylko ok. 40 egzemplarzy. Gazetka nie jest obszerna, zawiera tylko 8 stron, ale i tak było sporo roboty. Następny numer planuję na Święta Bożego Narodzenia.
Nigdy nie pisałem tego, ale dziś chciałem to publicznie wyrazić. Pan Bóg dał mi wspaniałą kobietę. Moja żona oprócz wielu innych walorów ma jeszcze fajny gust. Bardzo mi pomaga w pracy. Cieszę się, że mogę liczyć na radę i konstruktywną krytykę kochającej mnie osoby. Wczoraj na przykład w gazetce zamieściłem ponad 2 strony kolejnej części biografii naszego Reformatora. Moja kochana żona uświadomiła mi jednak, że oprócz tego, że tekst ten zapełnia puste strony, to nijak ma się do tematu adwentowego. Niestety ja czasami w tym co robię wpadam w "księżowski" i "teologiczny" ton. Myślę, że coś jest ważne, ale to takim nie jest - (w sumie chyba mało ludzi z parafii w Berdiańsku zainteresowałoby to, co robił Luter między rokiem 1517 a 1521). Na szczęście moja żona sprowadza mnie w takich chwilach do poziomu normalności. Panie, dzięki Ci za nią!

środa, 25 listopada 2009

W sklepach już świątecznie



Supermarkety Ukrainy nie różnią się wiele od tych w Polsce. I to nie tylko ze względu na ilość i wybór towarów. Również i tutaj już na początku listopada "są święta". Wtedy zawitały tutaj bombki, choinki i inne ozdoby. Jedno mnie tylko zaskoczyło, o czym wcześniej nie pomyślałam i nie wiedziałam - kartki świąteczne. Tutaj najhuczniej świętuje się Nowy Rok, a Boże Narodzenie, które obchodzi się we wschodnim chrześcijaństwie 7 stycznia, nie jest już tak istotne. Zresztą Dziadek Mróz prezenty też przynosi na Nowy Rok. W związku z tym i życzenia wysyłane bliskim są z okazji Nowego Roku. Nie spotkałam więć takich kartem z napisem Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku, ograniczają się one do Szczęśliwego Nowego Roku.

wtorek, 24 listopada 2009

Berło dla głupca

Ostatnia niedziela była Niedzielą Wieczności. Na nabożeństwie wspominaliśmy osoby, które umarły w poprzednim roku. Z tego powodu też w kaplicy zjawiło się dość dużo osób. Tekstem kazalnym była przypowieść o dziesięciu pannach. Przygotowując się do kazania przypomniało mi się opowiadanie Bruno Ferrero „Królewski błazen”. Często w kazaniach wykorzystuję opowiadania tego autora.

To ciekawe, jak bardzo miejsce i zbór wpływa na formę kazań. Na Ukrainie już niejeden raz udało mi się nawiązać dialog podczas kazania. Czasami używam różnych przedmiotów, żeby zobrazować jakaś prawdę duchową. Na tym nabożeństwie dodatkowo zaśpiewała solistka i usłyszeliśmy utwór na organy i flet. To jeszcze bardziej wytworzyło nastrój zadumy. Po nabożeństwie dość długo jeszcze pozostałem na spotkaniu niemieckiego towarzystwa „Przyjaźń”. Spora grupa parafian należy do tego towarzystwa. Zazwyczaj w niedzielę członkowie spotykają się i razem spożywają obiad, rozmawiają, śpiewają. Jakiś czas temu postanowiliśmy, że będziemy starać się być na tych spotkaniach. Chcemy w ten sposób dać im odczuć, że jesteśmy z nimi i dla nich.

Dziś zamieszczam opowiadanie, które ostatnio wykorzystałem.

Królewski błazen


Pewien Król miał swego nadwornego błazna, który umilał mu dni swoimi powiedzonkami i żartami. Któregoś dnia król powierzył błaznowi swe berło, mówiąc:
     - Zatrzymaj je do czasu, aż znajdziesz kogoś głupszego od siebie. Wtedy będziesz mógł mu je podarować.
Kilka lat później król poważnie zachorował. Czując zbliżającą się śmierć, przywołał błazna, do którego w gruncie rzeczy był bardzo przywiązany i powiedział:
     - Wyruszam w długą podróż.
     - Kiedy wrócisz? Za miesiąc?
     - Nie - odparł król. - Nie powrócę już nigdy.
     - A jakie przygotowania poczyniłeś przed tą wyprawą? - zapytał błazen.
     - Żadnych - brzmiała smutna odpowiedź.
     - Wyjeżdżasz na zawsze - powiedział błazen - i wcale się do tego nie przygotowałeś? Proszę, weź to berło. Znalazłem wreszcie głupszego ode mnie!
Jest bardzo wielu ludzi, którzy nie przygotowują się do tej "wielkiej podróży", która czeka każdego z nas. Dlatego ten moment wiąże się dla nich z wielką trwogą. "Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny", mówi Jezus (Mt 25, 13). Czy naprawdę przygotowujesz się do tego?

poniedziałek, 23 listopada 2009

Tęsknimy...


Chciałbym się dziś podzielić z Wami jedną z naszych tęsknot i marzeń. Oboje z Natalią kochamy góry. To właśnie od wspólnych wypraw w góry wszystko się między nami zaczęło.
Pamiętam jak dziesięć lat temu umówiliśmy się z grupką znajomych, że pojedziemy na listopadowy weekend w Karkonosze. Jakoś tak się poukładało, że wszystkim coś wypadło i na dworcu w Katowicach z całej grupy zjawiliśmy się tylko my (Natalia i ja). Zastanawialiśmy się wtedy, co robić - czy wypada, żebyśmy pojechali tylko w dwójkę, czy powinniśmy. Miłość do gór jednak zwyciężyła. Było pięknie. Tak bardzo kolorowo.
Potem nasze drogi się rozeszły. Dopiero praca w CME sprawiła, że znowu się zaprzyjaźniliśmy. Tutaj też dużą rolę odegrały góry. Byliśmy tylko kumplami, ale sporo czasu spędziliśmy na wycieczkach górskich w Beskidach, Tatrach, Pieninach. Tych różnych wypraw było troszkę.
Już jako narzeczeni zobaczyliśmy Karpaty po stronie ukraińskiej, wspinaliśmy się w Frankenjurze (Niemcy). Na podróż poślubną również wybraliśmy się w góry. Zaszyliśmy się na kilka dni w Karpaczu.
No cóż, teraz marzymy o takich wycieczkach. Ja bardzo chciałbym znów zobaczyć Tatry. Niestety okolice, w których mieszkamy, są po prostu płaskie. Marzę o jakiejś wyprawie, o tym, żeby zobaczyć wszystko z góry i być "bliżej" Boga. Góry bardzo nastrajają mnie do refleksji. Cóż, pozostaje cierpliwie poczekać do lata. Może wtedy uda nam się zobaczyć góry na Krymie.
Zapraszam do galerii, tam kilka starych zdjęć z naszych wspólnych wypraw.

sobota, 21 listopada 2009

Ostrożnie, dziura

Wczoraj po południu Wiesiek zaopiekował się Maciusiem, a mnie udało się wyrwać na zakupy. Wychodziłam z domu po 16.00. O tej porze jest już właściwie ciemno. Na nowo więc uświadomiłam sobie jak "ciekawie" może być w Berdiańsku po zmroku. Na pieszego i kierowcę czekają różne "atrakcje". Ulice rzadko są oświetlone. Nietrudno więc o wypadek, gdyż w drogach i chodnikach pełno jest dziur i wybojów. 

Zdarzają się również takie niespodzianki, jak ta na zdjęciu. Przedstawia ono studzienkę ściekową, w której brak włazu. Był on zapewne z metalu, a ten przecież można sprzedać na złom i tym sposobem uzyskać kilka hrywien. Nikt jednak, najwyraźniej, zbytnio się tym nie przejmuje. Podobnie "oznakowanych" studzienek w naszej okolicy jest jeszcze sporo. W całości przetrwały tylko te, które mają włazy z betonu.
Na początku, widząc takie otwarte studzienki z wetkniętymi w nich dla ostrzeżenia gałęziami (niektóre nawet mają jeszcze dodatkowo przywieszone czerwone szmatki), byłam zbulwersowana i nieco przerażona, z czasem jednak zaczęło mnie to bawić. Tylko po zmroku przestaje to być zabawne, bo nawet po własnym podwórku, które niby dobrze znam, muszę chodzić bardzo ostrożnie, żeby nie wpaść w jakąś dziurę. Zdarzają się, o zgrozo, również takie nieoznakowane studzienki. Wczorajsze zakupy skończyły się jednak pomyślnie i z dobrym efektem.

piątek, 20 listopada 2009

Zaproszenie do posłuchania

W ostatnią niedzielę miałem 2 nabożeństwa w Dzięgielowie. Pierwsze w domu pomocy. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Były tam w większości staruszki, kilka osób niepełnosprawnych. Bardzo dawno nie miałem styczności z osobami na wózkach. Nie bardzo umiałem ich przewieźć. Musiałem się troszkę potrudzić. Pomaganie tym ludziom było dla mnie dobrym doświadczeniem. Czułem się z tym dobrze. Pomyślałem tylko, że są oni troszkę odgrodzeni od świata i często my zdrowi i młodsi o nich zapominamy. Tekst biblijny wyznaczony na tę niedzielę był bardzo ciekawy. Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście Mt 25,31-46 (tutaj tylko fragment). Dla mnie ten tekst przeczytany w domu pomocy był wyzwaniem, żebym nie zapominał o osobach starszych i schorowanych. Bardzo chciałbym, jeśli byłaby taka możliwość, częściej odwiedzać i rozmawiać z pensjonariuszami takich ośrodków.
Później miałem nabożeństwo w kościele. Mówiłem o sytuacji na Ukrainie. To wszystko bardzo dobrze się zbiegło, bo ten tekst biblijny i moje ostatnie przemyślenia o diakonii dobrze się ze sobą komponowały.
Jeśli chcecie posłuchać kazania i dowiedzieć się też coś więcej o sytuacji na Ukrainie, to zapraszam. Poniżej podaję link:
http://www.powolani.nazwa.pl/parafia/slowo/nk_2009_11_15b.mp3
Niech Pan Bóg działa w Waszych sercach.

czwartek, 19 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. III)


Ciocia Ania była jedną z najbliższych osób z rodziny mojej mamy. Mama nie ma bliskiej rodziny, a Anna była jej dalszą kuzynką. Łączyły nas dobre stosunki. Choć mieszkała niedaleko, to właśnie do niej pierwszy raz wyjechałem na wakacje (miałem wtedy 8 lat). Pamiętam, że była bardzo ciepłą i kochaną osobą. Odwiedzaliśmy ją czasami, a ona, jeśli mogła, okazywała nam pomoc. Na przyjęciu weselnym w zeszłym roku towarzyszyła nam aż do końca. Choć nie tańczyła i chyba nie była to dla niej wielka atrakcja, to jednak była z nami. Natalia i ja odebraliśmy to jako wielki przejaw miłości. Jeszcze w tym roku na krótko ją odwiedziłem, żeby przekazać zdjęcia z naszego wesela. Nie miałem wtedy zbyt wiele czasu i obiecałem, że następnym razem, jak będę w kraju, to przyjadę na dłużej.
Do kraju następnym razem przyjechałem wraz z rodziną dopiero 21 września. Dowiedziałem się, że ciocia trafiła niedawno do szpitala. Miała jakieś problemy z trzustką. Chyba następnego dnia doszła do mnie wiadomość, że ma raka. Jej stan był beznadziejny. Nie wiedziałem, że choroba jest tak bardzo zaawansowana. W tym czasie byłem bardzo zajęty. Miałem różne spotkania itd. Postanowiliśmy z Natalią, że pójdziemy do szpitala w następny wtorek. We wtorek rano zadzwonił mój kuzyn i prosił o komunię dla mamy. Załatwiłem naczynia komunijne i po południu ok. 16 udaliśmy się z Natalią do szpitala. Kiedy wszedłem do sali o numerze, który mi podał mój kuzyn, nie znalazłem tam cioci. Poszedłem do pielęgniarek i chciałem się dowiedzieć, gdzie ona leży. Pielęgniarka spytała wtedy, czy jestem z rodziny i czy przyjechałem po rzeczy. Dopiero w tym momencie zrozumiałem, co się stało. Spóźniliśmy się 2 godziny. Ciocia umarła o 14:15. Krew podeszła mi aż do głowy. Byłem bardzo zaskoczony. Spóźniłem się. Nie zdążyłem podziękować mojej kochanej cioci za jej miłość. Nie zdążyłem się pożegnać. Przypomniał mi się wtedy wiersz ks. Jana Twardowskiego „Śpieszmy się”. Zrozumiałem też, jak ważne jest dbanie o relacje z najbliższymi.  
Na pogrzebie było bardzo dużo osób. Ja miałem przemówienie nad grobem. Patrząc na te tłumy, pomyślałem, że ciocia śpieszyła się kochać ludzi...


Śpieszmy się  

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego


Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno


Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny


Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


ks. Jan Twardowski

środa, 18 listopada 2009

Rozmowa duszpasterska po rosyjsku

Jestem dziś po dwóch rozmowach duszpasterskich. To dla mnie bardzo trudne. Dlaczego? Ciągle zmagam się z problemami językowymi. Często nie rozumiem, co mówi druga osoba tzw. klient. Tymczasem podczas rozmowy, kiedy rozmówca otwiera się ze swoimi problemami, ciągłe przerywanie i dopytywanie się, czy dobrze zrozumiałem daną wypowiedź i słowo, po prostu przeszkadza. Bardzo trudno wychodzi mi również wyrażanie uczuć w języku rosyjskim. To tak nienaturalne. Bardzo rzadko słyszę, żeby ludzie mówili tutaj o swoich uczuciach. Czasami moje duszpasterzowanie to po prostu bycie z drugą osobą. Pozwolenie jej się wygadać. Milczenie i słuchanie. Myślę, że czasami to jest właśnie to, czego potrzebuje rozmówca. Takie wsłuchiwanie się często bardzo na mnie oddziałuje. Wydawać by się mogło, że to tylko słuchanie, ale ja uważam, że to aż słuchanie. Po takich rozmowach jestem emocjonalnie i umysłowo zmęczony. Cieszę się jednak, że takie rozmowy mają miejsce. Chciałbym, żeby duszpasterskie towarzyszenie tym ludziom było dla mnie najważniejszym zadaniem.

wtorek, 17 listopada 2009

NIE ZABIJAJ!


Dziś krótko, ale na temat... aborcji. Odwiedziliśmy ostatnio s. Agnieszkę z Caritasu i ona troszkę nam o tym opowiedziała. Niestety aborcja na Ukrainie to bardzo spotykana praktyka. Dowiedzieliśmy się, że są kobiety, które tej operacji poddawały się nawet kilkanaście razy. Nie wiem, czy to się zmieniło, ale jeszcze niedawno prawo pozwalało zabić dziecko do piątego miesiąca. DO PIĄTEGO MIESIĄCA!!! Kiedy s. Agnieszka to mówiła, popatrzyłem na swojego małego synka i doznałem szoku. Jak można zabić takie małe, kochane dzieciątko? Widziałem zdjęcia przedstawiające przebieg tej operacji. To straszne. Niestety sytuacja rodzinna na Ukrainie też jest straszna. Bardzo często mężczyzna dowiedziawszy się, że jego partnerka zaszła w ciążę po prostu ją opuszcza. Ona zaś zdesperowana, bez środków do życia decyduje się unicestwić rozwijające się w niej dziecko. O podejściu do poczętego i narodzonego życia może świadczyć również ilość dzieci w domach dziecka. W Berdiańsku jest jeden, w którym znajduje się ok. 300 dzieci!

poniedziałek, 16 listopada 2009

Wyciąganie trupa z szafy

Wróciłem już z Polski. Podróż trwała ponad 24 godziny. Troszkę spałem. W Kijowie na dworcu kolejowym musiałem spędzić noc i zdecydowałem się, że pójdę do sali wypoczynku. Sala ta znajduje się na górze dużego dworca w Kijowie. Wyglądała jak hotel. Za ok. 30 zł wykupiłem miejsce do spania - łóżko w pokoju czteroosobowym, pościel, dostęp do łazienki. Troszkę wypocząłem. Później czekał mnie jeszcze cały dzień podróży. Najpierw w pociągu ekspresowym, a następnie w autobusie. W pociągu w każdym przedziale znajduje się telewizor. Puszczano filmy rosyjskie, więc oglądałem. Bardzo dużo myślałem. Analizowałem różne sytuacje, które miały miejsce na kursie duszpasterskim. Po każdym kursie sporo myślę, analizuję, "wsłuchuje się w swoje uczucia". Ostatnie dni bardzo dużo przyniosły. Kurs ten to nie wykłady, ale nauka przez doświadczenie. To zresztą nie tylko nauka, ale odkrywanie nowych przestrzeni, poznawanie samego siebie, często leczenie zranień z przeszłości. Myślę, że przez doświadczenia tych kilku dni (to była kolejna sesja tego kursu) staję się lepszym człowiekiem, duszpasterzem, może również kaznodzieją i teologiem. Co przez to rozumiem? Człowiekiem - bo łatwiej mi nawiązywać głębsze relacje i po prostu być z drugą osobą. Wpływ tego kursu widoczny jest chociażby w naszym małżeństwie. Ja nie lubię mówić o swoich negatywnych emocjach (tzn. np. o złości, gniewie). Wcześniej zazwyczaj się w takich momentach wycofywałem i milczałem. To zaś negatywnie wpływało na Natalię. Od jakiegoś czasu uczę się, żeby nie zrywać w takich momentach relacji, ale starać się werbalizować swoje uczucia. To nam bardzo pomaga wzajemnie się zrozumieć w małżeństwie. Czasami gdy się blokuję, Natalia po prostu mówi do mnie: "Kochanie, powiedz mi co czujesz". Taka prośba zazwyczaj pomaga i dalej już umiemy zmierzyć się z problemem. Kurs uczy mnie być lepszym duszpasterzem. Jeszcze sporo muszę się uczyć, ale już dużo się nauczyłem. Ostatnio zrozumiałem ważną rzecz. W duszpasterstwie nie chodzi o to, żeby rozwiązać problem osoby, z którą rozmawiam, ale żeby z nią być, nawiązać głębszą więź, towarzyszyć jej w odkrywaniu, rozumieniu, przeżywaniu, czasami również rozwiązywaniu problemu. Dla mnie ta nauka jest trudna, bo często zamiast po prostu "być" zadaję sobie pytanie: "co mogę zrobić?". Na kursie często mówimy o rzeczach dla nas wstydliwych. Nigdy nie jesteśmy do tego zmuszani. Mam jednak świadomość, jak chyba i inni, że nie sposób być dobrym duszpasterzem, jeśli nie przerobiło się i zrozumiało własnej historii życia. Często takie opowiadanie historii ze swojego życia to jak "wyciąganie trupa z szafy". Każdy z nas ma takiego. Tym "trupem" są wstydliwe i skrywane przez nas, czasami latami, trudne doświadczenia. Wstyd skłania nas do ukrywania się i zamyka nas często w swoim więzieniu, utrudniając nam relacje z innymi. Kiedy sam przezwyciężam ten wstydu to doświadczam poczucia wolności. Jeśli chodzi o głoszenie kazań to myślę, że nauka wyrażania emocji i rozumienie historii swojego życia pomaga mi (mam nadzieję) w byciu bardziej naturalnym w głoszeniu Słowa. Zmienia się również moje rozumienie Boga i przeżywanie Jego obecności. Ale o tym kiedy indziej.

sobota, 14 listopada 2009

Mały "zdolniacha"

A co tam, pochwalę się. Wczoraj odkryłam, że u Maciusia pojawił się pierwszy ząb na horyzoncie. Na razie to tylko jakby dziurka w dziąsełku, ale można już wyczuć ostry jak brzytwa ząbek. Najwyraźniej synek szykuje się do tego, żeby zadziwić tatę, jak wróci z Polski. A powodów do tego będzie kilka, gdyż codziennie ćwiczy do upadłego obroty z plecków na brzuszek i odwrotnie, pełzanie, piszczenie, chwytanie... Nasz radosny, zdolny szkrab :)

piątek, 13 listopada 2009

"Babcine" wsparcie

Ostatnio herbata jakoś zrobiła się nie do picia. Dopiero po spacerze dotarło do mnie, co się stało. Wszyscy biegają z bańkami i butelkami. No tak, znowu w kranie leci berdiańska woda. Zwykle Berdiańsk korzysta z lepszej wody, sprowadzanej, o ironio!, z Zaporoża (Zaporoże to duże, przemysłowe miasto, a Berdiańsk nie ma w ogóle przemysłu, jednak wodę ma ohydną). Jednakże od czasu do czasu, ponoć gdy wodociągi w długach, włączają miejscową wodę, w której nawet nieprzyjemnie zęby myć, a co dopiero herbatę z niej robić. Nie ma więc rady, trzeba wybrać się po wodę do sklepu. Oczywiście z dzieckiem na ręku łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Na pomoc jednak przyszła mi przybrana "babcia".

W klatce obok mieszka starszy od Maćka o 1,5 miesiąca Maxim. Właściwie codziennie wpadają do niego jego babcie głównie po to, by wyprowadzić go na spacer, a raczej siedzieć z nim kilka godzin na podwórku, podczas gdy on smacznie sobie śpi. Z jedną z nich udało mi się nawiązać dobry kontakt. Swego czasu zaoferowała się, że w razie czego może popilnować Maciusia. I tak od czasu do czasu biedaczka marznie, a przy niej stoją dwa wózki, podczas gdy ja nadrabiam domowe obowiązki lub, tak jak dzisiaj, biegnę do sklepu po wodę. Dobrze jest mieć czasem takie wsparcie.

czwartek, 12 listopada 2009

Trudna nauka

Za mną pierwsze zajęcia kursu duszpasterskiego w tym cyklu. Dzień był bardzo trudny. Kolejny raz przekonuję się, jak ważna jest dla mnie akceptacja. Cóż, czasami jest to hamulcem powstrzymującym mnie przed dobrymi rzeczami. Często nie umiem wyjść przed szereg i pozostać wierny temu, w co wierzę, ponieważ obawiam się o to, co pomyślą inni. Czasami rozpaczliwie szukam uznania i boję się, że zostanę odrzucony. Strachowi towarzyszy wstyd. Przecież moje życie nie jest przejrzyste. Nie jestem doskonały. Popełniłem i ciągle popełniam wiele błędów. Wstyd jest jak więzienie. Ukrywam przed innymi te wstydliwe sprawy swojego życia, boję się i sam się przed innymi odgradzam. Kiedy przezwyciężam wstyd staję się wolny. Już nie muszę się ukrywać. Mogę być sobą.
Dziś odkryłem też, że lubię szukać dziury w całym. Lubię być perfekcyjny. Często zaś małe wady i błędy potrafią mi przysłonić radość ze wszystkiego co dobre. Cóż, myślę, że po części to wynika z wychowania i fałszywej skromności. Zostałem tak wychowany, że nie należy się chwalić. Może wynika to też z jakieś przesądności, z tak zwanego "żeby nie zapeszyć".
A może te dwie rzeczy, o których pisałem, po prostu się ze sobą łączą? Ten pesymizm często wynika z braku akceptacji samego siebie. No cóż, ja też się leczę z kompleksów. Ale chyba nie jestem w tych doświadczeniach osamotniony, no nie?
Nie wiem, jak Wy, ale dla mnie takie odkrycia nie są proste. Wierzę jednak, że czynią mnie lepszym i chyba bardziej szczęśliwym w końcowym efekcie. A Ty czytelniku, co myślisz o wstydzie i cieszeniu się z życia?

Byle się nie bać...

Kolejny dzień z mego życia minął bezpowrotnie. Jestem w Polsce. Jutro zaczynam kolejną sesję kursu duszpasterskiego. Ciekawe co będzie tym razem. Dla mnie ten kurs jest dużym wyzwaniem, pracą nad sobą i warsztatem duszpasterskim. Na każdej sesji dowiaduję się o sobie czegoś nowego. Czasami są to dość trudne do przełknięcia prawdy. Wierzę jednak, że Pan Bóg używa tego czasu, żeby mnie zmieniać. Nie chcę się bać tych zmian.
Ostatnio odkrywam na nowo, że odwaga to rzecz kluczowa w życiu chrześcijanina. Tak przynajmniej jest w moim życiu. Nie żebym był najbardziej odważną osobą. Często lęk hamuje mnie przed podjęciem ważnych kroków. Mimo wszystko uczę się, bo miłość i wiara to przezwyciężenie lęku, to wyjście poza swój bezpieczny świat, to odsłonięcie się. Bez tego opuszczenia sfery bezpieczeństwa nowe światy nigdy nie zostałyby odkryte. A jak pisał apostoł Jan: W tym miłość do nas doszła do doskonałości, że możemy mieć niezachwianą ufność w dzień sądu, gdyż jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości (1 J 4,17-18).
A propos odwagi, to często od innych słyszę słowa: "jesteście odważni, że zdecydowaliście się wyjechać na misję". Nie wiem czy powodowała nami odwaga. Myślę, że nie. Raczej głębokie przeświadczenie, że Bóg powołuje nas do tego dzieła, tak jak kogoś innego do tego, żeby został w kraju i świadczył swym przyjaciołom. Jestem pewny, że najlepsze co możemy zrobić, to być posłuszni naszemu powołaniu i Powołującemu. Nie ma również bardziej bezpiecznego miejsca, jak bycie w centrum Jego woli. Głupio i niebezpiecznie byłoby wierzgać i sprzeciwiać się Najwyższemu. Czyż nie?
A Ty czytelniku co myślisz o odwadze? Bądź odważny i podziel się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami!

wtorek, 10 listopada 2009

Boleśnie proste marzenia


W ubiegły piątek odwiedziliśmy berdiański Caritas. Chcielibyśmy, żeby również tam dotarły paczki z akcji "Prezent pod choinkę" (więcej o akcji na www.prezent.cme.org.pl). To był główny powód naszej wizyty. Zresztą Wiesiek jeszcze nie miał okazji zobaczyć tego ośrodka, więc tym chętniej tam pojechaliśmy. Caritas prowadzi tu stację diakonijną "Quo vadis?", w której obecnie mieści się noclegownia oraz coś na kształt przedszkola i świetlicy środowiskowej. W tej chwili opieką objętych jest ok. 35 dzieciaków w wieku od 3 do nawet 19 lat. Większość pochodzi z niepełnych rodzin naznaczonych różnymi patologiami. Ośrodek jest otwarty dla dzieci od rana do godziny 17.00 od poniedziałku do piątku. Młodsza grupa (3-6 lat) przebywa tam przez cały dzień. Mają różnorodne zajęcia, otrzymują posiłki, jeśli zachodzi potrzeba (a często tak bywa) są też kąpane. Starsze dzieci i młodzież przychodzi tam przed i po szkole. Dla nich również stworzono ciekawą ofertę zajęć sportowych, muzycznych, innych.
Z siostrą Agnieszką, Polką, szefową tego ośrodka spotkaliśmy się w styczniu przy okazji wprowadzenia Wieśka do parafii. Tłumaczyła wtedy jego kazanie. Ja spotkałam się z nią ponownie dzięki temu, że pomagała mi znaleźć dobrego lekarza i wtedy odwiedziłam "Quo vadis?". Na mnie więc wizyta i rozmowa z s. Agnieszką nie wywarła aż takiego wrażenia, jak na Wieśku. On historie z życia dzieciaków z ośrodka i innych "przypadków", z jakimi spotyka się siostra Agnieszka słyszał po raz pierwszy. Ja mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jednakże oboje wyszliśmy stamtąd z nienajlepszymi nastrojami i z ciężkim sercem.
Najbardziej chyba z tego spotkania zapamiętałam opowieść o marzeniach. S. Agnieszka prowadziła jakieś zajęcia z dzieciakami w Polsce i zapytała o ich marzenia. Dzieci wymieniały różne rzeczy, jej nieco włos się zjeżył na głowie, były tak inne od marzeń "jej" dzieciaków. Dzieci z "Quo vadis?" marzą przede wszystkim o trzech sprawach: żeby mieć ojca (prawie wszystkie rodziny są go pozbawione), żeby mieć własne łóżko (bardzo często śpią po kilka w jednym łóżku, a starsze dzieci na podłodze) i żeby nie być głodnym. Zakonnica mówiła , że niektóre gdy przychodzą do nich w poniedziałek po weekendzie, to wyjadają jedzenie zwierzętom, tak są głodne.
To spotkanie jest kolejnym impulsem dla nas. Zastanawiamy się, jak moglibyśmy pomagać w tym oceanie biedy - materialnej, ale też duchowej. Ciągle "prześladuje" mnie słowo z 1 Listu Jana, który ostatnio wspólnie z Wieśkiem czytaliśmy: Jeśli ktoś ma dobra tego świata i widzi swojego brata w potrzebie, a zamknąłby przed nim serce swoje, to jak może przebywać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą (1 J 3,17-18). Modlimy się o odpowiedź na to pytanie.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Można się przejechać

No i zostaliśmy sami z Maciusiem. Wiesiek jest w drodze do Polski. Pojechał tam na kolejną sesję szkolenia duszpasterskiego, w którym uczestniczy od października 2008.
Jadąc do Polski korzystamy w różnych środków lokomocji - mikrobusu, pociągu, autobusu, samolotu, wreszcie samochodu osobowego. Latamy tanimi liniami z Kijowa. Do Kijowa jeździmy nocnymi pociągami. Nie ma jednak dogodnego połączenia wprost z Berdiańska, trzeba dojechać do Melitopola albo do Zaporoża, czasem nawet do oddalonego o ok. 300 km Dniepropietrowska. Bywa jednak tak, że kosztuje to sporo nerwów. Czasami zdarza się tak, jak to było wczoraj. Wiesiek zaplanował, że pojedzie do Melitopola (ok. 120 km) tzw. marszrutką (mikrobusem) o 16.00 i spokojnie zdąży na pociąg. Okazało się jednak, że autobus z niewyjaśnionych przyczyn nie jechał. W Polsce nie do pomyślenia, tutaj i owszem. Czasami więc na rozkładach jazdy można się nieźle przejechać. Wiesiek musiał więc jechać prosto do Zaporoża (ok. 200 km), żeby złapać tamten pociąg. Wszystko jednak skończyło się pomyślnie.
Latanie samolotami też czasami wiąże się z niespodziankami. Wiesiu już dawno powinien był wylądować w Pyrzowicach. Zamiast tego czeka w Kijowie na lotnisku. Powód - okropna mgła nad Katowicami. No cóż, często przypominamy sobie o tym, że tak naprawdę niewiele od nas zależy pomimo naszych starań. Pozostaje nam ufać, że Bóg wszystko dobrze uczyni i że On się nami opiekuje w każdy czas.

niedziela, 8 listopada 2009

"Niedzisiejsza" Żana


Wczoraj znów odwiedziła nas Żana, nasza młoda parafianka. Pracuje w pizzerii w systemie zmianowym, więc ma sporo wolnego czasu, szczególnie po sezonie. Często przychodzi na parafię. Czasem idzie coś załatwić, kupić, pomaga sprzątać, jest takim radosnym, dobrym duchem tego miejsca, zawsze chętna do tego, by wypić z kimś herbatę, ot choćby dla towarzystwa. A jeśli nie ma nikogo to ćwiczy grę na pianinie. Od czasu do czasu odwiedza nas również w domu i, jeśli tylko Maciuś nam pozwala, gramy wspólnie w jakąś grę. Tym razem nie tak jak ostatnio (patrz post z 27 X) Maciuś nie chciał spać, więc "grał" z nami.
Żana to wyjątkowa dziewczyna, ciepła, skromna, bezinteresowna, chętna do pomocy, nie maluje się, nie stroi, można jej zaufać, zapewne w powszechnym rozumieniu "niedzisiejsza". Czasem zabawnie się z nią gra, bo ona nawet nie chce zaszkodzić innym graczom. Stąd niestety rzadko wygrywa. Jak to mówią "gołębie serce". Wiele można się od niej uczyć.
Czuję, że gdzieś tam nosi jednak w sobie jakieś doświadczenia, pytania, zmaga się z różnymi trudnościami. Jest otwarta. Wiem też, że zastanawia się niejednokrotnie nad tym, co o różnych sprawach mówi Boże Słowo. Bardzo chciałabym, żeby Bóg użył nas do dotarcia do Żany. Prosimy, módlcie się, by otworzyła ona swoje serce dla Pana i w pełni Mu zaufała.

sobota, 7 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. II)

Kolejnym wydarzeniem, które zmusiło mnie do refleksji o przemijaniu był pogrzeb, który prowadziłem 3 lipca. Żegnaliśmy wtedy panią Ludmiłę. Miała ona 65 lat, była notariuszem, osobą bardzo zasłużoną dla parafii. Znała zawiłości prawa ukraińskiego i użyła tej wiedzy, przyczyniając się do odzyskania przez luteran w Berdiańsku budynków kościelnych. Pamiętam jej wypowiedzi na ostatnim Zgromadzeniu Parafialnym. Miała duże poczucie sprawiedliwości i umiała wyrazić swoje odczucia bez względu na to, że większość myślała inaczej. Ta cecha bardzo mi się spodobała. Poczucie sprawiedliwości i odwaga. Osoba ta została wiosną wybrana przez Zgromadzenie Parafialne do Synodu Kościoła. Pamiętam, jak umawialiśmy się, że pojedziemy razem na następny Synod.
Jej śmierć była dla nas totalnym szokiem. Ja w tym okresie przeżywałem jedne z najbardziej radosnych i szczęśliwych chwil mojego życia. Był to akurat dzień po narodzinach naszego syneczka. Mimo szczęścia i w moim życiu osobistym wcześniej już pojawił się cień smutku i zmartwienia. Dowiedzieliśmy się, że mój ojciec ma chorobę nowotworową (o tym w innym poście).
Myśląc o przeżyciach tamtych dni przypominają mi się słowa Kaznodziei: Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: Jest czas rodzenia i czas umierania (Kaz 3,1-2).
Troszkę trudno było mi przeżywać w krótkim czasie radość i smutek. Śmierć Ludmiły pokazała mi, że możemy planować, ale i tak jesteśmy ulotnym pyłkiem, który dziś jest, ale nie wie, co będzie jutro.

piątek, 6 listopada 2009

Do drzwi puka Chrystus…

Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Jeśli zaś ktoś posiada dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamyka przed nim serce swoje, jakże w nim może mieszkać miłość Boża? Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą.

Dwa dni temu do naszych drzwi zapukała pewna pani z dzieckiem. Prosiła o coś do jedzenia dla jej małego, może pięcioletniego dziecka, i dla niej samej. Prosiła o chleb i coś do niego. Okazało się, że my nie byliśmy przygotowani na taką okoliczność. Akurat nie było już chleba, sera ani żadnej wędliny. Jedyne czym mogliśmy ich obdarować to tabliczka czekolady i dwie pomarańcze. Pani spytała jeszcze, czy mamy jakieś obuwie, które moglibyśmy jej dać. Na dworze akurat była straszna plucha, wszędzie pełno wody, a kobieta na nogach miała stare zniszczone adidasy. My nie mogliśmy zaradzić i tej potrzebie. Cóż, byliśmy nieprzygotowani. Mamy nadzieję, że ktoś inny, może jakiś sąsiad pomógł tej nieznajomej i jej dziecku. Nie wiem, kim była i dlaczego znalazła się w takim położeniu. Nie chciała pieniędzy, tylko kawałek chleba i buty. Obraz tej dwójki nie daje mi spokoju. Zastanawiam się, w jaki sposób nasza mała parafia może pomóc takim osobom.
Opiszę jeszcze jeden przypadek, który dotyczy naszego parafianina. Człowiek ten jest po poważnej operacji onkologicznej. Na szczęście okazało się, że to nie nowotwór złośliwy. Jego rany jeszcze się do końca nie zagoiły, ale on już musi działać na pełnych obrotach. Jego 87-letnia matka miała wylew do mózgu i jej sytuacja jest bardzo poważna. Byłem u niej, żeby się o nią pomodlić. To, co zobaczyłem i usłyszałem, było straszne. Leżała już jakiś czas i na jej ciele zrobiły się odleżyny. W zasadzie nie było warunków, żeby ją pielęgnować, brak dobrego łóżka, opatrunków antyodleżynowych. Nasz parafianin musiał zapomnieć o własnej chorobie i zająć się swoją matką. Był już bardzo zmęczony. Ja sam zaś nie wiedziałem, jak mu pomóc.
Na ostatnim Synodzie naszego Kościoła (NELCU) tematem przewodnim była diakonia. Ostatnio Bóg zaczyna nam otwierać oczy na biedę, która tutaj panuje. Potrzeby są ogromne. Czujemy się przytłoczeni słysząc o różnych przejawach ubóstwa materialnego, moralnego i duchowego. Wierzymy, że Bóg nie chce, żebyśmy przeszli obok tych różnych potrzeb obojętnie. Zastanawiamy się tylko, co możemy zrobić, żeby rzeczywistość wokół nas zaczęła się zmieniać. Chrystus puka do naszych drzwi, a w uszach coraz głośniej brzmią słowa: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście (Mt 25,20). Proszę módlcie się o to, żeby nasza parafia i my sami nie zamykaliśmy uszu na to pukanie.

czwartek, 5 listopada 2009

Proszę...

Dziś już deszcz, plucha i wielkie kałuże na każdym kroku. Ale jeszcze niedawno, we wtorek, mieliśmy w Berdiańsku piękną, białą zimę. Jak co dzień wybrałam się z Maćkiem na spacer. Chodnikiem niezwykle ostrożnie i wolniutko szedł pewien dziadunio z laseczką. Było bardzo ślisko. Dziadek zaczął więc prosić przechodzących ludzi o pomoc.
- Proszę, pomóżcie. - zwrócił się do przechodzącej właśnie pary w średnim wieku - Idę do sklepu...
Mniej więcej tyle udało mi się usłyszeć z tej rozmowy. Reszty mogłam się domyśleć. Para z pewnym wahaniem podeszła, by pomóc mężczyźnie. Po chwili jednak dziadek szedł już sam. Zapewne bał się przejść ten odcinek drogi, który był najbardziej śliski. Dalej chyba już nie oczekiwał pomocy, gdyż był w stanie sam sobie poradzić.

Ten drobny epizod skłonił mnie do refleksji na temat proszenia. Osobiście trudno jest mi prosić. Zwykle wolę radzić sobie sama. Dopiero jak już sobie nie radzę, to biegnę z prośbą o pomoc, o ratunek. Niestety niejednokrotnie przekłada się to również na moje życie z Panem Bogiem. Czasami biegnę do Niego dopiero wtedy, jak wszelkie ludzkie możliwości się wyczerpują. Teraz jednak, w Berdiańsku, uczę się na Nim polegać i przychodzić do Boga z najróżniejszymi sprawami, nawet tymi drobnymi.

Proszenie czasem wymaga pokory i odwagi. Ten dziadunio mógł próbować sam przejść ten kawałek drogi, może nic by mu się nie stało. Zdecydował się jednak prosić zupełnie obcych ludzi na ulicy o pomoc. O ile bardziej warto prosić o pomoc Wszechmocnego.

środa, 4 listopada 2009

Dumny tata


Jestem dziś niezmiernie dumny ze swojego syna. On bardzo wcześnie zaczął przewracać się z brzuszka na plecki (już w drugim miesiącu), jednak długo nie wykazywał zainteresowania przewrotami na brzuszek. Przy okazji ostatniej wizyty u lekarza zostaliśmy skierowani również do masażysty. Tutaj w przychodni pracuje taka pani, która pokazuje rodzicom, jak powinni masować i robić ćwiczonka swoim pociechom. Jesteśmy z tego wielce zadowoleni, bo to fantastycznie rozwija naszego Skrzata. Ćwiczymy z nim i on bardzo to lubi. W wyniku tych ćwiczeń nasz synek odkrywa nowe możliwości. Ostatnio zaczął próbować sam przekręcać się na brzuszek. Do tej pory bez sukcesów. Dopiero dziś wieczorem osiągnął wyznaczony przez siebie cel. Bardzo cieszę się, że nie odszedłem do swojej pracy po kąpaniu Maciusia, bo byłbym przegapił to, jak synek dwa razy sam przekręcił się na brzuszek. On niesamowicie cieszył się z tego wyczynu. Objawił to od razu radosnym machaniem rączek i nóżek. Jestem bardzo dumny ze swojego synka! Myślę, że Bóg też się cieszy, kiedy Jego dzieci pokonują przysłowiowego Goliata. Robią to, do czego wcześniej nie byli zdolni, na przykład przeciwstawiają się pokusie, której wcześniej ulegali. Ostatnimi czasy odkrywam, co to znaczy, że Bóg jest naszym Ojcem. Chociaż ja nie jestem doskonały, to kocham swojego synka. O ile bardziej Nasz Tata w niebie kocha nas, swoje dzieci. ...dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię.

wtorek, 3 listopada 2009

Listopadowa refleksja (cz. I)

Za oknami śnieg, a za nami Pamiątka Umarłych. Ostatnie miesiące to czas, w którym dużo myślałem o przemijaniu. Do takich przemyśleń skłoniły mnie wydarzenia związane ze służbą i życiem osobistym. Rozpocznę może od tych służbowych.
Na wiosnę musiałem zmierzyć się z trudnym zadaniem. Pierwszy raz stałem nad łóżkiem umierającej osoby. To była parafianka z Zaporoża mająca ponad siedemdziesiąt lat, matka i babcia. Pojechałem do szpitala, bo chciała się wyspowiadać i przyjąć komunię. Była już po kolejnej operacji. Miała raka. Lekarze nie dawali już żadnych szans. Prawie oczywistym było to, na ile śmierć może być oczywista i do końca przewidziana, że to jej ostatnie dni. Z drżeniem na ramieniu poszedłem do szpitala. Wcześniej jeszcze rozmawiałem z jej rodziną, synem i synową. Zastanawiałem się, co powiedzieć i jak pomóc tej kobiecie i jej rodzinie. Widziałem ją wcześniej tylko raz. Nawet nie pamiętałem jej twarzy. Było mi bardzo przykro, że umiera. Podczas naszego spotkania dopadła ją gorączka. Trzęsła się cała z zimna. Pamiętam, że chciałem przeczytać jej Psalm 23, ale ona wcześniej sama powiedziała, że chce go zmówić. Z uśmiechem wypowiadała te słowa biblijne. Sama wyraziła później pewność tego, że Bóg jest z nią jako jej Dobry Pasterz. Nie wiem, na ile była świadoma tego, że umiera. Podczas spotkania zadawałem sobie ciągle pytanie: czy mogę zrobić coś więcej? Wiem, że dla niej tak ważne było to, że byli przy niej bliscy. Ona tak bardzo potrzebowała ciepła…
Kiedy opuszczałem salę szpitalną, chciałem zapamiętać twarz tej osoby. Trudno mi było się pożegnać, wiedząc, że już jej raczej nie zobaczę. Do dziś pamiętam tę niską kobietę. Choroba dość mocno zniekształciła jej twarz. Na jej rysach malował się strach (choć było można zobaczyć i radość, kiedy mówiła o tym, że odczuwa bliskość Boga). Strach był związany chyba z tym, że nie do końca wiedziała, co się z nią dzieje.
Dochodzę do wniosku, że bardzo ważne jest to, żeby bliscy do końca towarzyszyli umierającym. Rodzina może obdarzyć ciepłem i zmniejszyć lęk. Śmierć to coś nieznanego i dlatego wywołuje strach. Śmierć wiąże się jednak zawsze z samotnością odchodzącego, chociaż wokół może być tak wiele osób.
Myśląc o tym, co nieuchronne dla każdego z nas (chyba że Chrystus przyjdzie wcześniej), życzę sobie pewności, że Dobry Pasterz będzie blisko mnie, nawet w tej chwili największej samotności. Przypominam sobie też opowiadanie i wiersz Bruno Ferrero „Most” (z książeczki „Życie jest wszystkim, co posiadamy”):
Wieśniak i jego syn wędrowali w kierunku pobliskiej wioski na doroczny targ. Droga przebiegała przez kamienny mostek, spękany i chwiejący się nad wezbraną rzeką. Dziecko wystraszyło się. – Ojcze, myślisz że mostek wytrzyma? — spytało. Ojciec odpowiedział: — Będę trzymał cię za rękę, mój synu. – I chłopiec wsunął rękę w dłoń ojca. Z wielką ostrożnością przekroczył most u boku swojego ojca i doszli do miejsca przeznaczenia.
Wracali, gdy zapadał zmrok. Gdy wędrowali, malec zapytał: - A rzeka, ojcze? Jak zdołamy przekroczyć ten niebezpieczny most? Boję się!
Mężczyzna, silny i masywny, wziął na ręce małego i powiedział do niego: - Zostań tu, w moich ramionach, a będziesz bezpieczny.
Kiedy wieśniak szedł naprzód ze swoim cennym ciężarem, chłopczyk głęboko zasnął.
Następnego ranka mały obudził się, cały i zdrowy, w swoim łóżeczku. Światło słoneczne wpadało przez okno. Malec nawet nie zauważył, kiedy został przeniesiony nad rozszalałym strumieniem i znalazł się z dala od mostu. Taka jest śmierć chrześcijanina.
Wydaje się wam...
że zbliżacie się do brzegu —
i odkrywacie, że jesteście w Raju:
że chwytacie dłoń –
i widzicie, że jest to dłoń Boga,
że oddychacie nowym powietrzem —
i czujecie, że to woń nieba,
że zostaliście odmłodzeni —
i pojmujecie, że to nieśmiertelność,
że przechodzicie
ze straszliwego sztormu do niezwykłej ciszy,
że budzicie się —
i okazuje się, że jesteście w Domu!

Ooo, śnieg



Nasze podwórko dziś o poranku. Śnieg to rzadkość tutaj o tej porze roku.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Również na wschodzie

Wszyscy o grypie to my też, ale krótko i bez paniki. Przede wszystkim uspokajamy - jesteśmy zdrowi.
Poza tym potwierdzamy - panika trwa i rozszerza się na wschodnią część Ukrainy. Nawet w Berdiańsku można zobaczyć kolejki w aptekach i osoby w maseczkach na twarzy. Wprowadzono również kwarantannę, zamknięto szkoły na jakiś czas, wstępnie na tydzień, ale może się to przedłużyć do trzech tygodni. Jednakże Ukraina jest raczej do takich działań przyzwyczajona. W tym roku w zimie już się z tym spotkaliśmy. Bodajże w styczniu zamknięto szkoły na jakieś dwa tygodnie ze względu na atak grypy. Mamy nadzieję, że ta sytuacja długo nie potrwa.

My póki co delektujemy się ciszą i spokojem nadmorskich deptaków, które pomimo chłodnej już aury świetnie nadają się do spacerów.

Bo w lecie wszędzie dziki tłum, kiosk na kiosku, jedna "atrakcja" obok drugiej, hit za hitem, czyli tak zwany sezon. Ja tam wolę mimo wszystko spokojny Berdiańsk. Choć oczywiście trochę mi szkoda tego letniego ciepełka.

Dziś pogoda nie zachęcała do spacerów, jedynie 3 stopnie i zimny wiatr. Ale może i lepiej, przynajmniej więcej osób zostanie w domach, a z nimi ich wirusy i zarazki.

niedziela, 1 listopada 2009

Mały lapsus

Wróciłem już z Zaporoża. Można by dużo opowiadać, ale jestem zmęczony i będzie krótko. Opiszę śmieszną sytuację, która łączy się z jedną z tamtejszych parafianek. Zaporoską parafię odwiedzam regularnie co miesiąc. Pewnego dnia podeszła do mnie pani Aza z prośbą: Pastorze, mam mieszkanie w Berdiańsku, ostatnio go odzyskałam. Chodzi o to, że bardzo trudno mi otworzyć tam drzwi. Czy kiedy przyjadę, mogę zadzwonić i prosić pastora o pomoc w otwarciu? Zgodziłem się i wyraziłem nawet chęć pomocy w innych pracach fizycznych w tym mieszkaniu. Za kilka miesięcy dzwoni pani Aza i prosi: Pastorze, czy mógłby pastor przyjechać i "aswjatit" (освятить) moje mieszkanie? Pomyślałem, że chodzi jej o pomoc fizyczną, że ma jakieś problemy ze światłem i prosi o naprawę oświetlenia w jej mieszkaniu. Chociaż byłem w tym dniu bardzo zajęty (akurat się przeprowadzaliśmy, a ja wieczorem wyjeżdżałem jeszcze do Polski), to zgodziłem się. Prosiłem o podanie adresu i umówiłem się na konkretną godzinę. Zadzwoniłem jeszcze do kuratora, bo pomyślałem, że łatwiej w dwójkę zmierzyć się z tą pracą. W końcu co dwie głowy to nie jedna. Na chwilkę oderwałem się od przewożenia rzeczy i w szortach (było już ciepło) pojechałem po kuratora, a potem do pani Azy. Troszkę zdziwiło mnie, że kurator był odświętnie ubrany, ale pomyślałem, że on tak ma. Kiedy przyjechałem na wskazany adres, okazało się, że pani Aza chciała "aswjatit" (освятить), a nie "aswjetit" (осветить) swoje mieszkanie. To znaczy poświęcić, a nie oświecić. Językowo to tylko różnica jednej litery. W dodatku szybko wymówione te słowa brzmią prawie identycznie. Cóż miałem robić. Przeprosiłem za swój roboczy strój, a potem pomodliłem się o błogosławieństwo domu i jego mieszkańców. Było mi głupio, bo Aza bardzo przeżywała to wydarzenie i odświętnie przystroiła dom na tę okazję.
Kiedy potem rozmawiałem z kuratorem, to spytałem go, czy był świadomy wcześniej o co chodzi, a jeśli tak, to dlaczego mi nic nie powiedział widząc mnie w spodenkach. On stwierdził, że oczywiście od początku rozumiał o co chodzi, ale stwierdził też, że ja jako pastor wiem dobrze, co jest stosowne i co należy robić w takich przypadkach.        

sobota, 31 października 2009

Reformacyjne przemyślenia

Za jakieś 2 godziny pojadę do Zaporoża. Przed odjazdem chciałbym jednak słów kilka skrobnąć. Chyba wyjaśniło się, dlaczego nasz Skarbuś nie chciał spać. Natalia była wczoraj rano bardzo niewyspana i napiła się kawy. To zaś zadziałało na malucha jak "Redbull".
Dziś Pamiątka Reformacji. Przygotowaliśmy ostatnio gazetkę parafialną i kilka różnych informacji na tablicę ogłoszeń, którą zawiesiliśmy przed wejściem do kaplicy. Przygotowanie tych materiałów zajęło nam sporo czasu i energii. Mam nadzieję, że przez takie materiały ludzie będą mogli czegoś więcej dowiedzieć się o naszym Kościele. Planujemy już też następny numer gazetki z kilkoma artykułami na Adwent. Widzimy wielką potrzebę edukowania naszych parafian. Kiedy byliśmy dziś na parafii, spytaliśmy jedną z młodych parafianek (która była niedawno konfirmowana) o to, jaką dziś mamy pamiątkę. Niestety nie umiała odpowiedzieć. Nie wiedziała nawet, czym była Reformacja. To przerażające. Niestety wiedza dotycząca Biblii też jest u parafian znikoma. 
Z pewnością w dużym stopniu jest to wynik poprzednio rządzącego tutaj systemu komunistycznego. Jeśli spojrzę na swoje życie, to stwierdzam, że od  początku byłem wychowywany i edukowany po chrześcijańsku. Moja mama uczyła mnie modlitwy. W dzieciństwie mogłem czytać Biblię dla dzieci. Chodziłem na zajęcia szkółki niedzielnej, a potem religii. Niestety większość ludzi, którzy tutaj mieszkają, była tego pozbawiona. Byli uczeni, że religia to opium dla ludu, opowieści biblijne zaś to zbiór bajek dla dzieci. Pamiętam, że kiedyś jedna z osób, która tylko formalnie jest członkiem Kościoła, powiedział mi: Pastorze, ja jestem ateistką i mówię o tym otwarcie. Jak miałabym wierzyć, kiedy całe życie uczono mnie, że Boga nie ma. Czy miałabym teraz zmienić w starości wszystko na czym budowałam swoje życie?
System komunistyczny bardzo mocno ukształtował tych ludzi. Świadectwa tego możemy zobaczyć na każdym kroku, nawet w Kościołach (o tym coś więcej kiedy indziej). Modlimy się, żeby Bóg przemówił do tych ludzi i żeby nie bali się zmienić swoich poglądów i życia.        

piątek, 30 października 2009

Śmieszne

Maciek dziś ogłosił strajk, postanowił nie spać cały dzień. Również w nocy kilka razy się budził, więc jesteśmy strasznie niewyspani. W końcu postanowiłam uśpić go na spacerze i przy okazji napełnić tusz do drukarki, bo się skończył. Po tusz byłam z Maćkiem, więc pani, która również czekała przed punktem usługowym na swój cartridge, nie omieszkała zapytać: Ile ma?, wskazując na synka. Wywiązała się rozmowa. Na wieść o tym, że przyjechaliśmy tutaj z Polski roześmiała się i uznała to zapewne za głupotę. Bo przecież wiadomo, że w Polsce lepiej się żyje. Bo przecież któż z Ukraińców, można było wyczytać z tonu jej głosu, nie wolałby mieszkać w naszym kraju. Z perspektywy tutejszych mieszkańców Polska to Zachód, o którym niektórzy marzą. Zresztą w Polsce też wielu się dziwi, po co nam "ta Ukraina". Tak, to fakt, idąc za Bożym głosem czasem robi się rzeczy powszechnie uważane za nielogiczne, głupie, może naiwne. I tak jest dobrze, bo najlepiej jest żyć zgodnie z Bożą wolą.

czwartek, 29 października 2009

Maluszki pod ochroną

Taki bobas jak Maciuś wzbudza zainteresowanie. Ot, choćby dzisiaj. Był piękny, słoneczny dzień, więc z ochotą popędziliśmy na spacer. Na chwilkę zaparkowałam wózek przed sklepikiem. Kupiłam to, co było mi potrzebne i już mieliśmy jechać dalej, gdy zaczepiła mnie pewna starsza pani. Z troską zaczęła mnie przekonywać, żebym nie zostawiała dziecka samego nawet na chwilę. Słyszała bowiem historię, jak to pewnej pani skradziono dziecko, gdy weszła na moment do fryzjera. Na co ja zaczęłam ją utwierdzać w tym, że zakupy robiłam razem z maluchem i nie zostawiłam go samego. Zresztą ona też tam była, ale najwyraźniej nas nie zauważyła. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o sam fakt, że mnie zaczepiła. Rzecz, można powiedzieć, na porządku dziennym. Bardzo często zupełnie obce osoby, na ulicy, w sklepie, w pociągu, gdziekolwiek pytają: Chłopczyk czy dziewczynka? A ile ma (w domyśle miesięcy)? Jak ma na imię? A karmi pani piersią? A jak śpi? A używa smoczka? A nie chłodno mu? Zwykle są to bardzo miłe wymiany zdań, choć bywają też irytujące. Ilość tych rozmów zwykle rośnie, gdy nosimy synka w chustach, czy to wiązanej czy kółkowej. Jednakże podoba nam się taka otwartość tutejszych mieszkańców.

To także niezwykłe, jaką troską jest na Ukrainie otoczona osoba z małym dzieckiem. W autobusie, metrze ustępuje się jej miejsca, przepuszcza się w kolejce do kasy czy odprawy paszportowej. Ostatnio, gdy wracaliśmy do Berdiańska, od razu po wylądowaniu w Kijowie, poczuliśmy, że jesteśmy znów na Ukrainie. Wiesiek wypełniał jeszcze "papierki wizowe", ja w tym czasie spacerowałam z Maćkiem po sali. Najpierw podszedł do mnie jeden celnik, potem celniczka, wszyscy kierowali mnie do okienka odprawy paszportowej bez kolejki. I nikt z oczekujących nie okazał najmniejszego poirytowania. Podobnie przy odprawie biletowej na lotnisku. Wielokrotnie też spotkaliśmy się z tego typu uprzejmością np. w supermarkecie, gdzie przepuszczano nas do kasy, nawet jeśli Maciuś nie wykazywał żadnych oznak zniecierpliwienia, ani my o to nie prosiliśmy. Na Ukrainie więc fajnie mieszkać z takim brzdącem. Dziecko otwiera tutaj często drzwi do ludzkich serc.

środa, 28 października 2009

Dziecięca bezradność

Dzień minął bardzo pracowicie. Od rana siedziałem nad gazetką parafialną. Na Pamiatkę Reformacji przygotowałem kilka artykułów z biografii i teologii Reformatora. Do południa przyszedł Gjenadij, żeby zrobić nam "kladowkę". Kladowka to takie pomieszczenie na kształt spiżarni czy schowka. Długo zastanawiałem się, jak zrobić półki, na których można położyć słoiki z przetworami i inne rzeczy. Nigdzie nie mogłem znaleźć specjalnych metalowych konstrukcji. Inni też nie wiedzieli, jak tę sprawę rozwiązać. W końcu z pomocą przyszedł Gjena. Szybko pomógł mi kupić potrzebne materiały, a potem sam zabrał się do roboty. Ja niestety nie dysponuję tutaj takimi narzędziami jak szlifierka (nie kupiłem też jeszcze wiertarki, o zgrozo). Gjenadija poznałem już podczas drugiego nabożeństwa, które tutaj odprawiłem. To wojskowy, który przebywał jakiś czas w Polsce, człowiek cichy, ale też bardzo przyjacielski i serdeczny. Dla nas bardzo przyjemne jest to, że stara się rozmawiać z nami po polsku. Fajnie, jeśli można z kimś porozmawiać w ojczystym języku. Osoba ta od razu staje się bliższa. Zapytałem go, ile należy się za zrobienie tych półek. Gjena jednak kategorycznie odmówił przyjęcia pieniędzy, wzruszył tylko ramionami i powiedział: "przecież jesteśmy przyjaciółmi". Wcześniej podarowaliśmy mu płytę z przebojami Maryli Rodowicz. Jak się okazuje, jej piosenki były tutaj bardzo popularne.
W Berdiańsku często odczuwamy dziecięcą bezradność. Żeby coś załatwić musimy się zwracać do osób trzecich. Niestety obcokrajowcy często są tutaj naciągani na wyższe ceny. Dodatkowym problemem są trudności komunikacyjne. Czasami trudno nam się zorientować, jak daną rzecz  załatwić. Pomocy potrzebujemy w rożnych dziedzinach życia. Żeby na przykład napisać prosty tekst (nie mówiąc już o jakimś artykule czy kazaniu) muszę prosić kogoś o korektę językową. Może dlatego też wszystko zabiera więcej czasu. To, co w Polsce możemy załatwić od ręki, tutaj wydaje się całym przedsięwzięciem i wyzwaniem.

wtorek, 27 października 2009

Taki zwykły dzień

- Napiszesz coś jutro na bloga? - pyta mąż.
- Pomyślę o tym jutro...
(...)
- Napiszesz coś dzisiaj na bloga? - znowu mąż.
Wstaję, a raczej w końcu zwlekam się z łóżka i marzę o kawie, która postawiłaby mnie na nogi. To była ciężka noc. Maciek jakoś zbyt często się budził, moim zdaniem. Zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje i co zrobić, żeby to zmienić. Znów przydałaby się mądrość "z góry". Rano majster przyszedł naprawić cieknący kaloryfer, w końcu. Przypominam sobie, że dziś odwiedzi nas Żana. Postanawiam więc doprowadzić dom do ładu i przelatuję z odkurzaczem przez mieszkanie. W takich momentach tęsknię za kawalerką, w której mieszkaliśmy po przyjeździe tutaj. W głowie ciągle brzmi pytanie męża: "Napiszesz..." Mąż popędził na parafię na kancelaryjny dyżur (nasze mieszkanie nie znajduje się na parafii, tylko jest od niej oddalone o jakieś 15 min. piechotą). Ja po raz kolejny karmię Maćka, i karmię, i karmię. Nie chce spać do południa, więc w końcu wychodzimy na dwór, na spacer. Maciek już ubrany i gotowy do wyjścia. Wyciągam wózek przed dom. A niech to, z jednego z kół wózka znów "kapeć". Nici ze spaceru. Wszystko na co możemy sobie pozwolić to wietrzenie się na podwórku. Maćkowi to właściwie nie robi większej różnicy, po jakimś czasie zasypia, ale ja "przymarzam" do ławki. Jest ok. 10 stopni i niezbyt przyjemny wiatr, choć słońce wyziera zza chmur, tak jak wczoraj. Jesień najwyraźniej zawitała do Berdiańska na dobre. Dzwoni mąż: "Będę wcześniej, z Żaną. A co z obiadem?". Maciek łaskawie akurat się budzi. Wrzucam obiad do piekarnika, a w międzyczasie karmię głodnego synka. Zasypia. Przychodzi Wiesiek z Żaną, naszą 100-procentową młodzieżą parafialną. To bardzo fajna dziewczyna, która czasem wpada do nas pogadać, pograć w gry. Powoli, choć systematycznie zdobywamy jej zaufanie. O dziwo Maciek śpi i śpi, a nam udaje się zagrać w pociągi i w 'katana'. W końcu syn się budzi. Dopomina się o towarzyszenie mu w zabawie. Gimnastyka, masaż, kąpiel, jedzenie, jedzenie, jedzenie, zwykłe wieczorne procedury... W końcu zasypia.
- Napiszesz coś na bloga? - pada pytanie po raz kolejny, a ja się zastanawiam co. W końcu to był zwykły dzień, nic specjalnego się nie wydarzyło, choć w każdym z takich dni potrzebuję mądrości z góry.

poniedziałek, 26 października 2009

nie troszczcie się o nic...

Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia. Mt 6,34
Dziś postanowiłem wrócić do wydarzeń, które miały miejsce jakieś 2 tygodnie temu (a może i wcześniej). Jak wiecie, byliśmy ostatnio w Polsce. Miałem mieć kurs duszpasterski. Chcieliśmy wykorzystać nasz urlop i w tym czasie zrobić potrzebne badania lekarskie Maciusia, spędzić troszkę czasu z bliskimi oraz ochrzcić naszego syna. Długo zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądać ta podróż. Największe nasze obawy dotyczyły drogi powrotnej na Ukrainę. Z Berdiańska do Ustronia jest jakieś 1700 km. Jedyny tani lot z Katowic do Kijowa przylatuje na miejsce ok. 23:30. Sprawdzając w Berdiańsku połączenia kolejowe z Kijowa, otrzymaliśmy informację, że pierwszy pociąg wyjeżdża dopiero ok. 16:00 następnego dnia. O tej porze nie było już żadnego autobusu. To zaś oznaczało, że musimy przeczekać noc i połowę następnego dnia na lotnisku lub dworcu kolejowym. Zastanawialiśmy się przede wszystkim jak wytrzyma to nasz syn. Podróż w takim układzie trwałaby ok. 40 godzin (do Zaporoża pociągiem, a potem jeszcze do Berdiańska ok. 3 godziny autobusem). Nie umieliśmy sobie tego wyobrazić. Długo się o to modliliśmy. Mimo różnych obaw wiedzieliśmy, że Bóg się o nas troszczy. Wyruszyliśmy do Polski.
Już w Kijowie, jeszcze przed wylotem do Katowic, okazało się, że możemy wracać rannym pociągiem do Dniepropietrowska (to jakieś 290 od Berdiańska). To był już dla nas pierwszy dowód wysłuchanych modlitw.
W drodze powrotnej mieliśmy doświadczyć jeszcze niejednego dowodu Bożego prowadzenia. Po południu 14. października wyjechaliśmy samochodem do Pyrzowic. Polska żegnała nas "śniegowo". Z powodu złych warunków samolot miał ponad godzinne spóźnienie. My jednak siedzieliśmy sobie już wygodnie w samolocie i czekaliśmy w ciepełku na wylot. Po przylocie do Kijowa, udaliśmy się autobusem na dworzec kolejowy, aby tam przeczekać do rana. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję i opiszę udogodnienia, które można spotkać na ukraińskich dworcach. Są tutaj na przykład sale o podwyższonym komforcie, gdzie za niewielką opłatą można się wygodnie rozłożyć na sofie. Są również sale dla rodziców z dziećmi. My właśnie na taką trafiliśmy. Tam również były miękkie i wygodnie sofy do siedzenia. Nasza trójka mogła przeczekać do rana w całkiem dobrych warunkach. Troszkę się przy okazji zdrzemnęliśmy.
O 7:00 wyjeżdżał ekspres z miejscami do siedzenia. Mieliśmy bilety na drugą klasę. A jednak... i tu właśnie zobaczyliśmy kolejny dowód Bożej troski, konduktor, widząc Natalię z małym dzieckiem na rękach, zaproponował nam bezpłatnie zmianę miejsca na pierwszą klasę. Do naszej dyspozycji była cała kuszetka, gdzie mogliśmy się położyć i spokojnie pospać.
Przed nami była jeszcze potem 7-godzinna podróż autobusem z Dniepropietrowska do Berdiańska. Kiedy dotarliśmy na miejsce byliśmy bardzo zmęczeni. Nie wyobrażam sobie co by było, gdyby całą drogę z Kijowa (ok. 13 godzin) musielibyśmy siedzieć z dzieckiem na rękach. To byłaby katorga.
Bóg jednak oszczędził nam tego. Zaopiekował się nami. Wróciliśmy cali i zdrowi do domu. To dla nas jeszcze jedna lekcja, że warto ufać Panu Bogu i być mu posłusznym.